Islandia: Półwysep Snaefellsnes po raz drugi

O ile u nas lato 2018 roku było piękne jak mało kiedy, na Islandii warunki pozostawiały wiele do życzenia. Pogoda była wyjątkowo kapryśna. I nie jest to jedynie pusty frazes, bo nawet sami Islandczycy uważają, że ta teoretycznie najcieplejsza i najpiękniejsza pora roku była tym razem do niczego… Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie, ale najgorsza aura spotkała nas 9 dnia. Z ambitnych planów zwiedzenia wszystkich atrakcji półwyspu Snaefellsnes niewiele wyszło, ale przynajmniej dojechaliśmy cało na nocleg…

Dzień 9, 28.06.2018

Poranek zastaje nas w górach. Po niespodziewanej pobudce przygotowanej przez owce (zwierzak postanowił niespodziewanie podrapać się o nasz zderzak) śpimy jeszcze chwilę, ale czas się zbierać. Wyściubiam nos z auta – nie jest zimno. Jakoś za specjalnie ciepło też nie, ale da się przeżyć. Tyle że wieje. Ugotowanie wody na herbatę trwa znacznie dłużej, nie mówiąc już o czymś konkretniejszym. Kuchenkę musimy zastawić dookoła większymi kamieniami, bo inaczej płomień gaśnie. Niedobrze. Jeśli wiatr będzie się wzmagał, pod znakiem zapytania stanie dzisiejsze zwiedzanie. Już raz zdołaliśmy się przekonać, co znaczy wiatr na Islandii.

Niestety udaje mi się wykrakać. Mieliśmy na dzisiaj zaplanowany do ponownego, ale w sumie jeszcze dokładniejszego obejrzenia półwysep Snaeffellsnes, jednak aura bardzo nam nie sprzyja. Już przy jeziorku Selvallavatn wiatr żyć nie daje, ale cyrk zaczyna się przy Kirkjufell. Niby trochę autem zarzuca na dojeździe, ale i tak nie spodziewamy się aż takiej siły wiatru. Wystarczy jednak spojrzeć na to, co się dzieje z ludźmi, którzy wysiedli przed nami z samochodów. Idą zgięci w pół, wiatr spycha ich ze ścieżki. Iść czy nie iść? Spróbujmy. Mocno trzymając drzwi próbujemy się wydostać, ale już to nie jest takie proste. W końcu jednak wychodzę. Jakiś chłopak właśnie próbuje albo coś nagrać, albo robi wideokonferencję, jednak jego głos zupełnie ginie w tym huku. Gdy tylko próbuje się wyprostować, wiatr przegania go kilka metrów.

Kirkjufell

Łapiemy się za ręce i z ogromnym trudem idziemy pod Kirkjufellsfoss. Jeden z najsłynniejszych islandzkich widoków czeka! Poprzednim razem pogoda też nam za bardzo tu nie dopisała. Znów jest pochmurno, deszczowo, ale wtedy chociaż tego wiatru nie było! Deszcz, który co chwila zacina, uderza w twarze jak małe sztylety. Ciężko trzymać się ścieżki, dlatego też od wodospadu trzymamy się niestety bardzo z daleka. Podejście w to samo miejsce, w którym byliśmy kilka miesięcy wcześniej, jest niemożliwe. Brak śmiałków, którzy zdecydowaliby się walczyć z wiatrem.

Po kilku zdjęciach ledwo trzymając się na nogach zawracamy. Brakuje nam tchu, wiatr tak uderza, że spycha mnie ze ścieżki jakbym jakimś piórkiem była. Zbiegam z góki pchana podmuchami, prawie nie nadążam nogami przebierać. Gdy docieramy do auta, mam wrażenie, że jestem bardzo zmęczona tymi zmaganiami. Walka z żywiołem była naprawdę trudna. Obawiam się, co nas czeka dalej, bo będziemy jechać krawędzią wybrzeża kilkadziesiąt metrów nad morzem… Jeśli wiatr będzie wiał od wody, to pół biedy, ale co, jeśli uderzy odwrotnie? Taka siła może zepchnąć samochód. Dużego wyboru jednak nie mamy – zawrócenie nic nie da, zostanie w tym miejscu też nie jest dobrym pomysłem. Postanawiamy więc powoli sunąć dalej. Po raz kolejny cieszę się, że mamy auto 4×4. Jest cięższe, więc lepiej stawi czoła tej pogodzie.

Pogodowy Armageddon

Zanim jednak ruszymy obserwujemy jakąś azjatycką parę z maleńkim dzieckiem. Nie zważając na niebezpieczeństwo postanawiają iść do wodospadu. Wiatr spycha ich jeszcze bardziej niż mnie, z przerażeniem obserwuję to, co robią z tym maluchem. Na szczęście jednak rozsądek zwycięża i zawracają.

Gdy tak jedziemy przed siebie podmuchy atakują nas z różnych stron. Raz uderzają od strony wody, drugim razem – usilnie próbują nas zepchnąć z krawędzi. Zdarza się, że widzimy, jak wiatr spycha fale wgłąb oceanu odsłaniając dodatkowe spore kawałki plaży! Musimy zrobić przerwę. W Olafsvik zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Jest tu ciepło i przytulnie, aż nie chce się nam stąd ruszać. Po dźwiękach wydawanych przez budynek wnioskujemy jednak, że wiatr niestety się wzmaga. Pora ruszać dalej, bo nie wiemy, czy tu nie utkniemy na kolejne godziny.

Kolejne i kolejne miejsca odpuszczamy. Leje, wieje – zupełnie nie ma warunków do zwiedzania. Wjeżdżamy na teren parku narodowego Snaefellsness, przejeżdżamy koło naszego marcowego noclegu. Morskie muzeum, którego wtedy nie odwiedziliśmy, teraz też odpuszczamy. Jakby pod nim nie zaparkować, istnieje ryzyko, że wiatr wyrwie nam drzwi. Jeszcze tego by brakowało… Samochodem zarzuca, ale wciąż nie mamy gdzie się schować.

Klukkufoss

Dojeżdżamy w pobliże wodospadu Klukkufoss. Tego miejsca darować sobie nie możemy! Tym bardziej, że akurat przestało tak padać. Wjeżdżamy w wąską, przeznaczoną dla samochodów z napędem 4×4 drogę F575 i kierujemy się w stronę lodowca Snaefellsjokull. Początkowo ziemia obrośnięta jest mchami, więc nie ryzykujemy raczej oberwania kamieniem. Im jednak głębiej się zapuszczamy, tym krajobraz robi się bardziej surowy, nie ma tu żadnej roślinności. A wiatr jak hulał, tak hula. Znów rozsądek zwycięża – wokół leży mnóstwo piachu i drobnych kamieni. Słychać, jak pył ociera auto. Nie chcemy powtórki ze zbitą szybą, więc wycofujemy się. Żal ogromny, bo jest tu przepięknie, ale cóż poradzić… Może następnym razem…?

Robimy jedynie krótki postój przy wspomnianym wodospadzie Klukkufoss. Musimy do niego kawałek dojść. Niby nie jest daleko, ale zmagając się z tym wiatrem jest to nie lada wysiłek. Ale warto! Wodospad mimo że niewielki, jest bardzo urokliwy. Tyle że znów nie możemy się za bardzo zbliżyć, bo wiatr może zepchnąć nas z krawędzi skarpy.

Coraz gorzej…

Gdy tak jedziemy po niczym nie osłoniętej przestrzeni czujemy, jak coraz bardziej zarzuca nam autem. Na drodze prawie nie ma innych samochodów. Żeby tylko dało się gdzieś to przeczekać! Wtem trafia się nam osłonięta wysokim kamiennym murkiem strefa piknikowa. Idealnie! Parkujemy tuż przy ścianie rozważając co dalej. Robi się coraz później, a tak niewiele udało się nam zobaczyć… Jednak zwiedzanie na siłę jest zupełnie bez sensu. Szczerze? Tak naprawdę byłaby to głupota! Siedzimy więc w aucie przeczekując. Drzemiemy, zjadamy zapasy. Wiatr jednak nie słabnie. Mam wrażenie, że wręcz przybiera dalej na sile!

Mimo ukrycia się za tym murkiem czuć, że samochód się trzęsie. Huk na zewnątrz jest niesamowity. Wiatr wręcz wyje! Chyba jednak lepiej stąd jechać. Nie odjeżdżamy kilku kilometrów a wichura nagle ucicha. Dosłownie jakby ktoś wcisnął wyłącznik. Znów pada, ale to już akurat mniejsza niedogodność. Po dojechaniu do Londrangar decydujemy się wysiąść z auta i przejść na taras widokowy. W każdej chwili spodziewamy się podmuchu, ale nic takiego nie ma miejsca. Ufff…

Londrangar akurat nie wygląda jakoś specjalnie inaczej niż w marcu. Jest nieco więcej zieleni, ale ptaki dalej przesiadują na klifie, kolonia bodajże nurzyków (a może to jednak inny gatunek?) znów siedzi wtulona w siebie nieco ponad wściekle rozbijającymi się o skały falami, a niebo spowijają stalowe chmury. Chciałabym zobaczyć kiedyś to miejsce w promieniach zachodzącego słońca. Zbieramy się dalej.

Arnarstapi

Gdy dojeżdżamy do Arnarstapi wciąż leje. Niebo szczelnie obłożone jest grubą warstwą chmur, więc nie ma szans na to, że cokolwiek w ciągu najbliższych godzin się tu polepszy. Mamy trochę po dziurki w nosie tej deszczowej aury, ale teoretycznie byliśmy na to przygotowani, bo zdajemy sobie sprawę, że pogoda na Islandii jest nieprzewidywalna i potrafi dać w kość. Że też nie trafiliśmy na okienko pogodowe rozpieszczające Islandię wysokimi temperaturami i słońcem kilka tygodni wcześniej…

Wychodzić, nie wychodzić? Szybko wciskam się w moje wodoodporne spodnie i pędzę na nabrzeże zrobić kilka zdjęć. Poprzednio byliśmy tu bardzo późno. Gdyby nie ten deszcz. byłoby tu tak pięknie… Jednak osamotniony domek na soczyście zielonym wzgórzu i w tych warunkach prezentuje się uroczo. No nic, może za trzecim razem trafimy tu kiedyś na lepszą aurę. Tym bardziej musimy tu chociaż jeszcze raz wrócić, bo znów nie docieramy chociażby do kamiennego mostu stworzonego przez matkę naturę.

Zatrzymujemy się jeszcze na moment przy datowanym na XIX w. drewnianym czarnym kościele w Budir. Wiatr ucichł, deszcz prawie też nie pada. Co za ulga. Po chwili dołącza do nas na parkingu drugi samochód – kierowca wyskakuje z niego jak kozica i pędzi robić zdjęcia. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia parskając śmiechem, bo dobrze się rozumiemy. To bezdeszczowe okienko może za chwilę się zamknąć i znów z nieprzewidywalnego tu nieba lunie deszcz. Na szczęście jednak do samochodów wracamy obydwoje zanim znów się rozpada.

Foki na Ytri Tunga

Powoli wyjeżdżamy z półwyspu Snaefellsnes, ale robimy jeszcze postój przy Ytri Tunga – plaży, z której obserwować można dwa gatunki występujących tu fok. Fokę szarą i fokę pospolitą. W marcu po porośniętych wodorostami śliskich skałach można było podejść nieco bliżej zwierząt pływających leniwie dookoła. Tym razem jednak skały są całkowicie zalane, pozostaje więc obserwowanie tych uroczych tłuściochów jedynie z brzegu. Kilka fok wypatruję wśród zburzonych fal, ale jest ich dużo mniej niż poprzednio. Po cichu mam nadzieję, że uda mi się z daleka ujrzeć focze szczenięta, ale niestety nie mam szczęścia.

Deszcz leje tak niemiłosiernie, że po kilku minutach lustrzanka jest przemoczona. Następnym razem muszę koniecznie rozważyć zabranie tu wodoodpornego, przezroczystego pokrowca. Nie oszczędzam tu aparatu za bardzo, co zapewne odbije się na nim w przyszłości… Muszę wracać do samochodu. Tylko foki wydają się nic sobie nie robić z trudnych warunków.

Wspomnienie Landbrotalaug

Zaglądamy jeszcze do “naszego” gorącego źródełka Landbrotalaug, ale niestety na kąpiel nie mamy co liczyć. Trzy samochody na parkingu oznaczają kolejkę. Wspominamy sobie jednak chwile, jakie spędziliśmy w tym bajorku kilka miesięcy temu, w marcu. A było tak:

Ostatnią noc mieliśmy spędzić na łonie natury, ale pogoda tego dnia tak bardzo daje nam w kość, że bez wahania wpisuję w wyszukiwarkę booking.com szukając w okolicy możliwie jak najtańszego noclegu. Obawiam się trochę, czy uda się tutaj znaleźć coś za maksymalnie 200 zł za noc, ale dobrze się składa – całkiem niedaleko jest jeden taki obiekt. I do tego świetnie oceniany! Guesthouse Hvita, nadchodzimy!

Ostatnia noc

Zziębnięci, przemoczeni i wkurzeni trochę pokrzyżowaniem planów dojeżdżamy szutrowymi drogami do znalezionego obiektu. Na miejscu witają nas właściciele. Dostaliśmy pokój na piętrze, ale jak tylko nasza gospodyni orientuje się, ile mamy bagażu do przepakowania przed jutrzejszym lotem, prowadzi nas do innego zakątka w domu. A tam nie dość, że mamy bardzo ładny pokój na parterze, to jeszcze łazienkę, mnóstwo przestrzeni we wspólnym dla 3 pokoi salonie i… jesteśmy tu zupełnie sami! Korzystając z okazji rozkładamy cały nasz majdan na podłodze. Musimy tak się spakować, żeby zmieścić się w walizce o mniejszym niż poprzednio limicie wagowym. W tę stronę mieliśmy 32, teraz muszę tak wszystko zapakować, żeby nie było więcej niż 20 kg.

Nie jest to łatwe, ale udaje się. W pewnym momencie wysiada prąd, ale na szczęście właściciel domu jeszcze nie śpi. Możemy dokończyć zbieranie się. Sprzątamy po sobie, dopijamy wodę otrzymaną od gospodarzy i kładziemy się spać. Szczególnie po tak trudnym pogodowo dniu doceniam łóżko, więcej przestrzeni, ciepło i łazienkę do wyłącznej dyspozycji. I tą ciepłą wodę zalatującą jajem! Przed nami ostatnia noc i ostatni dzień tej podróży po wyspie.


PS. I: Guesthouse Hvita to chyba idealne miejsce na podziwianie zimą zorzy polarnej!

PS. II: O atrakcjach półwyspu Snaefellsnes przeczytać więcej możesz w cyklu artykułów poświęconych tej części Islandii: Atrakcje Półwyspu Snaefellsnes.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

One Thought to “Islandia: Półwysep Snaefellsnes po raz drugi”

  1. My mielismy tam calkiem niezla pogode, ale nie objechalismy calego polwyspu niesety, troche gonil nas czas :) Fajne miejsce to Berserkjakraun – pole lawoe z niesamowitymi foermacjami skalnymi, mchem itp ;)
    PS. Zapraszam do mnie na wpis o tym co mnie na Islandii zaskoczylo ;)

Skomentuj