Kambodża: Królewskie oblicze Phnom Penh

Dzień 12, 23.11.2016 część 2/3

Jeśli wybierzecie się kiedykolwiek do Phnom Penh, na pewno spotkacie na swojej drodze mnóstwo śmieci. To nieuniknione, ale stolica Kambodży potrafi również zachwycić niesamowitym porządkiem i dbałością o szczegóły. Gdzie można zobaczyć inne oblicze tego miasta? Oczywiście w okolicy pałacu królewskiego. Jakżeby inaczej. Piękne, wielkie świątynie, dużo zieleni, przystrzyżona trawa i żywopłoty, czysto, schludnie. Jakbyśmy przenieśli się w zupełnie inne miejsce.

Pałac wciąż był zamknięty dla odwiedzających, więc postanowiliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Wbrew pozorom nie było to łatwe. W Tajlandii coś na ząb można było znaleźć praktycznie wszędzie, w Kambodży jednak zupełnie brakowało na naszej drodze garkuchni. W końcu trafiliśmy przypadkiem na khmersko-nepalską restaurację. Skoro kuchnia była mieszana, trzeba było spróbować obu smaków. Dania były pyszne! Taki obiad zjada się z przyjemnością. Całość wyniosła nas 10$ – 4,5 kosztowało danie nepalskie (nazwy niestety nie pamiętam), a 5$ khmerski lok lak. Ceny dość średnie, ale jakość i smak – bezdyskusyjne.

Po długiej przerwie między godz. 11:00 a 14:00, nadeszła wreszcie pora, gdy teren pałacu królewskiego znów udostępniony został zwiedzającym. Z pełnymi żołądkami mogliśmy udać się na dalsze zwiedzanie. Wstęp kosztuje 25 000 rieli, czyli według naszych kalkulacji po aktualnym wtedy kursie – 12$ za dwoje. Skasowano nas jednak na 13$. Nawet w takim miejscu naciągają…

Kolejki dużej nie było, więc po chwili znaleźliśmy się na wielkim placu, na którym postawiono wiele bardzo interesujących architektonicznie budynków. Każdy z nich był piękny, a dbałość o najdrobniejsze szczegóły od razu rzucała się w oczy. No i ten przepych… Dachy kojarzyły mi się z wężową skórą – każda dachówka przypomina gadzią łuskę. Część budynków niestety pozostaje poza zasięgiem turystów – na jakieś 50 budynków i innych obiektów, turyści mogą zobaczyć około 30. Niestety pałacu jako takiego nie można zwiedzić.

Pierwszy w oczy rzucił się nam Pawilon Światła Księżyca, czyli Preah Thineang Chan Chhaya, w którym oglądać można tradycyjne khmerskie tańce. Niestety podejście do niego nie było możliwe – zagrodzonego przejścia pilnował dodatkowo strażnik.

Jednym z najciekawszych budynków królewskiego kompleksu jest wzniesiona w 1892 roku Preah Vihear Preah Keo Morakot, zwana również Wat Preah Keo lub Srebrną Pagodą. Jednak długo w jej wnętrzu nie wytrzymaliśmy – niesamowicie śmierdziało tam… stopami. Podłoga w większości przykryta jest dywanem, po którym dziennie przechodzi całe mnóstwo spoconych nóg – przed wejściem do środka koniecznie trzeba zdjąć buty oraz być odpowiednio ubranym (nogi zakryte co najmniej w 3/4 długości, przykryte ramiona). Efekt jest mało przyjemny. Mimo że Srebrna Pagoda zawiera w sobie narodowy skarbiec, a w nim między innymi złote posągi Buddy otrzymane głównie od delegacji innych krajów (jednego z nich przyozdobiono ponad dwoma tysiącami diamentów!) oraz Buddę kryształowego zwanego potocznie szmaragdowym khmerskim Buddą, to właśnie to zapadło mi najbardziej w pamięć…

Tak przy okazji – srebrnych płytek, od których nazwę ma to miejsce było początkowo na polecenie króla Sihanouka aż 5 tysięcy! Każda waży około jednego kilograma, wyłożona została nimi cała podłoga. Niestety są one bardzo zniszczone, tam, gdzie się odkleiły, przyklejono je z powrotem… zwykłą taśmą do pakowania. Fotografowanie w Srebrnej Pagodzie jest zabronione, zakaz ten jest skrupulatnie przestrzegany przez strażników. To jedna z największych atrakcji Kambodży. Aż dziwne, że przetrwała zawirowania historyczne.

Po wyjściu ze Srebrnej Pagody trafić można to muzeum króla Norodoma Sihanouka, w którym ogląda się ekspozycję narodowych strojów czy królewską lektykę i baldachim. Jest tam także sala Białego Słonia ze słoniem (oczywiście nieprawdziwym) naturalnych rozmiarów. Słoń największe zainteresowanie wzbudzał wśród uczestników jakiejś szkolnej wycieczki.

Uwagę w kompleksie zwraca także pawilon sali tronowej wybudowany w 1917 roku. Miejsce to wykorzystywane jest w takcie królewskich i religijnych ceremonii. Dach tej budowli różni się nieco od innych – na jednej z wieńczących go iglic zobaczyć można cztery białe twarze Brahmy. Do wnętrza nie mogliśmy wejść, ale turystom pozwolono zajrzeć do środka przez otwarte drzwi. Tu również obowiązywał zakaz fotografowania.

Poza budowlami wspomnianymi wyżej, na placu zobaczyć można także Keong Preah Bath – niewielką świątynię, w której znajduje się ślad stopy Buddy, Hor Samrun Phirun – budynek, w którym królowie przed procesją oczekiwali by dosiąść słoni, Hor Samrith Vimean – miejsce służące do przechowywania szat oraz królewskich regaliów, królewski skarbiec – Hor Samranphirum, królewską salę bankietową – Preah Tienang Phochani oraz kilka pomników i wiele niewielkich stup, w których przechowywane są szczątki poprzednich władców.

Na terenie kompleksu zobaczyć można również wielką makietę przedstawiającą Angkor Wat – kolejną dumę Kambodży.

Po wyjściu z pałacu musieliśmy niestety wrócić do otaczających realiów. Jak już wspominałam, Phnom Penh poza otoczeniem królewskiego kompleksu nie jest zbyt czystym miastem. Na każdym kroku widzieliśmy np. takie oto (i gorsze) obrazki:

I pomyśleć, że w latach 50 i 60tych ubiegłego wieku Phnom Penh uważane było za najładniejsze miasto tej części Azji…Czerwoni Khmerzy postarali się, żeby obecna stolica Kambodży straciła to miano na długie lata. Może już nawet na zawsze? Mieszkańców wysiedlono, wielu z nich zabito (wystarczyło nosić okulary, żeby zostać uznanym za znienawidzonego przez reżim inteligenta), a samo miasto zdewastowano. Aż cud, że w ogóle jest w nim co oglądać… Po czystkach przeprowadzonych przez tyranów miasto liczyło raptem kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców.

Zajrzeliśmy nad rzekę – tuż obok pałacu królewskiego łączą się ze sobą Mekong oraz rzeka Tonle Sap. Od października do maja ta druga co do wielkości rzeka Kambodży zasila swymi wodami Mekong, jednak w porze deszczowej wody Mekongu tak wzbierają, że Tonle Sap cofa się zasilając jezioro- ciekawostka przyrodnicza.

Na wybetonowanym wybrzeżu mieszkańcy rozkładali swoje pranie albo też sami wygrzewali się w promieniach słonecznych. Niektórzy „sprzedawali” również małe ptaki trzymane w stłoczonych klatkach. Wypuszczenie takiego ptaka ma ponoć przynieść szczęście.

W końcu trafiliśmy do Muzeum Archeologicznego. Wstęp to koszt wynoszący 5$ od osoby dorosłej. Budynek robi wrażenie – strzeliste wieże, spadziste dachy, a wszystko w ceglanym kolorze. Prezentuje się imponująco i zachęcająco. Budynek otacza wewnętrzne zielone patio. Są tam też niewielkie bajorka z rybami, które chętnie korzystają z dokarmiania specjalną rybią karmą. Niestety wystawa już tak zachwycająca nie jest. Wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, ale moim zdaniem zbiory tego muzeum są bardzo skromne. Po obejrzeniu Angkoru spodziewałam się po tym miejscu naprawdę dużo więcej, ale patrząc na historię tego kraju, może i tak nie jest źle? Rzeźby i pozostałe eksponaty rozstawione są jedynie na parterze. Wiele dzieł z czasów świetności Angkoru znajduje się obecnie między innymi w paryskich muzeach.

Niby wewnątrz obowiązuje zakaz fotografowania, ale ani nikt z obsługi ani tym bardziej turyści nie przywiązują do niego jakiejś specjalnej uwagi. Początkowo chciałam zrobić tylko jedno zdjęcie przedstawiające przekrój tego muzeum chowając się z aparatem jak jakiś przestępca, ale gdy widziałam że inni robią zdjęcia na bezczela, a pracownicy w ogóle na to nie reagują – przestałam się ukrywać i kilka zdjęć zrobiłam. Wolałam jednak podziwiać rzeźby nie przez wizjer aparatu.

Po wyjściu z muzeum złapaliśmy tuk tuka tym razem stanowczo i zdecydowanie podając swoją cenę. O dziwo kierowca zgodził się na kurs bez jakiegoś wielkiego oporu, mimo że dość znacznie zbiliśmy jego pierwotną cenę. Spodziewaliśmy się długiego i męczącego negocjowania, ale poszło naprawdę szybko. Tak swoją drogą te khmerskie tuk tuki są bardzo ciekawe – wyglądają jak małe karety:

Zgodnie z umową dowiezieni zostaliśmy pod same mury Tuol Sleng – więzienia, w którym Czerwoni Khmerzy wymordowali nieprawdopodobną ilość ludzi. Miejsca związane z tą tragiczną historią Kambodży wielu odstraszają, ale w końcu i my mamy naszą dramatyczną historię. Musieliśmy więc zobaczyć i ten punkt mapy Phnom Penh.

Kambodża: Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng
Kambodża: Choeung Ek - pola śmierci

Powiązane wpisy

6 Comments

  1. Zołza z kitką

    Kambodża jest i na mojej liście miejsc do odwiedzenia. A patrząc na te zdjęcia – innej opcji nie ma! :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Życzę jak najszybszego wyjazdu w tamte strony! :)

      Odpowiedz
  2. Konkol Polny

    Piękne świątynie, szczególnie uwagę zwracają dachy. No i dania – wyglądają przepysznie :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Było pysznie, ale i tak chyba bardziej odpowiadała mi kuchnia Tajlandii :)

      Odpowiedz
  3. Andrzej

    Azja zawsze kojarzy mi się ze smakiem. Tym na talerzu, ale i tym szerzej pojętym – w kulturze, historii, tradycjach, architekturze. Smakujcie Azję. Warto :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Żeby nie ustawowy urlop wynoszący jedynie 26 dni w roku, chętnie smakowałabym Azję na okrągło ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close