Izrael: O tym, jak użarły mnie ryby… Rafa koralowa po raz drugi

Dzień 1, 18.11.2017

Po trzech latach wróciliśmy do Ejlatu, w którym to tym razem… pogryzły mnie ryby. Dosłownie! W Morzu Czerwonym, pośród rafy koralowej, pływają stwory zwane ze względu na swoje kolory i twór przypominający dziób (wyposażony w dwa zęby na górze!) papugorybami. Jak do tego doszło? Pełną historię przeczytacie poniżej, ale zacznijmy od początku – jak to się w ogóle stało, że po raz drugi trafiliśmy od tego położonego na wybrzeżu Izraela miasta?

Jako że w ciągu ostatnich dni promocje na bilety lotnicze zaczęły mnożyć się jak króliki (nawiązanie do reklamy pewnego ministerstwa zupełnie niezamierzone!), zaczęliśmy rozglądać się za jakimś fajnym kierunkiem. W środę, 15 listopada trafiliśmy na dwie opcje – weekend w Ejlacie lub kilka dni na Cyprze. Cypr możliwy był w marcu, natomiast gorący Ejlat już w dniach 18-19.11.2017. Czy mając na wyciągnięcie ręki taką szansę na wygrzanie się, gdy tu u nas tak szaro i buro, mogliśmy wybrzydzać i długo się zastanawiać? NIE! Last minute w tanich liniach? Rzadko, ale zdarza się! Była to idealna okazja na świętowanie moich zbliżających się wtedy urodzin. W Ejlacie byliśmy już trzy lata wcześniej, jednak dobrze wspominamy ten kierunek. Ostatnio rozmawialiśmy też o miejscach, których nie udało się nam zobaczyć w trakcie poprzedniej podróży – skoro nadarzyła się okazja, nie mogliśmy z niej nie skorzystać. Szczególnie, że Ejlat jest obecnie bardzo popularnym kierunkiem chętnie wybieranym przez rodaków, warto więc było uzupełnić nieco wiedzę o atrakcjach w okolicy.

Jako że nie mieszkamy w Warszawie, pojawił się drobny problem logistyczny – wylot miał odbyć się na pokładzie Wizz Air w sobotę o 6:25 z lotniska Chopina, powrót natomiast planowany był Ryanairem na 20.11. na godz. 00:10 do… Modlina. Nie mając zbytnio wyjścia, mąż zaprowadził w piątek samochód na parking w Modlinie. Jako że musieliśmy być na lotnisku w Warszawie już o 4:30, zdecydowaliśmy się na nocleg w terminalu – transport publiczny na tak wczesną godzinę nie był możliwy. Już raz – przy okazji podróży do Jordanii – przerabialiśmy to, tym razem jednak musieliśmy obyć się bez naszych dmuchanych sof. Jak się wkrótce okazało, warunki przez to były dość ciężkie, ale spełnianie marzeń wymaga czasem drobnych wyrzeczeń i kompromisów :)

Już w drodze na lotnisko nie obyło się bez przygód. Ostatnim pociągiem z Mińska wyruszyliśmy do stolicy, w której to udało się nam natychmiast złapać nocny autobus jadący w kierunku terminala. Cieszyliśmy się, bo gdybyśmy się spóźnili, musielibyśmy kwitnąć na przystanku jakieś 30 min. w oczekiwaniu na kolejny transport – mieliśmy na sobie trochę cieńsze ubrania, więc naprawdę nie uśmiechało się nam stanie i marznięcie po nocy. A akurat wtedy zrobiło się już naprawdę zimno. Nasza radość jednak długo nie trwała. Już przy ruszeniu autobusu poczułam w środku smród. Z każdym kolejnym przystankiem potęgował się, do tego przez okno zauważyłam dym. Niektórzy pasażerowie zrzucali winę na smog, ale przecież tego dnia powietrze było względnie czyste. Od razu wiedziałam o co chodzi – koło. Niedobrze… W pewnym momencie autobus stanął, a kierowca wyprosił pasażerów. Miałam rację – problemem było koło, a dokładnie blokujące je hamulce. Tarcza rozgrzana była do czerwoności i wszystko dymiło już nawet na postoju. Część pasażerów zamówiła taksówki, pozostali oczekiwali na kolejny autobus. My do rana mieliśmy sporo czasu, ale część osób zaczęła się gorączkować, wychodziło na to, że przez to nieoczekiwane opóźnienie nie zdążą na samolot – czy się im udało, nie wiemy, ale widzieliśmy ich kręcących się niespiesznie po lotnisku po dotarciu na miejsce. Kierowca wpuścił nas do środka na czas oczekiwania – przynajmniej było trochę cieplej. Gdy dotarliśmy wreszcie na końcowy przystanek, rozejrzeliśmy się za miejscem, w którym można byłoby przedrzemać pozostałe do odprawy 3-4 godz. W hali odlotów było dość chłodno, ale nie przeszkadzało to niektórym w rozłożeniu się nawet na podłodze – z tym, że mieli śpiwory, a my tylko kurtki. Nasza wnęka, w której spaliśmy w drodze o Jordanii była pusta, nawet lampa nad nią została wyłączona, ale co z tego, skoro i tak nie mieliśmy się tam jak rozbić.

Zeszliśmy do hali przylotów – tam było ciut cieplej, ciszej i ciemniej, ale wciąż pozostawały nam jedynie zimne, metalowe krzesełka. Tyle dobrze, że podłokietniki rozmieszczone są co trzecie siedzenie, więc można się zwinąć i przespać w pozycji leżącej. Ja niby przysnęłam, ale zmarzłam na nich okropnie.

Gdy przyszedł czas, szybko przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i mogliśmy udać się do kontroli paszportowej. Było tak wcześnie, że pod bramką pojawiliśmy się jako pierwsi! Po chwili zaczęli jednak dochodzić pasażerowie z grupy Rainbow Tours – część klientów biura już o 6:00 rano rozpijała zakupioną na bezcłówce cytrynówkę, a inni jak tylko samolot wzniósł się na odpowiedni pułap, zamówili piwo… Mimo tego lot przebiegł bez zakłóceń, a my 3/4 podróży przespaliśmy. Gdy już na dobre się obudziliśmy, mogliśmy podziwiać widoki. Zauważyłam, jak przelatywaliśmy najprawdopodobniej nad granicą znanego nam już z poprzedniego wyjazdu makteszu Ramon zwanego błędnie kraterem. A później była już tylko pustynia z doskonale widocznymi śladami okresowych rzek. Surowy, ale jakże piękny widok przeplatany odrobiną przypalonej słońcem zieleni przy korytach, którymi płynęła może niedawno woda.

Po wylądowaniu na terenie Izraela czekała nas mała niespodzianka. Lotnisko w Ovdzie jest tak niewielkie, że aż się tego nie spodziewałam. Hala przylotów to metalowa puszka, a halę odlotów – również puszkę – powiększono poprzez… dostawienie do niej dwóch białych namiotów. Szybko wydostaliśmy się z samolotu i od razu skierowaliśmy do kontroli paszportów. Byliśmy na początku kolejki, więc procedury zajęły nam niewiele czasu, za to ogonek za nami wydłużał się bez końca – w sumie zaraz po naszym locie wylądowała jeszcze maszyna Ryanair.

Cała procedura bezpieczeństwa trwała w naszym przypadku może z 15-20 min. razem ze staniem w kolejce. Miły Izraelczyk zapytał nas o to, czy zostajemy w samym Ejlacie i czy znamy nazwę hotelu, w którym się zatrzymamy. Na odpowiedź, że planujemy Ejlat – rafy koralowe i Timna Park oraz Czerwony Kanion, a zatrzymamy się w Comfort Hotel, zapytał jeszcze tylko o cenę pokoju. Dokładnej w szeklach nie znałam, ale jak powiedziałam, że ok. 190 NIS, to już tematu nie drążył. Za to ja go zagadałam – że jesteśmy tylko na weekend, że to nasza druga wizyta – życzył nam miłego pobytu i powiedział, że następnym razem koniecznie musimy zostać na dłużej. W sumie zdziwił go tak krótki czas naszej podróży, ale podkreśliłam, że to nie jest na pewno ostatni raz. Bez proszenia o niewbijanie do paszportów stempli (izraelska pieczątka w paszporcie znacząco utrudnia lub nawet uniemożliwia wjazd do kilku arabskich państw) dostaliśmy niebieskie karteczki zezwalające na przebywanie na terenie Izraela do 18.02.2018, mogliśmy iść dalej. Jeszcze tylko zeskanowanie kodów z tych karteczek w specjalnej bramce, w której powitał nas mężczyzna po polsku i już – jesteśmy znów oficjalnie w Izraelu. Zaraz zauważyłam stoisko, przy którym rozmawiało dwóch Izraelczyków – sprzedawali bilety na linię autobusową 282 jadącą do Ejlatu.

Do miasta można dostać się na cztery różne sposoby – pierwszym z nich jest właśnie autobus firmy Egged – linia nr 282, Ejlatshuttle (droższy, może zatrzymać się pod każdym hotelem), taxi (ok. 100$) oraz autostop. To ostatnie może być trudne, bo jedzie się mało uczęszczaną trasą wzdłuż granicy z Egiptem. Lotnisko leży 60 km od Ejlatu. Bilety na autobus 282 można zakupić jeszcze w Polsce przez stronę: Egged (po dotarciu do Ovdy należy je wydrukować w Ejlatomacie – maszynie obok punktu sprzedaży, trzeba wstukać numer rezerwacji oraz podany do tej rezerwacji numer ID – paszportu lub dowodu osobistego; uwaga: system przyjmuje tylko cyfry, więc litery należy pominąć), natomiast na Ejlatshuttle: tutaj. Najtańsza opcja to autobus 282 – koszt w dwie strony na osobę wynosi 43 szekle (45,5 zł), natomiast bilety na Ejlatshuttle to 18$ (przy obecnym kursie wynoszącym ok. 3,62 za 1$, będzie to jakieś 65 zł) od osoby w dwie strony.

My mieliśmy zakupione bilety na linię 282 przez Internet – podeszliśmy do stanowiska, gdzie panowie po dłuższej chwili załapali, że bilety już mamy, tylko musimy je odebrać w Ejlatomacie. Po wpisaniu wymaganych danych, maszyna wypluła nasze bilety i mogliśmy iść dalej. Zahaczyliśmy jeszcze tylko o kantor – nie wiedzieliśmy, czy w Szabas czynne będą w mieście kantory. Oczywiście przelicznik był bardzo niekorzystny, do tego wysoka prowizja (100$ – 323 szekle po odliczeniu bodajże 18 szekli prowizji), ale na wszelki wypadek nie chcieliśmy zostać bez gotówki. Jak się okazało – nie trzeba było się tym przejmować. Kantory czynne są w mieście nawet w sobotę.

Do autobusu mieliśmy mnóstwo czasu, w trakcie którego przyjrzeliśmy się okolicy. Dookoła pustynia. Lotnisko niewielkie, ogrodzone, a przed terminalem chodzili mężczyźni ubrani w cywilne ciuchy. Niby nic takiego, ale wymieniali się co jakiś czas wielkim karabinem. Dla części pasażerów był to dość szokujący widok, ale my wciąż pamiętaliśmy, jak to wygląda też w innych miejscach, szczególnie w Jerozolimie. Tam żołnierze z długą bronią to normalny widok tyle, że zawsze widzieliśmy ich umundurowanych.

W końcu kierowca zaczął wpuszczać wszystkich do środka. Na bilecie mieliśmy informację, którą linią i którym numerem autobusu pojedziemy (nr 1), więc po chwili siedzieliśmy już na naszych miejscach (były miejscówki). Autobus wypełniony po brzegi odjechał 5 min. przed czasem. Reszta ludzi dopakowana została do drugiego autobusu, a wycieczki ruszyły swoimi z góry zaplanowanymi środkami transportu. Ejlatshuttle pozostał dość pusty.

Jechaliśmy przez niesamowite pustynne krajobrazy, aż nagle naszym oczom ukazała się odrutowana granica z Egiptem i stojące sobie spokojnie tuż za nią wielbłądy. Może były dzikie?

Po ok. 45 min. dojechaliśmy do Ejlatu – najpierw zatrzymaliśmy się na dworcu głównym, następnie autobus ruszył w strone hoteli i granicy w Tabie. My mieliśmy wysiąsć na ostatnim przystanku – niby nasz hotel był tuż przy dworcu, ale zależało nam, żeby jak najszybciej znaleźć się na plaży z rafą koralową. Wybór miejscówki był trudny, ale zdecydowaliśmy się na to samo miejsce, w którym byliśmy 3 lata wcześniej. Gdy wysiadaliśmy przy granicy z Egiptem, pomocny kierowca podpowiedział nam jeszcze, że z powrotem możemy jechać nr 16, który kursuje co 20-25 min. i bilet kosztuje 4,20 NIS (4,5 zł).

Pozostało tylko przebrać się (warto pamiętać o zabraniu jakichkolwiek butów do wody – dno jest kamieniste, do tego na zejściu jest ślisko od glonów) i wskoczyć do wody. Zamglone powietrze było dla naszych niewyspanych organizmów nieco chłodne, odczucia potęgowała zimnawa woda – początkowo nie mogłam się zanurzyć. Ale jak tylko zobaczyłam pierwsze ryby, już byłam pod wodą. Garbiki, papugoryby i inne gatunki znane nam już z wcześniejszej podróży pływały wokół nas niewiele sobie robiąc z naszej obecności. Było jednak też kilka gatunków, których wcześniej tam nie spostrzegłam.

Po jakimś czasie zauważyłam tam nawet skrzydlicę – rybę stanowiącą ogromne zagrożenie nawet dla człowieka. Lepiej trzymać się od niej na bezpieczną odległość – ten cud natury może zabić.

Z naszej starej miejscówki przenieśliśmy się po godzinie w miejsce położone kilka metrów bliżej Ejlatu – jest tam drugie zejście do wody. A tam – tylko weszłam natychmiast otoczyła mnie zgraja ryb! Ryby chyba przyzwyczaiły się do podkarmiania. Wystarczyło kilka drobniutkich okruszków, żeby te wodne stwory – głównie papugoryby – dostały małpiego rozumu i zaczęły mnie kąsać. W palce, w ramiona, w łydkę czy nawet… już nie powiem w co innego. One mnie podskubywały, a ja – w mniej lub bardziej zamierzony sposób – kilka pogłaskałam. Wrażenie niesamowite! Z tego wszystkiego zapomniałam nawet, że nie potrafię za bardzo pływać ;)

Na moje drobne oszustwo w postaci udawania, że mam coś więcej do żarcia, przestały jednak w końcu reagować i wróciły do leniwego skubania glonów z dna morza.

Niestety rafa koralowa przy granicy z Egiptem (w tym samym miejscu, w którym byliśmy 3 lata temu) wygląda tragicznie. O ile wtedy już nie było rewelacyjne, tak teraz moim zdaniem prawie zupełnie obumarła. Żywe pozostały już naprawdę nieliczne koralowce, mam nadzieję, że głębiej sytuacja wygląda lepiej. Ale ryb wydawało mi się być jeszcze więcej niż w lipcu 2014. 

Przy następnej okazji wybierzemy się na Coral Beach – do rezerwatu rafy koralowej. Tylko do tego czasu muszę popracować trochę nad moimi umiejętnościami pływackimi.

Na plaży spędziliśmy w sumie ok. 2 godz. Słońce schowało się już za górami (dochodziła 16:00, a zachód o tej porze w Izraelu ma miejsce już ok. 16:45), zaczęło się nam robić przeraźliwie zimno. Trzęsłam się już nawet będąc w wodzie. Trzeba było jednak się zbierać. Zanim jednak przebraliśmy się, mąż wypatrzył przy brzegu jakąś rybę, która wyglądała jak skrzyżowanie mureny i węża. Zwierzę próbowało zaatakować nawet nasz aparat – widocznie sprowokował je jego czerwony kolor.

Gdy już zebraliśmy rzeczy, na przystanek akurat zajechał autobus nr 16.Mieliśmy do pokonania kilkadziesiąt metrów, więc rzuciliśmy się biegiem próbując zrobić jeszcze ostatnie zdjęcia. Jak tylko dobiegliśmy do drzwi, kierowca powiedział do nas łamanym polsko-rosyjskim, że odjeżdża za 3 min. więc mamy czas uwiecznić okolicę, nie musimy się spieszyć.

Zaraz usadowiliśmy się wygodnie z całym naszym majdanem i czekaliśmy. Wydawać by się mogło, że o godz. 16:00 autobus będzie wracał do miasta raczej pusty, ale z poszczególnych przystanków zgarniał coraz więcej i więcej pasażerów – plażowicze zaczęli powroty. W pewnym momencie kierowca przestał się zatrzymywać, bo już nie miał gdzie doładować kolejnych ludzi. Przypomniało nam się, jak wyglądało to na Malcie. Pozostawieni ludzie byli naprawdę wkurzeni, ale autobusy kursują co ok. 20 min. No i zawsze można przejść ten kawałeczek do wcześniejszego przystanku.

Przejechaliśmy znów przez część Ejlatu zabudowaną hotelami, co zajęło ponad 20 min. i wreszcie dotarliśmy na dworzec. Nasz hotel znajdował się dosłownie po drugiej stronie ulicy. Zameldowaliśmy się i udaliśmy do pokoju. Trzeba było się trochę ogarnąć przed spacerem po okolicy.

Zanim jednak oddaliśmy się w objęcia Morfeusza, ruszyliśmy na poznawanie okolicy. Poprzednim razem po Ejlacie za bardzo nie pochodziliśmy. Tym razem dotarliśmy pod znane nam już centrum handlowe, na miejską plażę i pod hotele. Szukaliśmy czegoś fajnego do zjedzenia – w końcu miała to być moja urodzinowa kolacja. Ceny w lokalach jednak kompletnie powalały. Zwykła sałatka grecka w naszym hotelu miała kosztować ponad 30 zł! Szliśmy od drzwi do drzwi, od menu do menu i nic. Ceny zaporowe. W końcu trafiliśmy na jakiś mały lokal, w którym zrezygnowani zamówiliśmy owoce morza dla dwojga (za 195 szekli czyli 207 zł). 10 dużych krewetek, 10 dużych omułków i miseczka kalmarów ). Do tego dostaliśmy pyszny świeżo robiony chlebek z czosnkiem i talerzyki z różnymi przystawkami (była m.in. sałatka warzywna, kiszone ogórki, kiszone warzywa, pasta pomidorowa z kuminem). Finalnie rachunek wyniósł nas 258 szekli (274 zł) – za owoce morza, przystawki, frytki, piwo (mała butelka najtańszego, izraelskiego trunku kosztowała 16 zł) i doliczony odgórnie napiwek. Obsługiwał nas kelner z Uzbekistanu, miły chłopak. A w trakcie całej kolacji – mimo że na miejscu byli też inni goście – towarzyszyły nam dwa koty, które za nic w świecie nie chciały dać się pogłaskać. Jeden z nich był całkowicie czarny i puchaty, a oczy miał jak lusterka – przez dobrą godzinę wpatrywał się we mnie, tylko na krótkie chwile zmieniając obiekt zainteresowania. Aż czułam się momentami nieswojo… przez kota…

Po kolacji przeszliśmy się jeszcze kawałek i wróciliśmy do hotelu. Z rana mieliśmy ruszyć odkrywać niewidziane wcześniej miejsca położone całkiem niedaleko od miasta.

Izrael: Czerwony Kanion
Flora Izraela

Powiązane wpisy

17 Comments

  1. Kusy

    jest jakiś sposób na tanie jedzenie w Ejlacie?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Tak, konserwy ;) A tak serio – rzeczywiście można spróbować przywieźć sobie coś na przetrwanie, poza tym warto szukać budek np. z falafelem. Niestety Izrael (a szczególnie Ejlat) jest drogi, pójście do restauracji wiąże się z dużym wydatkiem.

      Odpowiedz
      1. Aga

        Pozdrawiam z Izraela :) Sposöb na tanie zywienie…no wlasnie to chyba najwazniejsze pytanie przed podróża myślę :D Faktycznie ceny jak w Skandynawii a czasem nawet lepsze :) My postawiliśmy na duże centra handlowe gdzie zaopatrujemy sie w wodę, chlebek, humus, warzywka i inne takie. Nadal to nie jest tanio ale napewno znacząco taniej niż objadac sie w knajpach. Chociaz dzisiaj w eilacie upolowalismy fajna knajpe gdzie za 40 zł mozna kupić mega porcje chyba 10 falafelow fryty 4 do wyboru sałatki i 2 do wyboru sosy i dwie pity ~ bardzo dobre i naprawdę starcza jedna porcja na 2 osoby. My kupilsmy dwie porcje i praktycznie druga zabraliśmy ze sobą na później.
        Pozdrawiam!!
        Ps. W Eilacie faktycznie cieplutko pod 30 stopni ale w Jerozolimie wieczorami bardzo zimno :)

        Odpowiedz
        1. Kusy

          dzięki za info

          Odpowiedz
        2. Bartosz

          Hej, wybieramy się na początku lutego, ma to być wyprawa budżetowa a z tego co widzę ciężko zaoszczędzić :) może podać namiary na tę knajpę?

          Odpowiedz
          1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

            Ceny niestety do niskich nie należą, ale jakby coś, zawsze da radę przetrwać na konserwach i falafelu ;) A tą moją urodzinową kolację zjedliśmy w Gulf Restaurant, w centrum. Adres tego miejsca: Tarshish St 1, blisko bazaru.

  2. Aga

    Witam, jutro lece do Izraela i nasuwa mi sie pytanie. Sprawdzam pogoda i niby ma byc 25 stopni a Ty pisalas ze bylo Ci bardzo zimno. Jakie ubrania powinnam zabrac? Jesli byc mogla mi podpowiedziec bylabym wdzieczna

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Hej! Trzęsłam się z zimna tylko w wodzie (pod koniec) i po wyjściu z niej ;) Gdy poglądaliśmy rafę, było już po 14:00, słońce powoli zaczynało się chować za górami, więc i zimniej się zrobiło. No i ogółem wrażenie chłodu powodowało u nas też niewyspanie – zmęczony organizm gorzej reaguje na takie zmiany temperatur, jakie sobie zafundowaliśmy. W sobotę mieliśmy około 20-23 stopni, w niedzielę 27. Ubrani byliśmy na krótki rękaw, w krótkich spodenkach i sandałach – temperatura była idealna do zwiedzania. Wieczorem mąż chodził w koszulce, ja z kolei narzuciłam cienki sweterek. Nie ma sensu zabierać ze sobą zbyt dużo ciepłych ubrań – wystarczą te na drogę do lotniska i z powrotem. Tam na miejscu sukienki, spódnice i spodenki będą idealne. Ewentualnie do tego jakaś bluza czy sweter na wieczór.

      Odpowiedz
      1. Agnieszka

        Ogromnie dziękuję Ci za szybka i treściwą odpowiedz!! :) To spakowana już odpowiednio :)

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          Nie ma sprawy! ;) Tylko w razie wybierzesz się do Czerwonego Kanionu lub Tima Park – koniecznie zabierz ze sobą jakieś kryte buty, adidasy czy coś – sandały może i do temperatury będą bardziej odpowiednie, ale tylko uprzykrzą Ci zwiedzanie. I jeszcze jedno – jeżeli zdecydujesz się na wchodzenie do wody, pomyśl też nad jakimiś butami – dno jest kamieniste, ciężko chodzi się boso. A przy brzegu jest ślisko od glonów. Jakbyś miała jeszcze jakieś pytania – chętnie pomogę :)

          Odpowiedz
          1. Aga

            Dziękuję za wskazówki. Zaopatrzona w dpowiednie obuwie jutro ruszam do kanionu :) czy polecesz szczególnie jakąś trasę? Pozdrawiam :)

  3. Klaudia J

    jakie piękne te rafy! chciałabym zobaczyć!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Polecam w takim razie wypad do Ejlatu! ;)

      Odpowiedz
  4. In Marlena's World

    Jakie cudne podwodne zdjęcia! Jeszcze nie wiem kiedy, ale do Izraela na pewno się wybiorę. Zwłaszcza, że teraz tak często można dorwać tanie bilety :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Trzeba koniecznie skorzystać z okazji, dopóki da się tam tanio dolecieć! ;)

      Odpowiedz
  5. No to Fru

    Sama zmarzłam od wyobrażania sobie nocy na zimnych, metalowych krzesełkach ;) Pewnie nie dałabym rady zasnąć.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zmęczenie wygrało, ale nie był to zbyt twardy sen ;) Jednak lepsze to niż nic, noc szybciej minęła :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close