Azory: Rejs na wieloryby – z kim płynąć?

Archipelag Azorów jest ponoć jednym z najlepszych na świecie miejsc (o ile nie najlepszym!) do obserwacji wielorybów. Otaczające wyspy oceaniczne wody są mieszkaniem dla wielu waleni i mimo że najlepszą porą na podglądanie tych zwierząt w środowisku naturalnym jest okres między początkiem kwietnia i końcem maja, to każda pora roku jest dobra, by przeżyć niesamowitą morską przygodę. Czy warto wybrać się na rejs na wieloryby będąc na Sao Miguel? Sam się przekonaj na podstawie mojej relacji!

Dzień 5, 1.07.2019, część 1/2

Rejsy na wieloryby na Sao Miguel odbywają się głównie z Ponta Delgada, ale również w Vila Franca do Campo ma siedzibę kilka firm organizujących takie wyprawy. I właśnie na tę drugą miejscowość decydujemy się spośród wielu ofert. Ceny kształtują się średnio na poziomie 55$ od osoby, jednak firma Terra Azul, którą wybieramy, latem za wycieczki bierze 60$ (zimą, czyli w okresie od 1.10. do 30.04. cena spada o 5$). Drożej, ale zdecydowanie warto! Jeśli w trakcie rejsu nie spotka się żadnego walenia (ani wieloryba ani delfina), można bezpłatnie wybrać się na wyprawę po raz drugi. O samej firmie jeszcze wspomnę, teraz skoncentrujmy się na rejsie jako takim.

Rejs na wieloryby – którą firmę wybrać?

Ze względu na lot powrotny wieczorem, z dwóch możliwych godzin wycieczki wybieramy tę poranną, czyli w porcie musimy być o 8:30. Pusta droga mija szybko, auto parkujemy bez najmniejszego problemu, ale… Gdzie jest biuro firmy, w którym to mieliśmy się stawić po przybyciu?! Mapa Google tak samo jak i Maps.ME pokazuje, że jesteśmy na miejscu, ale zdecydowanie nie wygląda to na rzeczywisty punkt zbiórki. Kręcimy się pośród łodzi szukając kogoś, kto mógłby nam pomóc, aż wreszcie trafiamy do mężczyzny sprzedającego wystrugane przez siebie w drewnie wieloryby i delfiny. Azorczyk szybko kieruje nas w odpowiednią stronę. No tak, za ten róg jeszcze nie zajrzeliśmy…

Pod biurem organizatora wycieczki jest już tłoczno. Nasza obecność zostaje odnotowana, otrzymujemy fragmenty korka z niebieską farbą – w taki sposób uczestnicy wyprawy informowani są, w której znaleźli się grupie. Oznacza to, że popłyniemy drugą łodzią. Korki zebrane zostaną z powrotem tuż przed wejściem na pomost, więc ma mowy o zaśmiecaniu ulicy.

Byliśmy czasowo na styk, ale okazuje się, że taki pośpiech nie był potrzebny, opóźnienie jest chyba przewidziane od razu w programie. Pierwsza grupa z czerwonymi korkami siada w sali i ogląda pokaz. Wycieczka rozpoczyna się od krótkiej prezentacji. Pracownicy firmy tłumaczą, na czym polega rejs, co wolno, czego nie i pokrótce wyjaśniają, czym ogółem zajmuje się firma oraz jakie zwierzęta można spotkać w tym okresie. Po kilkunastu minutach pierwsza grupa rusza na ocean, a my zajmujemy ich miejsca.

Staje przed nami pochodząca z Belgii Jessie – to ona będzie naszą opiekunką i przewodniczką w trakcie trwającego 2 godziny rejsu. Zanim jednak wyjaśni nam zasady, puszcza film, którego narratorem jest… ocean. Przyznaję, łapie on za serce. Najbardziej zapada mi w pamięci zdanie, że ocean bez ludzi przetrwa, ludzie bez oceanu – niekoniecznie. Firma Terra Azul ogromną wagę przykłada do ochrony środowiska i nie jest to czcze gadanie. Poza rejsami angażują się także w badania naukowe. Jessie objaśniając reguły prosi, byśmy każdorazowo, gdy tylko zobaczymy jakieś śmieci na powierzchni oceanu, dawali jej znać. Słyszymy jeszcze nieco informacji o komunikacji zwierząt morskich, ich migracjach i wreszcie pora na nas. Nie mogę się doczekać aż wypłyniemy!

Zajmujemy miejsca w miarę z przodu, ale łodzie są tak skonstruowane, że tak naprawdę każdy będzie miał możliwość zobaczyć zwierzęta w dowolnej części. Są trzy rzędy siedzeń (nie wyglądają na zbyt wygodne, ale w rzeczywistości naprawdę da się w nich wysiedzieć cały czas), przy czym środkowy rząd jest nieco wyżej względem bocznych – gdy coś pojawia się z prawej strony łodzi, osoby siedzące z lewej mogą wstać i odwrotnie. Środkowy rząd za każdym razem siedzi, dzięki czemu nie ma przepychania się, chodzenia po łodzi, a każdy mam możliwość przyjrzeć się morskim stworom.

Jessie po krótkim instruktażu użytkowania sprawdza czy wszyscy zapięli otrzymane kamizelki ratunkowe i ruszamy. Coraz szybciej, w wiadomym już kierunku – kapitan dostał cynk z punktu obserwacyjnego na lądzie. Osoby wypatrujące zwierząt z klifu coś zauważyły! Pierwsza grupa już jest na miejscu. Dopływamy do nich spokojnie – zanim jeszcze dostrzeżemy, co jest pierwszą “atrakcją”, silnik łodzi zostaje wyłączony.

Stadko delfinów!

Wystarczy sekunda i już wiem, co nam towarzyszy. To spore stado charakteryzujących się ubarwieniem w czterech kolorach delfinów zwyczajnych! Ocean jest wyjątkowo dzisiaj spokojny, Jessie opowiada, że delfiny lubią wykorzystywać w takich sytuacjach tworzone przez łodzie fale. Skaczą wokół nas nic sobie nie robiąc z ludzkiej obecności. Terra Azul organizuje również rejsy z możliwością popływania z tymi stworzeniami, ale mi w zupełności wystarczy to, co właśnie rozgrywa się na moich oczach.

Stado poluje. Za sprawą wyłączonych silników i ciszy panującej na obu łodziach zwierzęta sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nas nie zauważały. Są kilkanaście metrów od nas, ale już po chwili kilka osobników przepływa dosłownie przy mnie! Delfiny widzieliśmy już w trakcie podobnej wycieczki na Sri Lance, ale wtedy były dużo dalej. To, co teraz widzę, odbiera mi mowę, łzy wzruszenia stają w oczach, a uśmiech bezwiednie przykleja się do twarzy na dobre. Towarzyszy nam tyle emocji!

Delfinów jest całe mnóstwo. Jessie mówi, że stado może mieć i ze 100 osobników! Nie rzucamy się jednak w pogoń za nimi pozwalając zwierzętom polować bez zakłócania ich rytuału. Po prostu dryfujemy na powierzchni. Delfiny podpływają do łodzi, wyskakują tuż przy nas na powierzchnię lub po prostu przepływają pod nami. W pewnym momencie ogromna ławica ryb chowa się w cieniu łodzi licząc chyba, że te morskie ssaki ich nie znajdą. Oj, są w błędzie – nie mają szans na ucieczkę.

Rekin!

Pierwsza łódź powoli odpływa, my wkrótce też zostawiamy delfiny w spokoju. Nasza przewodniczka otrzymała informację o kolejnych zwierzętach. Gdy tak prujemy przed siebie zauważam coś w wodzie. Tuż obok łodzi! Początkowo sądzę, że był to jakiś niemrawy samotny delfin (przy tej prędkości trudno o możliwość przyjrzenia się), ale Jessie natychmiast wydaje nakaz zatrzymania się i spogląda w wodę. To był rekin, a konkretnie żarłacz błękitny! Niestety łódź musiała go spłoszyć. Jak to później powie mi Jessie spotkania z rekinami nie należą do zbyt częstych, chociaż zdarzają się.

Żeglarze portugalskie

Jakaś kobieta zwraca uwagę na obecność w wodzie plastikowych toreb, jednak w rzeczywistości nie są to foliówki. To rurkopławy (nie mylić z meduzą) zwane żeglarzami portugalskimi! Dopóki grupa nie wiedziała, co to unosi się na powierzchni, nie wykazywała zbytniego zainteresowania niebiesko-różowym pęcherzem. Zaraz jednak wszyscy skupiają się na żeglarzach.

Żeglarze portugalskie to bardzo niebezpieczne stworzenia. Część, która unosi się na powierzchni, jest tak naprawdę niewielka i niegroźna. Zabójcze mogą być parzydełka, które potrafią ciągnąć się pod kolonią polipów na wiele metrów głębokości. Wolałabym nie znaleźć się w wodzie w takim towarzystwie – stworzeń tych jest tu dość sporo. Jednak niestety na śmieci również trafiamy. Jessie zgodnie z informacją przekazaną na lądzie zatrzymuje łódź, by je wyłowić.

Żeglarze portugalskie skradły całą uwagę grupy, ale musimy się zbierać – pracownicy Terra Azul na punkcie widokowym wypatrzyli kolejne zwierzęta. I tym razem nie są to delfiny. Mamy wieloryby na horyzoncie!

Bliskie spotkanie z kaszalotami spermacetowatymi

Najpierw widzimy chowający się ogon – to kaszalot spermacetowaty, największy uzębiony drapieżnik na Ziemi! Dzięki książce o Moby Dicku kaszaloty doczekały się złej sławy, ale są zupełnie niegroźne dla ludzi. Ich mózg jest sześciokrotnie większy od mózgu człowieka, a całe ich ciało mierzy do 20 metrów długości. Naukowcy uważają, że bardzo zaawansowana forma komunikacji kaszalotów może być nawet bardziej złożona niż ludzki język! Jessie wsuwa do wody kamerę i nagrywa cudowny film z kilkoma kaszalotami pływającymi tuż obok. Możesz obejrzeć go tutaj:

Sperm Whales underwater in São Miguel

Video credits: Jessie Ocket+ wildlife: www.azoreswhalewatch.com

Gepostet von Azores Islands Whales & Dolphins am Dienstag, 2. Juli 2019

Koniecznie włącz dźwięk bo nasza przewodniczka uchwyciła także charakterystyczne dla kaszalotów spermacetowatych “klikanie“!

Pytamy Jessie, skąd wiedzą, że to właśnie ten gatunek. Odpowiedź jest bardzo prosta – kaszalot otwór powietrzny, z którego puszcza fontanny wody, zlokalizowany ma pod specyficznym kątem po jednej stronie ciała. Przyglądamy się gigantowi, który właśnie wyłonił się z głębiny – gdy pokazał nam ogon nurkował. Wtem dołącza do niego kolejny osobnik. I kolejny! To najprawdopodobniej samica i dwa młode kaszaloty.

Kaszaloty to dość często spotykany w trakcie rejsów gatunek, jednak tym razem dzieje się coś, co podobno nie ma zbyt często miejsca. Wieloryby podpływają bardzo blisko łodzi. Wyłączone silniki i spokojne dryfowanie obcych obiektów nie straszy ich, bawią się wszystkie trzy w najlepsze. Przekręcają się ukazując płetwy, brzuchy, co chwila buchają niewielkie fontanny wody. W pewnym momencie zwierzęta są kilka metrów od nas! Nie wierzę w to, czego właśnie doświadczamy. Przy wielorybach spędzamy naprawdę mnóstwo czasu. Innych gatunków niestety nie zobaczymy, ale to w zupełności wystarczy.

Niestety nie wszystkie rejsy na świecie na podglądanie wielorybów wyglądają tak jak ten. Nie każdy oznacza poszanowanie przestrzeni zwierzęcia. Mieliśmy już okazję uczestniczyć w podobnym rejsie na Sri Lance. Nasz organizator zachowywał się poprawnie, ale wiele firm ścigało morskie stworzenia za wszelką cenę, by tylko jak najbliżej pokazać “opłaconą atrakcję” turystom. Nie liczyło się zwierzę, tylko jak najlepsze ujęcie tego, kto płacił. Tu nie było o tym w ogóle mowy. Jeśli zwierzęta chciały podpłynąć – podpływały. Jeśli chciały znaleźć się z dala od ludzi – nikt nie stawał im na drodze. I poza naszymi dwiema łodziami podpływającymi do wielorybów w odstępie czasowym, nie było w okolicy nikogo więcej!

Samica pokazuje nam ogon (że też własnie w tej chwili zaciął mi się aparat!) i tyle ją widzimy. Czas dobiega końca, pora wracać do portu. Pierwsza łódź już dawno popłynęła, my również zaczynamy kierować się w stronę wyspy. Wtem nagle z wody daleko przed nami wyskakuje wieloryb! Dokładnie tak, jak to wygląda na filmach! To też kaszalot. Jest co prawda bardzo daleko, ale jeden z trzech oddanych przez niego skoków udaje mi się złapać na dużym zoomie. Nie wierzymy w nasze szczęście. Nawet Jessie jest pod ogromnym wrażeniem po pierwszym wyskoku i twierdzi, że wciąż możemy chwilę jeszcze poczekać z powrotem. Nie wiadomo czemu wieloryby skaczą, ale nie jest to za częste zjawisko. Naukowcy podejrzewają, że może chodzić o jakąś formę komunikacji lub rzecz bardziej przyziemną – pozbycie się pasożytów.

Kiedy najlepiej wybrać się na rejs?

Rząd waleni, do których należą wieloryby i delfiny, dzieli się na trzy podrzędy – fiszbinowce, zębowce (których przedstawicielem jest właśnie kaszalot) oraz wymarłe prawalenie. Ogółem latem o spotkanie fiszbinowców naprawdę ciężko – migrują bardziej na północ, ale kaszaloty i kilka innych gatunków to całoroczny standard.

Poza kaszalotami spermacetowatymi przez cały rok wypatrzeć w wodzie wokół Azorów można zębowce w postaci kaszalota małego (kogię krótkogłową), kaszalota (kogię) płaskonosą, delfiny zwyczajne, urocze delfinki plamiste, delfinki pręgobokie, orki, butlonosy zwyczajne, risso szare, szablogrzbiety waleniożerne, steno długonose, grindwale krótkopłetwe, zyfie gęsiogłowe, bultogłowy północne, dziobowale dwuzębne, dziobowale zwartopyskie.

W kwietniu i maju dodatkowo spotkać można gatunki przedstawiające podrząd fiszbinowców w postaci: płetwali czerniakowych, płetwali karłowatych (popularnych wśród turystów na Islandii na talerzach…), płetwali zwyczajnych, majestatycznych i pożądanych przez turystów płetwali błękitnych oraz płetwali Bryde’a. Z kolei najlepszym okresem na obserwację długopłetwców oceanicznych (humbaków) jest październik. Dokładnie 24 gatunki spotkać można w wodach otaczających Azory! Niestety większość z nich jest bardzo rzadka. Najczęściej w trakcie wycieczek obserwuje się całorocznie cztery gatunki: delfiny zwyczajne, butlonosy zwyczajne, kaszaloty spermacetowate, delfinki pręgobokie. Każdy inny to perła!

Ilheu de Vila Franca z oceanu

Opływamy jeszcze zgodnie z programem widzianą już przez nas z lądu wyspę Ilheu de Vila Franca – to mała, skalista wysepka powstała na skutek podwodnej erupcji wulkanu około 4000 lat temu. Leży w odległości około kilometra od wybrzeża Sao Miguel. To, co widać, to stare ściany krateru, którego wnętrze zalał ocena tworząc niemal idealnie okrągły akwen połączony z otwartym oceanem jedynie wąskim przesmykiem. Aktualnie wysepka stanowi rezerwat. Jessie opowiada nam o niej nieco, ale po atrakcjach związanych z wielorybami i delfinami, to nie robi już na nas takiego wrażenia. Chociaż trzeba przyznać, że klify i formacje skalne wysepki przyciągają uwagę. Podobnie jak różne gatunki ptaków je zasiedlających.

W połowie czerwca odbywają się tu międzynarodowe zawody w skokach do wody z klifu – Red Bull Cliff Diving World Series.

Ostatnia prosta i… trzeba się mocno trzymać! Nasz kierujący łodzią robi nagłe zwroty – jakbym tak wyciągnęła rękę, dotknęłabym powierzchni wody! Dodatkowa atrakcja, o której nikt słowem nie wspomniał. Po kilku takich zakrętach spokojnie wpływamy do portu. Kto chętny może napić się jeszcze herbaty (z metalowych kubków – kolejny plus za ekologiczne podejście!) i porozmawiać z przedstawicielami firmy.

Polowania na wieloryby na Azorach

Akurat gdy wysiadam z łodzi zaczepia mnie jak się później okaże założyciel działającej od marca 2000 roku Terra Azul. Rozmowa toczy się o firmie, w pewnym momencie mężczyzna pokazuje zacumowaną w porcie dziwną, długą łódź. Jest z niej bardzo dumny – to kawałek azorskiego dziedzictwa. Niegdyś takimi łodziami pływało się na polowania na wieloryby, dopóki te były dozwolone. Chce odrestaurować jeszcze kilka takich łodzi. W sumie jest to fragment historii wysp. Może niechlubnej, ale jednak mającej miejsce, nie należy więc o niej zapominać.

Polowania na wieloryby zaczęto praktykować w XIX wieku. Oficjalnie zakazane zostały w 1982 r., jednak ban na polowania w pełni wdrożony został dopiero w roku moich urodzin, czyli w 1986 r. Ostatni wieloryb zabity został w 1987 r. – akcja ta była protestem kilku starych wielorybników z wyspy Pico. Od tamtej pory wieloryby mogą czuć się przy azorskich wyspach bezpiecznie.

Aż dziwnie pomyśleć, że jeszcze 30 lat temu wielorybnicy na Azorach stosowali te same metody polowań, które zostały opisane przez amerykańskiego pisarza Hermana Melville’a w Moby Dicku z 1851 roku. Polowania odbywały się przy siedmiu członkach załogi z takich właśnie łodzi za pomocą harpunów. Jedna osoba była kapitanem, pięć wiosłowało, a ostatni mężczyzna odpowiadał za uruchomienie harpunu. Łódź musiała zbliżyć się do wieloryba w ciszy. Po wystrzeleniu żelaznego ostrza zwierzę próbowało zazwyczaj uciec, dlatego też polowania zajmowały długie godziny. Żeby zabić zwierzę, należało przebić jego płuca

W tamtych czasach polowania na wieloryby były podstawą azorskiej gospodarki. Tłuszcz wykorzystywany był jako olej, paliwo i smar, stosowano go także w przemyśle kosmetycznym, mięso zjadano, a kości po sproszkowaniu służyły jako lek na niepłodność. Jeżeli natrafiono na ambrę (wydzielinę z przewodu pokarmowego kaszalota będącą prawdopodobnie skutkiem niestrawności), polowanie było jeszcze bardziej opłacalne – substancję tę wykorzystywano w przemyśle farmaceutycznym oraz do wytwarzania perfum i mydeł. Na szczęście te czasy już minęły. Dzisiaj na wieloryby przy Azorach poluje się jedynie z aparatem fotograficznym.

Na koniec ucinamy sobie jeszcze pogawędkę z Pauliną – pracującą tu od niedawna Polką! Miałam sporo wątpliwości decydując się na kolejny rejs na wieloryby, ale jednak wybór firmy Terra Azul wart jest pełnego zaufania. Nie wiem, jak podchodzą do organizacji rejsów inne firmy, jednak tę akurat mogę polecić z czystym sercem. Naprawdę zależy im na środowisku i zwierzętach.

Zanim udamy się na lotnisko, czeka nas jeszcze ekspresowe zwiedzanie lokalnej fabryki ceramiki i Ponta Delgada. Wypadałoby zajrzeć do tego miasta chociaż na chwilę…


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do moich pozostałych relacji z Azorów! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz tu po sobie ślad w postaci komentarza. 

Cztery kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód...
... zminimalizuj swoją odpowiedzialność w razie uszkodzenia auta i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Skomentuj