Hiszpania: Atrakcje Alicante. Czego NIE zobaczyć w jeden dzień?

Poranek w Alicante wita nas przygrzewającym przez szyby naszego apartamentu słońcem. W końcu miasto to z arabskiego zwane jest źródłem światła, więc to zobowiązuje! Po śniadaniu na 21 piętrze najwyższego budynku w mieście zbieramy się na zwiedzanie. Jednak Alicante nie jest nam przychylne. Zapraszam do tekstu o atrakcjach Alicante, a raczej o tym, czego nie zobaczyć w Alicante w jeden dzień…

25.11.2018, dzień 2, cześć 2/2

Wschód słońca z 21 piętra najwyższego budynku Alicante

Budzę się przed budzikiem, na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Mąż zauważa jakąś dziwną, wściekle świecącą gwiazdę, która po chwili… gaśnie. I zaraz znów jasno świeci, jak żaden inny punkt na niebie. Czyży stacja kosmiczna? Szybko jednak zapominam o sprawdzeniu tego, bo oto z naszego piętra widzimy, jak miasto powoli budzi się do życia. Długo nam idzie zbieranie się, ale wszystko przez te warunki. Jest tak cudownie… Słońce wschodzi nad morzem, a my delektujemy się śniadaniem na balkonie 21 piętra najwyższego budynku w Alicante. Cudownie. Aż nie chce się nam nigdzie ruszać. Czas jednak się zbierać, bo w końcu nic w Alicante nie zobaczymy. A w końcu przyjechaliśmy tu, żeby zwiedzić to miasto.

Mercado Central

Gdy już w końcu opuszczamy mieszkanie, udajemy się w stronę Mercado Central. Wejścia do największej hali targowej Alicante zbudowanej w eklektycznym stylu nie sposób przegapić. Monumentalna budowla, do której prowadzą wysokie schody znajduje się przy Avenida Alfonso X El Sabio. W środku zakupy zrobić można w piwnicy i na dwóch kolejnych piętrach. Mercado Central jest popularnym punktem na mapie miasta tak wśród turystów jak i mieszkańców. To właśnie tu najczęściej zaopatrują się właściciele okolicznych restauracji. Owoce, warzywa, mięso, ryby i owoce morza – można tu dostać lokalne produkty w najwyższej jakości. Dostać tu można słynny turron z Alicante – rodzaj nugatu o białej barwie, jednak wyjątkowy, bo kruchy. Tradycja nakazuje przykryć go opłatkiem i podzielić się z bliskimi w trakcie Świąt Bożego Narodzenia.

W środku to jedna wielka hala, ale pośród straganów czeka nas rozczarowanie. Mnóstwo sklepików jest zamkniętych. Niby targ czynny jest od 7:30 do 14:30 (od poniedziałku do soboty, niedziele i święta nieczynny), ale mam wrażenie, że się spóźniliśmy. Otwarte są już tylko budki z serami i mięsem oraz stoiska z zieleniną. Z rybami praktycznie nic. A może to nie ten dzień targowy?

Explanada de Espana

Z budynku Mercado Central spacerem trafiamy na La Ramba – jedną z głównych i bardziej reprezentacyjnych ulic, którą to kierujemy się w stronę wybrzeża. A tam równolegle do portu czeka nas przepiękna aleja spacerowa Explanada de Espana zwana także Paseo de la Explanada. Obsadzona dookoła palmami, szeroka na kilkadziesiąt i długa na 500 metrów promenada wyłożona drobnymi płytkami tworzącymi falistą mozaikę robi wrażenie. Do przyozdobienia bulwaru użyto małych, marmurowych płytek w kolorze czerwonym, czarnym i białym.

Wokół nas palmy i cisza, innych spacerowiczów praktycznie brak. Bardzo przyjemnie idzie się w cieniu drzew słysząc tuż obok szum rozbijających się o brzeg fal. Ale w sezonie miejsce to zapewne zapełnia się tłumami. Powstała w pierwszej połowie XX wieku Explanada de Espana ma swój początek w Puerta del Mar i biegnie prosto aż do Parque de Canalejas, małego placu z palmami i rzeźbami. To ponoć jeden z najpopularniejszych deptaków całej Hiszpanii.

Plaża El Postiguet

Kierujemy się w stronę plaży El Postiguet. To jedna z wielu plaż, które warto tu odwiedzić. Zdejmuję buty i moczę chwilę nogi w zimnej wodzie. Jakaś para odważnie zdecydowała się na kąpiel w morzu – podziwiam, bo jednak na to jest dla nas zbyt chłodno. Niby termometry wskazują ponad 20 stopni, ale wieje wiatr, który obniża odczuwalna temperaturę. Spacerujemy tak brzegiem łapiąc słońce. Przysiadamy na chwilę na ławkach, ale coraz silniejszy wiatr sypie nam coraz częściej piachem w twarz, więc po chwili się zbieramy.

Jesteśmy blisko windy na wzgórze zamkowe – to najłatwiejszy sposób na dostanie się na zamek św. Barbary górujący nad miastem. Doskonale się składa, bo tę atrakcję mieliśmy w planach. Gdy dochodzimy do wejścia, okazuje się jednak, że wejście jest zamknięte. Obok potężnej bramy wisi kartka z informacją, że winda w dniu dzisiejszym ze względu na prace konserwatorskie jest nieczynna do 14:00. Skoro tak, wrócimy tu później. Jest dopiero koło 12:00, więc mamy czas na pozostałe atrakcje Alicante.

Museo Arqueológico Provincional de Alicante – Muzeum Archeologiczne MARQ

Mamy stąd jakieś 1,5 km do powstałego w 1932 roku (a następnie przeniesionego do obecnej siedziby w 2002 r.) Muzeum Archeologicznego, więc postanawiamy przejść się tam na piechotę. Gdy docieramy do bramy okazuje się, że… w poniedziałki muzeum jest zamknięte. Czyli pocałowaliśmy klamkę. Nie mamy szczęścia. W Internecie to muzeum o ciekawej formie budynku (zdjęcie poniżej), zbiera same dobre opinie, ale nie dane nam jest tym razem zobaczyć jego ekspozycji. Ponoć budynek był niegdyś szpitalem Hospital Provincional San Juan de Dios. Obecnie umieszczono tu ponoć ponad 3000 eksponatów! Wystawa muzeum obejmuje przedmioty od czasów prehistorycznych po eksponaty z XX wieku.

Wracamy w kierunku naszego apartamentu klucząc powoli po tutejszych uliczkach. Zaczynamy coraz lepiej orientować się w rozkładzie centrum.

Informacje praktyczne – Muzeum Archeologiczne w Alicante

  • bilety wstępu: cennik znajdziesz tutaj. Ogółem bilet normalny do muzeum kosztuje 3 EUR od osoby.
  • godziny otwarcia:
    • harmonogram letni (16 czerwca – 15 września): wtorek – sobota 10:00 – 14:00 i 18:00 – 22:00, niedziele i wakacje 10:00 – 14:00,
    • harmonogram zimowy (16 września – 15 czerwca): wtorek – piątek 10:00 – 19:00, niedziele 10:00 – 14:00
    • w poniedziałki muzeum jest zamknięte

Kogucie grzebienie

Przydałoby się coś zjeść, ale wszystkie lokale, na które trafiamy, niewiele mają wspólnego z hiszpańską kuchnią. Postanawiamy wrócić do “luksusowego” marketu w pobliżu naszego noclegu i tam wyszukać jakąś ciekawostkę. Pada na… zapuszkowane grzebienie kogutów. Tak, tak – w wielu miejscach jada się takie “przysmaki”. Nawet w Polsce. Nigdy nie miałam okazji zjeść czegoś takiego, więc korzystając z kuchni w pokoju przygotowujemy sobie obiad. Ogółem grzebienie nie powalają, ale o tym napiszę kiedy indziej.

Powrót do pokoju był średnim pomysłem, bo znów nie chce się nam nigdzie ruszać. Siedziałabym tylko w fotelu-uszaku na balkonie (to już postanowione, po powrocie szukamy dla siebie takiego uszaka – będę miała gdzie komfortowo usiąść i pisać na bloga!) i wpatrywała się w miasto i morze… Ale jednak zmuszamy się do wyjścia. Dochodzi 14:00, więc powinno być już możliwe wjechanie na górę, na której zbudowano zamek.

Zamek św. Barbary

Znów bulwary, morze, port i winda na wzgórze. Tyle, że… dalej jest zamknięta mimo że dochodzi 15:00. Akurat gdy do niej dochodzimy, jakaś kobieta czerwonym długopisem zamazuje godzinę ponownego otwarcia. Niestety angielskiego zupełnie nie zna, więc ustalenie co dalej, nie jest możliwe. Skoro winda nie działa, wchodzimy na wzgórze na piechotę. Na szczęście nie jest za gorąco, przez co wędrówka nie jest męcząca. Gdy docieramy na szczyt okazuje się, że… nie tylko winda jest nieczynna. Brama prowadząca do zamku również jest zamknięta. No żesz @%#%^!!! Szkoda, że nikt nie informował o tym na dole. Wiele osób wjeżdżających na górę lub – podobnie jak my – wspinających się, jest rozczarowanych.

Licząc, że to tylko kwestia przedłużających się prac z windą, idziemy w stronę okalających zamek  murów. Za bramą wypatrujemy podest z kilkoma ławkami, z których podziwiać można panoramę miasta. Poczekamy tu chwilę, może w międzyczasie otworzą i zamek. Doskonale widać stąd nasz wieżowiec – rzeczywiście wyróżnia się na tle wszystkich innych, dużo niższych budynków. Nie ma konkurencji, bezdyskusyjnie jest najwyższą budowlą Alicante. Ciekawe, kto dał pozwolenie na pobudowanie takiego wystającego kolosa. Dobry punkt orientacyjny.

Wchodzę na stronę informacji turystycznej Alicante, ale zgodnie z tym, co jest tu napisane, zamek dzisiaj jest czynny. Nie ma słowa o jego zamknięciu, tylko wspominają o pracach konserwatorskich windy. Może coś im nie poszło? Próbuję się dodzwonić, ale nikt nie odbiera. Trudno. Siedzimy i grzejemy się na słońcu osłonięci od wiatru. Co chwila przychodzą kolejne osoby – Rosjanie, Niemcy, są też i inni Polacy.

Wszyscy jednak po chwili schodzą na dół nie chcąc czekać. Mija nam tak ze 40 min. gdy decydujemy się sprawdzić, czy przypadkiem brama nie została otworzona. Wyglądamy zza murów i… otwarte! Gdy przechodzimy mniej więcej połowę ścieżki dzielącej nas od wejścia okazuje się jednak, że owszem, brama jest otwarta, ale jedynie dla nadjeżdżającej ekipy budowlanej. Czyli dzisiaj nici ze zwiedzania zamku… Szkoda, tym bardziej że to kolejne miejsce, w którym pocałowaliśmy klamkę.

Zamek św. Barbary jest zabytkową warownią powstałą na mającej 166 m wysokości górze prawdopodobnie w IX wieku. Opuszczone mury zostały zaadaptowane do celów turystycznych w 1963 roku. Wewnątrz można ponoć zwiedzić mroczne lochy, wieżę widokową, kaplicę, różnego rodzaju komnaty. Architektura zamku prezentuje mieszankę różnych stylów – od gotyku i renesansu po styl mudejar. Niestety nie dane było się nam przekonać, jak rzeczywiście wyglądają wnętrza.

Legenda zamku św. Barbary

Jak większość zamków, także i twierdza w Alicante ma swoją legendę. Mieszkał w niej niegdyś władca Maurów mający przepiękną córkę o imieniu Cantara. Gdy dziewczyna skończyła 16 lat, władca postanowił wydać ją za mąż. O rękę księżniczki ubiegało się dwóch adoratorów – król nie mogąc wybrać jednego, zdecydował przydzielić im zadanie. Ten, który przywiezie z Indii pewną przyprawę jako pierwszy, otrzyma w nagrodę rękę córki władcy. Książę Almanzor niezwłocznie przystąpił do wykonania zadania, ale książę Ali ani myślał o ruszeniu w drogę, pisząc za to miłosne listy do księżniczki. Młodzi zakochali się w sobie, ale przydzielone przez króla zadanie wyorał Almanzor. Nieszczęśliwa Cantara rzuciła się z murów twierdzy popełniając samobójstwo. Gdy dowiedział się o tym książę Ali, podążył jej śladem. Nic mi jednak nie wiadomo o tym, żeby zamek był nawiedzony.

Casco Antiguo – starówka

Skoro zamek jest zamknięty, schodzimy z drugiej strony wzgórza z powrotem do centrum. Gdy mijamy jakąś przechodzącą parę, chłopak słysząc naszą rozmowę zwraca się do nas łamanym polskim Polak Węgier dwa bratanki. Czy znamy to powiedzenie? Jasne! Chwilę rozmawiamy. Okazuje się, że trafiliśmy na Węgrów, którzy kilkukrotnie byli już w Polsce. Po wymianie spostrzeżeń i inspiracji do kolejnych wyjazdów do Polski i na Węgry (musimy koniecznie zobaczyć kiedyś Sarospatak!), każdy idzie w swoją stronę. Zanim trafimy między nowoczesne biurowce, wszystko wokół się zmienia. Jesteśmy w jakże urokliwej, starej części Alicante – Casco Antiguo. Wąskie przejścia, sporo schodków, kolorowe domki z kolorowymi drzwiami i dużo roślin. Do tego cisza i spokój. Jak tu pięknie! Jest też kaplica, ale niestety zamknięta. No nie mamy szczęścia do zwiedzania Alicante.

Słońce chyli się ku zachodowi, ale przed nami jest jeszcze jedno miejsce do zobaczenia. Tylko musimy  zrobić jeszcze małe zakupy i szybko wrócić po samochód. Wpadamy jak oparzeni do Mercadony – kupujemy na szybko hiszpańską szynkę i butelkę wyciskanego na miejscu soku z pomarańczy. Możemy ruszać w stronę…

… El Palmeral

Parkujemy pod blokowiskami i po chwili jesteśmy w palmowym gaju. Ścieżki, bajorka, fontanny, jest też i sztuczny wodospad, dookoła którego można przejść. Świetne miejsce na spacer. Słońce szybko zachodzi, nad głowami zaczynają nam latać nietoperze. Szkoda, że nie przyjechaliśmy tu odrobinę wcześniej. Ogółem Alicante i okolice obfitują w ogromną ilość palm daktylowych, ale dopiero w tym niewielkim parku jest ich zatrzęsienie! Przyjemnie spaceruje się po opustoszałych alejkach, jednak szybko się ściemnia. Chcemy jeszcze podjechać do pewnej restauracji, w której ponoć podawane są percebes, czyli poławiane m.in. u wybrzeży Hiszpanii pąkle kaczenice. Już od dłuższego czasu miałam ochotę spróbować tej ciekawostki kulinarnej, ale nigdy nie było okazji.

Niestety po dojechaniu na miejsce okazuje się, że lokal jest zamknięty. Podobnie jak i ogromna część pozostałych restauracji położonych tuż przy nadmorskiej promenadzie. Ale skoro z nietypowej kolacji nic nie wyszło, po powrocie do centrum udajemy się na poszukiwanie owoców morza gdzieś w pobliżu naszego obiektu. I tak trafiamy na początek mozaikowego deptaku, gdzie w niewielkiej restauracji z różnorodną kuchnią nad kieliszkiem sangrii, krewetkami i kalmarami myślimy już nad kolejnym wyjazdem. A ten ma nastąpić niebawem, bo już drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia wyskoczymy na chwilę na Sardynię. A później będzie jeszcze ciekawiej… O tym jednak wkrótce.

Powrót do Polski zaplanowany mamy na następny dzień na godz. 6 z minutami, więc noc trwa drastycznie za krótko. Sprzątamy po sobie, pakujemy ostatnie rzeczy i ledwo przytomni, zupełnie opustoszałymi ulicami jedziemy przed 5:00 na lotnisko. Mija nas raptem kilka taksówek zmierzających zapewne w tym samym kierunku. Musimy jeszcze zatankować – aplikacja Maps.me pokazuje, że tuż przed lotniskiem będziemy mieć stację. Musimy się spieszyć, bo czasu coraz mniej, ale jej lokalizacja jest idealna. Tylko co z tego, skoro okazuje się, że jest o tej porze zamknięta! Wpadamy w lekką panikę. Odstawienie niezatankowanego auta będzie nas kosztować 30 EUR plus cenę wlanego paliwa, ale mamy naprawdę mało czasu. Jakieś 3 km dalej znajduję drugą stację. Tylko czy będzie czynna?

Gdy człowiek się spieszy…

Jest, otwarta! Tankujemy w tempie ekspresowym i jeszcze w szybszym tempie wracamy na lotnisko. Tu na szczęście zwrot samochodu nie stwarza żadnych problemów. Zostawiamy po prostu auto na miejscu parkingowym, paragon za tankowanie wkładamy do schowka (musi być dowód) w aucie, a kluczyki wrzucamy do skrzynki przy biurze Firefly. Pędem lecimy na lotnisko. Kolejka do kontroli bezpieczeństwa nie jest za długa, pod bramkę wpadamy akurat tuż przed boardingiem. Niestety nic nie udaje się kupić z płynnych hiszpańskich pyszności, ale i tak większość sklepów jest zamknięta.

Jak mogę podsumować ten wyjazd? Zwolniliśmy tempo, mogliśmy ciut odpocząć. Ale i tak będziemy musieli tu wrócić, bo nie wszystko udało się nam zobaczyć – zamknięty zamek czy Muzeum Archeologiczne będą wystarczającym powodem do ponownych odwiedzin.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego weekendowego wyjazdu na Costa Blanca? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli zostaniesz tu ze mną na dłużej i pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Cztery kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód...
... zminimalizuj swoją odpowiedzialność w razie uszkodzenia auta i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

  1. Lubię takie poradniki w jeden dzień. Zawsze można sobie rozłożyć choćby na dwa, ale jest w nich sama esencja. PS. Piękne zdjęcie ze śniadania. Magia!

  2. Miasto wygląda na bardzo ciekawe. Szkoda, że tyle miejsc zamkniętych lub niedostępnych. Muzea archeologiczne uwielbiam, zresztą, jak i inne historyczne miejsca. Mam nadzieję, że my tam dotrzemy, a Wy wrócicie, aby zobaczyć to czego tym razem się nie udało zwiedzić.

  3. Agata, pamiętasz naszą wyprawę na zamek?

    1. Angie Jessy pamietam do dziś ciemne chmury a potem wielką ulewę

    2. Ale dobrzy ludzie nas podwieźli

  4. O matko ale pech z zamkiem :( bylam w Alicante już dwa razy i nie było dnia abym na zamku nie była. Z windy nie korzystałam. Kilka fajnych tras pieszych jest :)

    1. My z lenistwa chcieliśmy podjechać będąc tuż obok ;) Ale ani z windy nic nie wyszło, ani z zamku… Ale może to nie pech? Może po prostu musimy mieć więcej powodów do powrotu w tamte strony :D Widoki cudne!

Skomentuj