Izrael: Trudny początek

10.07.2014: WARSZAWA – TEL AWIW-JAFFA

Jak już wcześniej pisałam, pomimo wielu wątpliwości zdecydowaliśmy się w końcu polecieć na 5 dni do Izraela. Lecieć mieliśmy o 15:25 lotem Wizzair z lotniska Chopina bezpośrednio do Tel Awiwu, jednak ostateczną decyzję podjęliśmy dopiero w dniu wylotu ok. godz. 10:00. Na lotnisko mieliśmy jechać ode mnie z pracy – w planach był dojazd SKMką z dworca Warszawa Zachodnia, ale w związku z tym, że odrobinę nie wyrobiłam się z obowiązkami służbowymi, zmuszeni byliśmy zadzwonić po taksówkę.

Na lotnisku poszło sprawnie. Szybko przeszliśmy przez odprawę bagażową i kontrolę bezpieczeństwa, pooglądałam z bliska Dreamlinera, pochodziliśmy trochę po sklepach i trzeba było zbierać się do samolotu. W Warszawie zapowiadało się na burzę.

IS_1 fot. Dreamliner na lotnisku w Warszawie

IS_2fot. Ogon naszego samolotu

Już na samym wstępie pilot ogłosił bez ceregieli, że będziemy mieć godzinne opóźnienie z powodu trwającego ataku rakietowego na Tel Awiw. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy? Co my najlepszego zrobiliśmy… Druga? Niech ten samolot nie wystartuje. Trzecia myśl pojawiła się, kiedy samolot zaczął kołować na pasie i przygotowywać się do startu. A co jeśli jakaś rakieta trafi w samolot w trakcie lądowania? O następnych myślach, które przelatywały mi przez głowę nie będę nawet pisać.  Nie było już wyjścia, trzeba było lecieć.

IS_P7100072fot. Chyba jeszcze gdzieś nad Polską

Lot był dla mnie ciężki. Mimo że mieliśmy lecieć 3,5 godz., czas dłużył mi się niemiłosiernie. Po lekturze wszystkich możliwych artykułów w naszych mediach naprawdę bałam się tego, co tam zastaniemy. Oczami wyobraźni widziałam już istny Armageddon mający miejsce na ziemiach Izraela.

Gdy zbliżyliśmy się do granicy powietrznej Izraela, mniej więcej godzinę przed lądowaniem, pilot zarządził żeby wszyscy pasażerowie usiedli i zapięli pasy. Kilkukrotnie zbliżaliśmy się do Tel Awiwu i odlatywaliśmy krążyć nad Morzem Śródziemnym. W trakcie jednego z podejść zobaczyłam przez okno lecący od strony Strefy Gazy świetlisty mały punkt, który zamienił się w pomarańczowy obłoczek dymu. Drugi taki punkt leciał centralnie na nasz samolot, ale też zniknął. Jak się następnego dnia okazało, w taki obłoczek zamienia się strącona przez izraelski system obronny rakieta Hamasu… Czy to na pewno były rakiety to nie wiem, mam nadzieję, że jednak się mylę… Chyba tylko ja to widziałam, bo w samolocie panował spokój, chociaż można było wyczuć jakieś napięcie. Może wszyscy pozostali pasażerowie skupili się na widoku miasta poniżej, bo rozświetlony Tel Awiw wyglądał pięknie.

IS_P7100112fot. Tel Awiw wieczorem – w Izraelu ciemno robi się szybciej niż u nas

Przylecieliśmy na terminal 3. Przestawiliśmy zegarki o godzinę do przodu. Wysiadając z samolotu czułam się bardzo niepewne, dobrze że wysiadaliśmy do rękawa, nie na płytę lotniska. Tym bardziej niepewnie się poczułam, gdy po wyjściu z rękawa ujrzałam znaki informujące o drodze do schronu. Dla przeciętnego Europejczyka takich wrażeń może być już zbyt wiele.

IS_3fot. Znak wskazujący kierunek do schronu

Terminal 3 jest gigantyczny, ale tak pomyślany, żeby poruszanie się po nim nie było zbyt skomplikowane.

IS_4 fot. Lotnisko Ben Guriona – terminal 3

IS_7 fot. Lotnisko Ben Guriona – terminal 3

IS_9 fot. Lotnisko Ben Guriona – terminal 3 – hala przylotów

Dotarliśmy w końcu do kontroli paszportowej. Do wszystkich okienek ustawiły się długie kolejki, jednych puszczano szybciej, innych dokładniej przepytywano. Kilkukrotnie zmienialiśmy kolejkę aż przyszła nasza kolej. Poszło szybko – w jakim celu przylecieliśmy, co i gdzie chcemy robić, czy i gdzie mamy rezerwacje noclegów. Krótka chwila i otrzymaliśmy pozwolenie na pobyt na 3 mies. Kiedyś otrzymywało się pieczątkę w paszporcie, ale ze względu na problemy, jakie taka pieczątka powoduje (izraelska pieczątka w paszporcie uniemożliwia wjazd do niektórych państw arabskich), służby odeszły od tego i obecnie wydają oddzielny kartonik, którego nie wolno zgubić. Kartonik ten ma kod, który należy zeskanować po odejściu od okienka kontroli paszportowej. Inaczej nie wydostaniemy się z lotniska.

IS_5fot. Lotnisko Ben Guriona – terminal 3 – kontrola paszportowa

Bagaże już na nas czekały, walizka doleciała w całości. W hali z bagażami znajduje się kantor, wymieniliśmy tu część pieniędzy żeby dysponować chociaż jakąś niewielką ilością lokalnej gotówki – nie do końca wierzyliśmy w opisywane w internecie możliwości płacenia dolarami. Jak się później okazało, dolarami można płacić bez problemu, jednak nie zawsze przelicznik jest korzystny.Tak wyglądają izraelski szekle:

IS_P7110218 fot. Izraelska waluta – szekel

IS_P7110220 fot. Izraelska waluta – szekel

Z kantoru skierowaliśmy się na 1 piętro do punktów wypożyczalni samochodów. Samochód wypożyczaliśmy po raz pierwszy, ale formalnie nie było żadnych problemów. Padło na wypożyczalnię Thrifty, samochód rezerwowaliśmy jeszcze przed wyjazdem. Zostaliśmy skierowani na 3 piętro, ponieważ tam sprzed wejścia nr 33 odjeżdżał bus na parking wypożyczalni. Otrzymaliśmy informację, że stanowisko busa jest oznaczone. Gdy wyszliśmy na zewnątrz uderzyło nas niesamowicie gorące powietrze, Musiało być bardzo wilgotne. Niestety żadnego oznaczenia nie znaleźliśmy, dlatego zapytałam kogoś z obsługi lotniska o miejsce, w którym powinniśmy zaczekać. Zostaliśmy skierowani na 2 piętro, jednak tam też nic nie było. Chcąc wejść z powrotem do terminala, zostaliśmy zatrzymani przez nadgorliwego pana z obsługi. Zanim nas przepuścił, zostaliśmy wypytani – co tu robimy, po co przylecieliśmy, dlaczego i na co, jaki jest nasz stopień pokrewieństwa. Dopiero po udzieleniu odpowiedzi i okazaniu paszportów, zgodził się nas wpuścić i skierował nas z powrotem na 1 piętro.

Przy punkcie naszej wypożyczalni spotkaliśmy dwóch chłopaków, którzy również brali samochód. Marcin jest instruktorem nurkowania, a Wojtek historykiem, ale na spokojnie mógłby pracować w marketingu. Tak nas przekonywał, żebyśmy się z nimi zabrali, że prawie mu się to udało ;) Ale w końcu zostaliśmy przy naszym planie. Zaczekaliśmy z nimi na ich znajomych dolatujących z Katowic i ruszyliśmy w poszukiwaniu busa na parking. Busa ani oznaczonego przystanku oczywiście nie było. W końcu po kilku minutach wypatrywania, Wojtek zauważył podjeżdżającego pierwszego busa. Niestety chętnych na zabranie się nim było więcej niż dostępnych miejsc (busy zabierają jednorazowo jedynie 8 osób, nie ma szans żeby dosiadł się ktoś jeszcze – kierowcy bardzo przestrzegają zasad). Zaczekaliśmy na drugiego i tym razem udało się nim zabrać. Na parking dojechaliśmy dość szybko, ale trudno mi powiedzieć, ile dokładnie to trwało. Dochodziła godz. 23:00, zmęczenie dawało mi się już we znaki.

W wypożyczalni potraktowani zostaliśmy dość obcesowo. Na moje pytanie, na jaki adres mamy zwrócić samochód, koleś roześmiał się i stwierdził że tu nie ma adresu. I tyle było dyskusji. Niestety trafił się nam Renault Fluence, jakoś nie przepadam za francuskimi samochodami. W dalszej części wyjazdu okazało się, że ten samochód chyba nie przepadał również za nami, bo żarł paliwo na potęgę (średnio wyszło ok. 9l/100km :/). Rezerwowaliśmy samochód z manualną skrzynią biegów, dostaliśmy automat… Dobrze że mąż miał już kiedyś okazję jeździć automatem, bo nikt nie raczył udzielić żadnych informacji. Chwilę wcześniej samochód wypożyczała para Rosjan i również dostali automat. Mimo problemów z ruszeniem, nikt z obsługi się nimi nie zainteresował. Ciekawa jestem, w jakim stanie oddali auto… Dodatkową komplikacją był sposób uruchomienia samochodu. Przed przekręceniem kluczyka należało wprowadzić kod odbezpieczający samochód. Nie było to takie proste, ponieważ poszczególne cyfry przyciskało się dość przypadkowo, licząc że trafi się w odpowiednie miejsce. Niestety nie mam zdjęcia tego specyficznego urządzenia, ale jak jakieś jednak znajdę, to tu je dorzucę.

Nasz samochód był bardzo poobcierany. Żeby uniknąć późniejszych problemów, dokładnie sfotografowałam każde uszkodzenie a pracownik zaznaczał wszystko co wskazaliśmy na odpowiednim formularzu.

IS_P7100165fot. Nasz poobcierany samochód – Renault Fluence

W końcu mogliśmy ruszyć do Jafy, zabytkowej części Tel Awiwu. Dobrze się złożyło, że pierwszy przejazd mieliśmy tak późno – nie było zbyt wielu samochodów, mieliśmy czas na oswojenie się z samochodem i warunkami drogowymi. W Jafie mieliśmy zarezerwowany wcześniej nocleg, ale mogliśmy przyjechać jedynie do godz. 23:00. Zadzwoniłam do hotelu z informacją, że się spóźnimy. Drukowanie potwierdzeń rezerwacji ma sens, przynajmniej mieliśmy numer telefonu bez którego spalibyśmy pewnie w samochodzie ;) Okazało się, że aby wejść, potrzebujemy kod do drzwi wejściowych. Gdy zajechaliśmy do Jafy, było już koło północy. Po kilkukrotnym okrążeniu ulicy, przy której znajdował się nasz hotel (mnóstwo uliczek jednokierunkowych, których nasza nawigacja nie rozpoznawała…) udało nam się w końcu zaparkować w okolicy. W Jafie było jeszcze goręcej i powietrze było jeszcze bardziej wilgotne. Nawet szyby samochodu parowały nam od zewnątrz. Po wyjściu z auta wystarczyła krótka chwila, by użycie wszelkich antyperspirantów straciło jakikolwiek sens. Doczołgaliśmy się jakoś do hotelu i o dziwo spotkaliśmy jeszcze właściciela. Skierował nas do naszego pokoju. Pokój miał być z klimatyzacją. Zastaliśmy w nim 2 wiatraki… Dobre i to, w takich warunkach bez wiatraków nie dałoby rady spać. Ale przynajmniej mieliśmy wyjście na mały balkonik z uroczym widokiem na Jaffę. Może zbyt czysto nie było, ale poza nami nie było w pomieszczeniu żadnych innych lokatorów (w szczególności tych biegających na 6 odnóżach). Po szybkim ogarnięciu się ruszyliśmy na nocny podbój Jafy. Przy okazji przestawiliśmy samochód, bo tuż pod hotelem było jedno wolne miejsce.

IS_DSC_0107fot. Widok z naszego balkonu

Miasto bardzo mi się spodobało. Czułam się w nim bezpiecznie. Zapomniałam nawet o wcześniejszym ataku rakietowym. Nad bezpieczeństwem w centrum czuwał radiowóz izraelskiej policji. Zaczepił nas tylko jeden mężczyzna, którego nie mogliśmy zrozumieć. Po zignorowaniu go, szybko odpuścił.

Z bulwaru nad morzem rozciąga się piękny widok na hotele i biurowce zlokalizowane w centrum Tel Awiwu.

IS_DSC_0053 fot. Tel Awiw nocą

IS_DSC_0051fot. Jaffa nocą

Spacerowaliśmy tak do bardzo później godziny, było już chyba grubo po 2 w nocy jak wróciliśmy w końcu do hotelu. Nie byliśmy sami, nie spodziewałam się, że o takiej porze tyle osób będzie przechadzać się niespiesznie ulicami, że będą czynne jakiekolwiek sklepiki. Zimna cola uratowała mnie przed wyparowaniem ;)

IS_DSC_0092 fot. Plac Zegarowy w Jaffie

IS_DSC_0086 fot. Meczet w Jaffie

IS_DSC_0076 fot. Uliczka w Jaffie

IS_DSC_0098 fot. Jeśli się nie mylę, podobne roślinki rosną u nas w doniczkach…

IS_DSC_0095 fot. Ulica w Jaffie

IS_12fot. Plac Zegarowy w Jaffie

IS_DSC_0074fot. W Izraelu pełno jest kotów

Po powrocie przeszliśmy jeszcze na dach, ponieważ z góry można było zobaczyć prawie całe stare miasto Jafy.

IS_DSC_0102 fot. Widok z tarasu na dachu w naszym hostelu

IS_DSC_0100 fot. Widok z tarasu na dachu w naszym hostelu

Po całym dniu wrażeń, byłam tak zmęczona, że nie miałam możliwości rozmyślać nad wydarzeniami. Usnęłam natychmiast po tym, jak moja głowa dotknęła poduszki.

 

PS. Wybaczcie marną jakość zdjęć, ale bez statywu ciężko radzić sobie w takich warunkach…

Izrael: Czy aby na pewno był to dobry pomysł?
Wróciliśmy :)

Powiązane wpisy

5 Comments

  1. Podróże w parze

    Wielkie dzięki za obszerną relację, bardo się nam przyda, bo za tydzień lecimy do Izraela! Poziom podekscytowania 10/10:) z tego, co czytam i słyszę, nic złego się tam nie dzieje.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Teraz chyba jest tam względny spokój :) Czujność na wszelki wypadek zachowajcie, ale pod względem turystycznym Izrael jest niesamowity. Różnorodność krajobrazu, miejsca historyczne i religijne… Nudzić się tam nie można. Macie już jakiś plan zwiedzania?

      Odpowiedz
      1. Podroze_w_parze

        Mamy tylko 4 dni, więc Tel Aviv z przyleglosciami oraz Jerozolima i Morze Martwe. Zastanawiamy się nad wynajmem samochodu. Czy masz doświadczenie, że to bardziej opłacalne niż autobusy? Jak z parkowaniem?

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          Niestety na to pytanie nie odpowiem, bo nie mam porównania :/ Jeździliśmy po Izraelu tylko i wyłącznie wypożyczonym autem – po pierwsze dlatego, że mieliśmy napięty plan zwiedzania (nic nowego ;) ), po drugie jako że w kraju było wtedy jak było (mówiło się nawet o kolejnej Intifadzie), to z komunikacji publicznej nie korzystaliśmy też ze względów bezpieczeństwa. Co do parkingów – o ile dobrze pamiętam, to ciężko było z miejscami w Tel Awiwie czy w Jerozolimie, dlatego szukaliśmy hoteli z prywatnymi miejscami parkingowymi i tam zostawialiśmy samochód. W Jerozolimie nawet tak się dogadaliśmy, że pozwolono nam zostawić auto przez cały dzień po wymeldowaniu się. Czekam na relację z Waszego wyjazdu! :)

          Odpowiedz
          1. Podroze_w_parze

            Tak też myślałam, zatem wybierzemy jednak autobusy… Samochodowe przyjemności będą na kolejny wyjazd :) Dzięki za wpisy, są bardzo szczegółowe i pomocne w ustalaniu trasy i miejsc do zobaczenia. Oczywiście zapraszam na naszego bloga, rozkręca się powoli ale stanowczo :)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close