Jordania: Geraza – jordańska Palmyra (część II)

Dzień 3, 21.04.2017, część 2/5

Geraza nie przestawała nas zaskakiwać od przekroczenia pierwszej miejskiej bramy. Świetnie zachowane ruiny na każdym kroku wzbudzały naszą ciekawość, szczególnie, że im dalej od wejścia odchodziliśmy, tym mniej ludzi nam towarzyszyło. W końcu zostaliśmy tylko my, jaszczurki i gekony. Po okrągłym forum, tetrapylonie i pełnej kolumn ulicy Cardo Maximus przyszła kolej na kolejne zabytki – świątynie i teatry. 

Idąc dalej przed siebie trafiamy na pozostałości bazyliki – najstarszego zachowanego w Gerazie kościoła z czasów Bizancjum. Świątynia ta powstała około roku 450-455. Wcześniej znajdowało się tu inne miejsce kultu poświęcone najprawdopodobniej Dionizosowi. Do wybudowania bazyliki na polecenie ówczesnego biskupa Placcusa użyto materiałów pochodzących między innymi ze świątyni Zeusa, którą mieliśmy później obejrzeć. Kamienie posłużyły również budowie pobliskich łaźni. Bazylika musiała być imponująca, do dzisiaj jednak nie ostało się z niej zbyt wiele.

Następnie trafiamy przed piękne nimfeum – okazałą fontannę zbudowaną w latach 190-191 naszej ery. Miejsce to poza walorami ozdobnymi służyło również mieszkańcom jako punkt zaopatrzenia w wodę. Do dzisiaj podziwiać można detale zdobiące fasadę tej fontanny. Woda wypływała z paszcz rzeźbionych lwów i wpadała do basenu, który zajmował całą szerokość podstawy. Każdy nadmiar przejmowany był przez miejski system ścieków, więc nawet w okresach intensywnych opadów miasto nie byłoby zalewane dodatkowo z tego źródła.

Niby przy południowym tetrapylonie kolejnego oferującego swoje usługi przewodnika mamy z głowy, ale niedługo cieszymy się spokojem. Przy nimfeum znów dopada nas jakiś chłopak. W cieniu kolumn ma niewielkie stoisko z biżuterią. Dwoi się i troi, żeby tylko coś sprzedać, zachwala towar, prezentuje nawet, że kamienie są prawdziwe, nie plastikowe – na moich oczach podpala bransoletkę, której nic się nie dzieje. Nie jesteśmy jednak zainteresowani, więc po chwili znudzony odpuszcza. Chyba powoli uodparniamy się na te zabiegi ucząc się coraz większej asertywności.

Następnie mijamy propyleum świątyni Artemidy. Szerokie na 30 metrów schody i dwa fragmenty ściany frontowej to jedne z niewielu pozostałości, ale dają wyobrażenie, jak ważne i ogromne było to miejsce – w końcu Artemida była patronką miasta.

Docieramy do Północnego Tetrapylonu, który znacznie różni się od tego południowego. Przechodzimy przez niego i znajdujemy się na końcowym fragmencie Cardo Maximus otoczonym pojedynczym rzędem kolumn. Ten odcinek prowadzi do zbudowanej w 115 roku na cześć cesarza Trajana Bramy Północnej. Im bliżej końca Cardo Maximus, tym bardziej pusto. Większość osób kręci się wciąż niedaleko wejścia, mało kto dociera aż tutaj. Towarzyszą nam praktycznie jedynie wygrzewające się w słońcu jaszczurki, które na nasz widok uciekają między kamienie. Zawracamy by znów znaleźć się przy tetrapylonie stojącym na skrzyżowaniu dwóch ulic – Cardo Maximus i północnej Decumanus.

Północny Tetrapylon to duża brama o 4 wejściach. Wzniesiono go prawdopodobnie między 165 a 170 r. n.e. ,zanim poszerzono Cardo Maximus. Jako że przeszliśmy już całą główną ulicę Gerazy, skręcamy tym razem w północną Decumanus. Pośród pozostałości kolumn docieramy do imponującego rozmiarami wejścia na tyły sceny Północnego Teatru.Tu już niestety nie jesteśmy sami, ale wystarczy chwilę poczekać, żeby wnętrze budowli opustoszało. Kilka wycieczek posłusznych przewodnikom za chwilę rusza dalej, a my mamy cały teatr dla siebie.

Północny Teatr zbudowano około 130 roku jako buleuterion, czyli miejsce zebrań rady miasta. Uważa się, że wzniesiony został albo za panowania cesarza Hadriana, albo wcześniej za Trajana – dokładna data nie jest znana. Według informacji zawartych na tablicy tuż obok, w 165-166 roku buleuterion przekształcony zostaje w odeon – oznaczałoby to, że miejsce to przykryte było dachem, który stosowany był ze względów akustycznych. Dowiedziono, że występowali tu poeci i muzycy, więc wersja z zadaszeniem jest jak najbardziej prawdopodobna, o tym jednak nie znalazłam w krótkiej notce ani słowa. Z biegiem czasu teatr (odeon) opuszczono, ale wykorzystywany był jeszcze za czasów Umajjadów, aż finalnie podzielił los całego miasta zniszczonego w 749 roku przez trzęsienie ziemi.

Spod teatru czeka nas tym razem droga pod górkę. Z nieba leje się trudny do wytrzymania żar, ale wspinamy się ścieżką w kierunku kościoła biskupa Izaaka. O mały włos odpuścilibyśmy sobie to miejsce. Z murów budynku niewiele się ostało, ale warto tam zajrzeć ze względu na zachowane mozaiki.

To jeden z 23 odkrytych do dzisiaj kościołów bizantyjskich w Gerazie. Powstał w latach 558-559, a do jego budowy użyto materiałów pozyskanych z budowli pozostałych z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Trzy nawy kościoła oddzielono jońskimi kolumnami, które zabrane zostały prawdopodobnie z północnej Decumanus. Niestety mozaiki widoczne na podłodze są uszkodzone. Co ciekawe, nie jest to skutek trzęsienia ziemi, a celowej działalności człowieka – w związku z ikonoklazmem, który miał miejsce w VIII w. zniszczono tam jak i w wielu innych miejscach wszelkie obrazy przedstawiające ludzi lub zwierzęta. Zostały tylko motywy graficzne oraz roślinne.

Dochodzimy w końcu do świątyni Artemidy. Jest oblegana. Przez turystów i sprzedawców pamiątek, kawy i herbaty, wszyscy jednak tłoczą się przy schodach. Wnętrzem mało kto jest zainteresowany. Mamy szczęście – sprzedawcy są zajęci bajerowaniem wycieczki, więc dają nam święty spokój.

Artemida była patronką Gerazy, dlatego też świątynia jej poświęcona nawet dzisiaj robi wrażenie. Budowę tego miejsca rozpoczęto około 135 roku, ale nigdy jej nie dokończono. Z planowanych 32 kolumn wzniesiono jedynie 12. Czemu? Niestety nie wiem. Pod świątynią odkryto coś w rodzaju krypt, których znaczenia jednak nie wyjaśniono. W wewnętrznym sanktuarium – tam, gdzie dostęp mieli jedynie rzymscy kapłani – odnaleziono schody. Jedne prowadziły w dół do krypt, natomiast drugie – w górę, na dach. Świadczy to, że u góry mógł znajdować się jakiś ołtarz. Świątynia Artemidy uległa uszkodzeniu na skutek trzęsienia ziemi, ale prawdopodobnie używana była nawet w XII w. – jako fort grupy Krzyżowców.

Z głównej trasy odbijamy w kierunku niezidentyfikowanych pozostałości budowli. Ta jednak nie budzi zainteresowania – nie widzimy nigdzie ścieżki, która prowadziłaby do jej wnętrza, a po chwili mamy dość przedzierania się przez wysuszoną roślinność skutecznie drapiącą nogi. Po powrocie na ścieżkę rzucamy jeszcze okiem na pozostałości łaźni Placcusa, o których wspomniałam przy okazji opisywania znajdującej się przy Cardo Maximus bazyliki. Wiele się nie zachowało, dlatego też po krótkim przystanku ruszamy dalej.

Mniej więcej za łaźniami warto spojrzeć dookoła. Z góry pięknie widać całą okolicę i wszystkie pozostałości starożytnego miasta. To punkt, z którego zobaczyć można północną bramę miejską, łuk triumfalny, hipodrom, świątynię Artemidy, świątynię Zeusa, owalne forum i obywda tetrapylony. A wszystko to otoczone całą masą kolumn.

Gdy już nacieszymy oczy widokiem, znów zbaczamy z głównej ścieżki, żeby miejsce, przy którym zaczepił nas przewodnik – macellum – zobaczyć z góry. Spod nóg uciekają nam jaszczurki, przedzieramy się przez wysuszoną, roślinność,  ale docieramy do muru, z którego wszystko świetnie widać. Przewodnik znów próbuje namówić kogoś na swoje usługi. Chyba to nie jest jego dzień, bo kolejni i kolejny turyści chcą jak najprędzej uwolnić się od natręta. Warto tu podejść, bo z poziomu Cardo Maximus nie zobaczy się pełnego układu tego miejsca.

W okolicy są jeszcze pozostałości kościoła św. Teodora, kościoła św. Pawła i Piotra oraz „kościółka pogrzebowego”, ale te ruiny odpuszczamy. Budynki zachowały się w niewielkim stopniu, a resztki podłogowych mozaik są ponoć w opłakanym stanie. Powoli kierujemy się w stronę pozostałości świątyni Zeusa i okazałego teatru. Raz jeszcze patrzymy na owalne Forum Cardo otoczone 56 świetnie zachowanymi kolumnami w porządku jońskim – z tej perspektywy prezentuje się jeszcze bardziej imponująco. Chyba nigdzie indziej na świecie nie ma drugiego takiego placu. Dochodzi południe, więc prażące słońce odstraszyło większość amatorów zwiedzania. W Gerazie robi się dość pusto, co doskonale widać na forum. Wcześniej dość zatłoczone, obecne snuje się tam tylko garstka ludzi.

Zaglądamy do Teatru Południowego. Gdy tylko zbliżamy się do muru, słyszymy wewnątrz muzykę, a w środku natykamy się na istną imprezę. Trzech Jordańczyków z tradycyjnymi biało-czerwonymi chustami na głowach (chusty te nazywają się kefija) przygrywa na dudach i bębnie, a kilku mężczyzn spośród zwiedzających tańczy i śpiewa jordańskie pieśni. Wesołą gromadkę obserwują z zaciekawieniem wszyscy pozostali przebywający pod sceną. Sam teatr nagle schodzi na dalszy plan, mimo że jest niesamowity. Na górze dzięki doskonałej akustyce rozkoszujemy się pokazem.

Mężczyźni trzymają się za ręce i radośnie tańczą nie zwracając uwagi na widownię, która spontanicznie zebrała się obok. Panowie jednak w końcu rozchodzą się, a kilku z nich zaczyna z zainteresowaniem przyglądać się europejskim turystkom…

Ten teatr wzniesiono pomiędzy 80 a 96 rokiem, więc jest starszy niż Teatr Północny. To w sumie najstarszy i największy spośród trzech teatrów odkrytych w Gerazie (trzecim jest Birketein – nieodrestaurowany zabytek poza głównym kompleksem, niestety nie odnaleźliśmy go). Mogło się tu pomieścić około 3000 osób! W wyniku trzęsienia ziemi teatr – podobnie jak i inne budynki – został zniszczony, ale w czasach średniowiecza służył jako ufortyfikowany schron dla małej grupki Krzyżowców zanim Muzułmanie ponownie podbili te tereny. W późniejszych latach zniszczeń dokonali okoliczni mieszkańcy, którzy w 1878 roku pozyskiwali tu budulec na nową wioskę. Pomimo burzliwej historii, teatr ten można jednak obejrzeć w naprawdę świetnym stanie. Odbywają się tutaj różne koncerty, głównie w trakcie corocznego festiwalu Gerazy.

Po chwili spędzonej w teatrze udajemy się na koniec do Wielkiej Świątyni Zeusa Olympios wybudowanej w roku 162/163. Jako że miejsce to posłużyło jako kamieniołom w trakcie wznoszenia kolejnych bizantyjskich kościołów Gerazy, niestety jest dość zniszczone. Dobrze jednak widać, że świątynię wzniesiono na cokole. Pozostało tu też kilkanaście kolumn w porządku korynckim. Według badaczy cała ta potężna konstrukcja przykryta była płaskim dachem, ale obecnie pozostaje jedynie wierzyć w to na słowo. Grube ściany wzbudzają zainteresowanie młodych mężczyzn – ci z chęcią wspinają się na najwyższe kamienie i szczyty kolumn popisując się.

Rzucamy okiem na okolicę i udajemy się do wyjścia. Na terenie kompleksu jest jeszcze niewielkie muzeum archeologiczne z eksponatami odkrytymi na miejscu – biżuterią, ceramicznymi biletami do teatru oraz fragmentami mozaik – ale głód zwycięża. Po trzygodzinnym zwiedzaniu starożytnej Gerazy pora na coś do jedzenia. Obie butelki z wodą opróżniliśmy – sprzedawca, który próbował nas oskubać na prawie 12 zł za litr wody, jednak miał serce litując się nad nami i sprzedając te dwie butelki za „raptem” 1 dinara. Bez tej wody raczej byłoby ciężko.

Po drodze w stronę parkingu trafiamy na mężczyznę, który sprzedaje nieszpułki. Coś podobnego jedliśmy kiedyś w Atenach. Tam owoce te były słodkie i soczyste, bardzo łatwo się jednak psuły. Tym razem nieszpułki są twarde, ale i cierpkie. Ich kwaskowatość orzeźwia, ale jakoś do gustu za bardzo mi nie przypada. Może lepiej było skusić się na jordańskie truskawki?

Wychodzimy. Kupujemy jszcze za dinara litrową wodę (5,85 zł – zdzierstwo, no ale w drodze do ruin za dinara o mały włos dostalibyśmy raptem 0,5 l) i udaję się do toalety. Wewnątrz damskiego przybytku siedzi kobieta, która pobiera opłatę. Dinar od osoby! Żeby chociaż było tam jeszcze super posprzątane. Pokazuję, że nie mam pieniędzy w papierze, Jordanka z wielkim fochem przyjmuje monety. Łaskawie daje kawałek papieru, przy wyjściu podaje również papier do wytarcia rąk. 6 zł za kibel! Jestem w szoku. W męskim ponoć opłaty nikt nie pobierał.

Znów przechodzimy obok sprzedawców różnych różności. Jeden z nich próbuje namówić nas na zakup buteleczki z wysypanym różnokolorowym piaskiem wzorem, ale dziękujemy mówiąc, że już taką mamy. Wcale nie skłamałam. Rzeczywiście jesteśmy posiadaczami takiego arcydzieła. I to nawet z Jordanii. Tyle że zakupionego w Mediolanie :) Na EXPO w budynku poświęconym Jordanii właśnie takie pamiątki można było nabyć. Małe cuda, których usypanie nie jest chyba zbyt proste. W trakcie pokazu robienia takiej pamiątki staliśmy jak zaczarowani obserwując cały proces od początku do końca. Gdybyśmy już czegoś takiego wcześniej nie nabyli, na pewno tym razem skusiłabym się na taki zakup.

Po wyjściu widzimy restaurację. Turystyczne miejsce, więc spodziewamy się wysokich cen, jednak jesteśmy tak głodni i wyczerpani, że nic nie robi już nam różnicy. W takich miejscach na to liczą, ale trudno. Marzę o siądnięciu w cieniu i zjedzeniu czegoś lokalnego. Za 10 dinarów od osoby (59 zł…) najadamy się po same uszy różnymi jordańskimi specjałami. Na deser są nawet owoce. Opcja „all you can eat” po jordańsku wygląda tak:

Dowolna ilość dokładek w cenie. Mogliby tylko liczyć taniej za świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy – 3 dinary za szklankę (18 zł) to jednak trochę za dużo. Zadowalamy się wodą. Obiad zepsuła nam jednak skutecznie jakaś rodzina – dwójka dorosłych z małym dzieckiem. Do dzieci w restauracjach nic nie mamy, ale zmienianie przy stoliku pieluchy to już lekka przesada. Smród zawartości owej pieluchy skutecznie na chwilę oderwał nas od jedzenia. Rodzice jednak nic sobie z tego nie robili, że przy stoliku obok ktoś spożywa posiłek. Obsługa też nie zwróciła na to zbytniej uwagi. Dobrze, że pakunku na stole nie zostawili…

Z pełnymi brzuchami i w lekkim szoku wróciliśmy na parking. Byłam święcie przekonana, że zaraz będziemy dyskutować na temat wypuszczenia nas, ale okazało się, że nikt naszego auta nie zastawił. Nasz samochód był chyba jedynym, które mogło w miarę swobodnie opuścić parking. Mogliśmy ruszać dalej. Po tym jak utknęliśmy w gigantycznym korku, na zielone światło, które miało zapalić się zaraz tuż przed naszą maską czekaliśmy z niecierpliwością. Dobrze jednak, że mąż wyrobił sobie już nawyk, żeby mieć oczy dookoła głowy. Ledwo ruszyliśmy, musiał dać natychmiast po hamulcach – tuż przed nami przejechał jakiś wariat mający na dodatek pretensje, że ruszyliśmy i próbowaliśmy przejechać. Miał czerwone, ale co z tego! Welcome to Jordan.

(Visited 93 times, 1 visits today)
Jordania: "Gwiazdy" Gadary
Jordania: Geraza - jordańska Palmyra (część I)

Powiązane wpisy

2 Comments

  1. TosiMama

    Niesamowita podróż, niezwykłe krajobrazy! Zazdroszczę!

    Odpowiedz
  2. Bookendorfina Izabela Pycio

    Ten zakątek ziemi jeszcze przede mną, bardzo chciałabym go odwiedzić. :) Ciekawa fotorelacja, skłania do natychmiastowego pakowania walizki i wyruszenia w świat. :)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close