Jordania: Największe atrakcje Ammanu

Dzień 4, 22.04.2017, część 1/2

Po tylu dniach „wyjazdowych” ze stolicy, postanowiliśmy wreszcie zwiedzić także Amman. Muzea, starożytne pozostałości i ogółem sama atmosfera miasta działały jak magnes, ale jednak nie na tym skupiłam całą swoją uwagę. Dzień zaczął się dla nas od niespodziewanego przykrego zdarzenia, które mnie spotkało. Rzutowało ono tak naprawdę na cały wyjazd… Tym razem kilka słów o tym, że w podróży mogą spotkać nas także i nieprzyjemne sytuacje, których nie da się przewidzieć. 

Kolejny ranek w Nobel hotel i kolejne pyszne śniadanie. I Osama przygotował dla nas truskawki! Były niesamowicie słodkie, tak pysznych dawno nie jadłam. Gdy już uwinęliśmy się ze śniadaniem, zeszliśmy na dół i sprawdziwszy, czy samochód nie ma żadnych rys, udaliśmy się na miasto. Tym razem czekało nas zwiedzanie Ammanu. Od razu kroki skierowaliśmy w kierunku widocznego z naszego okna wzgórza, na którym znajdują się ruiny pałacu dynastii Umajjadów oraz starożytna świątynia Herkulesa. Zbliżaliśmy się do cytadeli Dżabal Al-Qala’at.

Po drugiej stronie drogi, od razu po wyjściu z hotelu, zauważyliśmy schody, którymi wspięliśmy się na szczyt wzgórza. Gdy byliśmy już blisko cytadeli, zaczepił nas jakiś chłopak – na oko dwunastoletni. Łamanym angielskim zapytał, czy chcemy zobaczyć cytadelę. Na twierdzącą odpowiedź wskazał nam drogę. Tyle już wiedzieliśmy, ale miło, że postanowił pomóc. Może chciał pogadać z kimś po angielsku? Na Sri Lance nauczyciele zachęcali swoich podopiecznych do zaczepiania obcych, żeby malcy ośmielili się mówić w obcym sobie języku. W tym przypadku jednak szybko okazało się, że nie o bezinteresowną pomoc czy zwykłą rozmowę chodziło. Młody Jordańczyk wymyślił zaraz drugi sposób na zaczepienie nas – wyglądało na to, że koniecznie chce nas zatrzymać. Tylko po co? Zainteresowały go nasze imiona. Odpowiedzieliśmy nie zatrzymując się. Znów to go nie usatysfakcjonowało. Podbiegł do nas i poprosił o zdjęcie. Ze mną. Gdy ustawiliśmy się, objął mnie, a mąż zaczął dobierać odpowiedni kadr. W tym momencie ręka chłopaka wylądowała na moim tyłku! Ze złością chwyciłam silnie jego dłoń i przytrzymałam dużo wyżej, przy okazji zadrapując go przypadkowo paznokciami. Za nic miał to jednak. Wyrwał ją i zaczął macać mnie po pośladku! Odepchnęłam go i szybko powiedziałam mężowi o co chodzi. Dostał ochrzan, ale myślicie, że się tym przejął? Spłynęło to po nim. Chodziło mu tylko o jedno – zmacanie jakiejś zachodniej panienki! I nieważny był mój strój – jako że wiedziałam, że wschodnia część Ammanu, w której będziemy, jest bardziej  konserwatywna, tego dnia wybrałam bardzo luźne i długie do ziemi spodnie-haremki i niczego nie opinającą dłuższą bluzkę z rękawami. Czyli nikt mi nie powie, że sprowokował go mój skąpy strój (o ile w ogóle krótsze spodnie lub bluzka na ramiączkach powinny kogokolwiek prowokować!). Byłam w szoku. Niestety to wydarzenie wpłynęło na cały wyjazd, bo już do końca podchodziłam do nastolatków bardzo nieufnie. Niestety zdążyliśmy się jeszcze kilka razy przekonać, że to na kilkunastoletnich chłopaków należy tam najbardziej uważać. W kolejnych częściach relacji wspomnę jeszcze o kilku niezbyt przyjemnych sytuacjach, które spotkały nas ze strony właśnie jordańskich dzieci.

Po tym zdarzeniu byłam tak zła, że najchętniej rozszarpałabym tego dzieciaka. Nie raz słyszałam, że mężczyźni arabscy uważają europejskie kobiety za łatwe, ale przecież to było dziecko! Przez cały wyjazd nie spotkało mnie nic takiego ze strony dorosłego mężczyzny. Byli mili, ciekawscy, oglądali się, „zawieszali” wzrok lub rzucali jakiś komentarz, gdy przechodziłam (nigdy nic obraźliwego), ale unikali bezpośredniego kontaktu. Może tylko dlatego, że byłam z mężem? To akurat nieważne w tym momencie. Ten chłopak przekroczył wszelkie granice, naruszył moją prywatność. Młody wiek, burza hormonów – rozumiem, ale to i tak nie usprawiedliwia takiego zachowania. Jeszcze żebym chociaż była ubrana jakoś „wyzywająco” jak na muzułmańskie standardy. Nic z tych rzeczy.

Przez cały pobyt na terenie cytadeli myślałam tylko o tym. Nie mogłam się skupić ani na widokach ani na historii tego miejsca. Dopiero później doczytałam co nieco, ale miejsce już zawsze będzie kojarzyć mi się z tym dzieciakiem. Nawet teraz, gdy o tym piszę, czuję się źle na samo wspomnienie.

Gdyby nie przejścia w drodze do ruin, może inaczej podeszłabym to tego miejsca, ale tak – wydało mi się ono niezbyt ciekawe. Obejrzeć tam można ruiny świątyni Herkulesa, pozostałości pałacu Umajjadów – w tym zrekonstruowaną komnatę oraz cysternę na wodę. Ale nic nie robiło na mnie wrażenia. Skoro tak zaczął się dzień, obawiałam się tego, co jeszcze może nas spotkać. Na szczęście jednak moje obawy były na wyrost. Ale dobry nastrój i chęć zwiedzenia jordańskiej stolicy wyparowały na dobre.

Pośród ruin napotkaliśmy tym razem znacznie więcej turystów z innych krajów. Szczerze przyznam, że czułam się wśród nich bardziej swojsko. Nikt na nas nie zwracał uwagi, nikt nie zaczepiał, mogliśmy wtopić się wreszcie w otoczenie. Od kilku dni byliśmy w centrum uwagi, więc naprawdę potrzebowałam odrobiny anonimowości i braku zainteresowania.

Gdy zbliżyliśmy się do brzegu wzgórza, żeby zerknąć okiem na panoramę, wiatr sypnął nam w oczy piachem. Właśnie ten silny wiatr nieco uprzykrzał zwiedzanie, ale z drugiej strony było dzięki niemu nieco chłodniej. Gdy tylko podmuchy ustawały, robiło się nieznośnie gorąco. A dopiero był to ranek…

Z góry można przyjrzeć się znacznej części tego ponad dwumilionowego miasta położonego podobnie jak Rzym – na siedmiu wzgórzach. Widzieliśmy położony niedaleko meczet o niebieskiej kopule (meczet króla Abdullaha I udostępniony turystom) oraz nasz niezbyt wyglądający od zewnątrz hotel. Gdyby nie cena, zapewne nigdy nie zdecydowalibyśmy się zanocować w tak wyglądającej ruderze, ale w środku czekało nas na szczęście miłe zaskoczenie. Jak widać, czasami pozory mylą. Po drugiej stronie czekała na nas panorama z odeonem i teatrem w roli głównej. Tam mieliśmy zajrzeć w następnej kolejności.

Obeszliśmy wszystkie ruiny dookoła. Z jednej strony prażyło słońce i nie chciało mi się już oglądać ciągle tak samo wyglądających kamieni, ale z drugiej – wcale nie miałam ochoty opuszczać tego miejsca. A co, jeżeli znów spotkalibyśmy tego chłopaka? Szok już puścił, wtedy narastała we mnie już tylko złość. Chyba zareagowałabym zupełnie inaczej. Tylko jak? Postanowiłam jednak dłużej o tym nie rozmyślać. Skupiłam się na detalach jedynego zrekonstruowanego elementu pałacu – komnaty zwieńczonej okrągłą kopułą. Miejsce to zbudowane zostało na planie krzyża, ponieważ była tu kiedyś bizantyjska kaplica.

Poza tym odbudowanym pomieszczeniem, zobaczyć można już tylko nędzne pozostałości, które ostały się po silnym trzęsieniu ziemi z 749 roku.

Niby byliśmy w samym centrum Ammanu, ale to właśnie tam widzieliśmy wreszcie kilku przedstawicieli jordańskiej fauny. Wszędzie napotykaliśmy na jaszczurki, na wzgórzu jednak były również ptaki oraz czarne żuki, które upatrzyły sobie kilka roślin siadając na nich w małych skupiskach. Jaszczury oczywiście też były.

Gdy już obejrzeliśmy wszystkie pałacowe pozostałości, zajrzeliśmy do muzeum. Jest naprawdę niewielkie – mieści w swojej sali eksponaty wydobyte na terenie cytadeli. Jednak dużo bardziej ciekawym jest Jordańskie Muzeum Archeologiczne położone nieco dalej.

Najpierw jednak trafiliśmy na niewielki odeon z amfiteatralną widownią na 500 osób i sklepionymi przejściami. Zbudowany w II wieku. Byliśmy tam sami, więc mężczyzna sprawdzający bilety, całą swoją uwagę poświęcił nam. Próbował pokazywać nam różne zakamarki, ale jako że jego znajomość angielskiego nie była wystarczająca, postanowił jedynie obserwować nas.

Tuż obok odeonu znajduje się amfiteatr wybudowany w II w. n.e. Jego widownia może pomieścić do 6 tysięcy widzów! Odrestaurowano go w 1957 roku. Teatr – mimo że jest jednym z największych zabytków Ammanu – okupowany był głównie przez Jordańczyków. Turystów z innych krajów było jak na lekarstwo. Jordańczycy siedzieli na ławkach, posilali się lub… malowali paznokcie jak kilka nastolatek. Gdy spadła im buteleczka z lakierem i rozbiła się na stopniu, niewiele sobie z tego zrobiły…

Po prawej stronie znajduje się Muzeum Etnograficzne i Muzeum Tradycji Ludowej, czyli w skrócie muzeum folkloru. Bodajże 4 sale, w których wystawiono tradycyjne narzędzia i manekiny w tradycyjnych strojach. Teoretycznie nie można robić tam zdjęć, praktycznie nikt się tym zakazem nie przejmuje. Muzeum średnio nas zaciekawiło, ale jako że było zawarte w Jordan Pass, zajrzeliśmy do niego.

Zajrzeliśmy znów do punktu Western Union – wymieniliśmy resztę dolarów. Panowie pamiętali nas z poprzedniego dnia, więc otrzymaliśmy w gratisie dwa długopisy.

Po wymianie pieniędzy skierowaliśmy się w stronę Jordańskiego Muzeum Archeologicznego,  ale najpierw trafiliśmy na pozostałości rzymskiego nimfeum, które widzieliśmy poprzedniego dnia wieczorem. Nimfeum w Ammanie powstało w 191 roku, to dwupoziomowy kompleks fontann i basenów, z czego największy z nich miał powierzchnię 600 m². Do dzisiaj ostało się jednak tylko kilka kolumn i fragment ściany. Zaraz trafiliśmy też na targ z najróżniejszymi owocami i warzywami. Takie miejsca lubię najbardziej, jednak tam wzbudzaliśmy zbyt dużo zainteresowania, nie mogliśmy wtopić się w tłum kupców i sprzedawców.

Wędrując jedną z głównych ulic dotarliśmy w końcu do Jordańskiego Muzeum Archeologicznego. Niestety tego miejsca Jordan Pass nie obejmuje, więc odwiedziny w tym muzeum wiązały się z uiszczeniem opłaty w wysokości 5 JOD od osoby (ok. 30 zł). Muzeum czynne jest codziennie z wyjątkiem wtorków i piątków w godzinach do 15:30. Kasa biletowa zamykana jest godzinę wcześniej. Muzeum może pochwalić się bogatą ekspozycją znalezionych na terenie Jordanii przedmiotów datowanych począwszy od paleolitu aż do XVI w.

Najcenniejszym oraz najbardziej znanym eksponatem są jednak zwoje z Qumran, a konkretnie Zwój Miedziany odkryty w grocie numer 3. Zwoje z Qumran to zbiór dokumentów spisanych po hebrajsku, aramejsku i grecku, znalezionych w latach 1947–1956 w 11 grotach niedaleko ruin miasta Qumran na Zachodnim Brzegu.

Po wyjściu z muzeum udaliśmy się z powrotem w stronę naszego hotelu. Szliśmy główną ulicą co chwila zaglądając w witryny mijanych sklepów. W jednym z nich wreszcie trafiliśmy na pieczywo – już myślałam, że w życiu nie znajdziemy tam żadnej piekarni! Przy zakupach wyszło jednak zamieszanie. Zdecydowaliśmy, że do kolacji kupimy pity i pity z zaatarem – oczywiście cen nigdzie nie było, sprzedawca policzył nam 1,30 JOD (ok. 7,5 zł). Od razu podałam mu banknot, końcówki jednak chwilę szukałam w portfelu. Gdy podałam mu te brakujące 0,30 JOD, upomniał się… o dinara, którego już dostał. Odpowiedziałam, że przecież banknot już otrzymał, a zapłacić mieliśmy 1,30. Nie dyskutował. Kolejni klienci byli już w kolejce, więc ni z tego ni z owego oddał nam 1 JOD i zajął się następną osobą. Czyli wyszło na to, że albo sam się zakręcił w całej tej sytuacji, albo zwyczajnie chciał nas wcześniej naciągnąć. Próbowałam wytłumaczyć tę sytuację, ale zupełnie nie zwracał na nas uwagi. W kolejnym sklepiku dokupiliśmy jeszcze coś do picia i hummus – wszystko dużo tańsze niż w turystycznych miejscach.

Po zakupach trafiliśmy jeszcze do tego samego miejsca, w którym dnia poprzedniego skusiliśmy się na falafel i sok z trzciny cukrowej. Było tak samo smacznie. Wróciliśmy do hotelu i zrobiliśmy sobie chwilę przerwy.

Kolejnym naszym celem miało być położone kilka kilometrów od centrum Królewskie Muzeum Samochodów poświęcone zmarłemu królowi Husseinowi. Oznaczało to, że znów będziemy musieli walczyć o przetrwanie na ammańskich drogach… Tym razem poszło jednak całkiem ok – chyba zaczynaliśmy przyzwyczajać się już do tego drogowego szaleństwa. Pod odpowiedni adres trafiliśmy, ale w bramie natknęliśmy się na znak informujący o zakazie wjazdu. Zdecydowaliśmy się poszukać innego wejścia, ale tylko oddalaliśmy się od tej atrakcji. W końcu postanowiliśmy zawrócić. Gdy przejeżdżaliśmy obok bramy zauważyliśmy, że mimo zakazu auta tam wjeżdżają. Czemu by nie spróbować? Zaparkowaliśmy nieopodal, żeby dopytać strażnika – mężczyzna prawie nie mówił po angielsku, ale zrozumiał, o co nam chodzi. Wskazał, że możemy wjechać na teren. I tak zaraz parkowaliśmy pod muzeum. Wstęp do tego miejsca kosztuje 3 JOD (ok. 18 zł) – jest to cena dla turystów. Mieszkańcy Jordanii płacą mniej. Jeżeli chce się zwiedzać z audioprzewodnikiem, należy zapłacić 5 JOD (ok. 30 zł). Nam wystarczyły szczegółowo opisane tabliczki z informacjami przy każdym aucie.

Królewskie Muzeum Samochodów to nic innego jak ogromny blaszany hangar, w którym ustawiono królewskie auta. W muzeum nie ma żadnej klimatyzacji – było gorąco jak nie wiem, jedyna wymiana powietrza następuje przez specjalnie umieszczone tam dziury pod dachem, ale przy panujących na zewnątrz upałach, nie daje to zbytnio wytchnienia. Skoro jednak już tam przyjechaliśmy i lubimy stare auta, nie można było odpuścić. No i poza jeszcze 2 arabskimi parami byliśmy tam sami. Wewnątrz podziwiać można auta, które należały do królewskiej kolekcji. Wiele z nich to repliki, ale wszystkie samochody i motocykle wyglądają bajecznie. Niektóre z nich rzeczywiście wykorzystywane były przez rodzinę królewską – np. do oficjalnych wizyt czy też prywatnych przejażdżek.

Obok muzeum samochodów jest muzeum dla dzieci – inicjatywa królowej Ranii. Są parkingi, park, w którym Jordańczycy rozkładali się na trawie na małe rodzinne pikniki. Są też korty i boiska do gry w piłkę. Idealne miejsce na odpoczynek. My jednak nie mieliśmy na to zbyt wiele czasu – zdecydowaliśmy się ruszyć w stronę jeszcze jednego, oddalonego o kilka kilometrów miejsca…

Jordania: Kasr al-Abd - hellenistyczny pałac
Jordania: Gdy z "gwiazdy" stajesz się nagle intruzem...

Powiązane wpisy

5 Comments

  1. Anna Chomiak

    Uwielbiam te rejony świata, w których nadal można zastać pozostałości po Grekach i Rzymianach. Może kiedyś uda się odwiedzić również i Jordanię :)

    Odpowiedz
  2. Olka

    O ile wielką fanką zwiedzania ruin nie jestem, o tyle te rzeczywiście robią fenomenalne wrażenie. Przede wszystkim swoją wielkością!

    Odpowiedz
  3. Radek z Blogporozniczy.com

    Bardzo interesujący i przydatny wpis. Czas planować wyprawę do Jordanii.

    Odpowiedz
  4. Natalia

    Nie dziwie się, że byłaś zła na tego gówniarza, można się wściec!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Do tej pory pozostał niesmak, mimo że minęło już tyle miesięcy…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close