Jordania: Pustynne zamki (część I)

Dzień 2, 20.04.2017 część 1/3

Wyobraźcie sobie taki widok… Jedziecie opustoszałą drogą gdzieś przed siebie przez pustynię. Rozgrzane do granic możliwości powietrze faluje tworząc delikatnie zauważalne fatamorgany. Macie wrażenie, że na horyzoncie widać jezioro, którego w rzeczywistości jednak tam nie ma. I nagle przed Wami wyrasta z pustynnego piasku twierdza. Złudzenie? Nie! Zamek jest jak najbardziej prawdziwy!

Po krótkiej pierwszej nocy w Nobel Hotel czekała nas niespodzianka – gdy marzyłam o porannym prysznicu okazało się, że woda w rurach leciała jakby chciała a nie mogła, a śniadanie, które teoretycznie zaplanowane zostało na 8:00 było niemożliwe, bo właściciel hoteliku gdzieś zniknął… W holu recepcji nie tylko my czekaliśmy na posiłek. Czas jednak miło spędziliśmy z grupką innych hotelowych gości – Francuzem, Niemcami i Szwajcarkami.

Rozmawialiśmy o Jordanii, Izraelu. Wspominaliśmy sobie dawne wyprawy dzieląc się przy okazji praktycznymi informacjami dotyczącymi tych państw. Podsumowaliśmy również opłacalność zakupu Jordan Pass. Niby karta z dwudniową wizytą w Petrze kosztuje 75 JOD (plus 2,12 JOD opłaty manipulacyjnej przy zakupie przez Internet, więc jest to ok. 450 zł od osoby – 1 JOD to ok. 5,85 PLN), ale już na samym zakupie wizy i biletów do Petry oszczędza się jakieś 15-20 dinarów, czyli ok. 100 zł. Trzeba jednak spędzić na terenie Jordanii minimum trzy noce. Coś mi się zdaje że Francuz nie miał o tym pojęcia i solidnie przepłacił już na raptem kilku odbytych wycieczkach.

Jordania ≠ punktualność, za to gościnnością stoi

Zjedliśmy dopiero dobrze po 9:00. A tak zależało nam na czasie… Ale śniadanie trzeba przyznać było niezłe. Chlebki pita, rogaliki nadziewane za’atarem (mieszanką przypraw zawierającą zmielony sumak, prażone ziarna sezamu, tymianek, majeranek, oregano), świetny hummus, sałatka z pomidorów i ogórka, smażone bakłażany i coś a’la pączki. Pycha! I do tego mega słodka herbata podana w małych szklaneczkach.

Mogliśmy wreszcie ruszyć. Przez centrum Ammanu jechało się gorzej niż tragicznie. Jordańscy kierowcy gdzieś mieli jakiekolwiek przepisy, a na pasy namalowane na jezdni szkoda było tak naprawdę marnować farbę. Jechali jak ślepi i niedouczeni. Aż dziw, że nie było co chwila stłuczek, a i samochody mniej poobijane były niż auta w Paryżu. Nie mogliśmy wyjść z podziwu dla tego drogowego szaleństwa. Zdarzało się często, że tam, gdzie teoretycznie były dwa pasy, stało obok siebie nawet i 5 aut! Czerwone światło? I co z tego?!

Jakimś cudem dojechaliśmy do oddalonej nieco od centrum stacji paliw. Zaraz jeden z obecnych tam mężczyzn pomógł nam zatankować. Na dystrybutorze pokazała się kwota należności – za 33 l paliwa należało uiścić opłatę w wysokości 22 dinarów (ok. 130 zł). Chcieliśmy zapłacić kartą, więc zaraz drugi pracownik przyszedł z terminalem. A tam… Zobaczyliśmy 10 dinarów więcej… Mąż zwrócił uwagę, że cena się nie zgadza. Pracownik zaraz przeprosił nas za swój „błąd”. Mhm… zupełnie przypadkowo nabiło mu się 32 JOD. Poprawił cenę, ale i tak nie zgadzała się ze stanem faktycznym. Tym razem jednak dodał sobie tylko dinara, więc znając zwyczaj bakszyszu w krajach arabskich, zgodziliśmy się na tę kwotę. Później dowiedzieliśmy się w hotelu, że ponoć przy płatnościach kartą Visa pobierana jest każdorazowo dodatkowo prowizja w wysokości 10% transakcji. Czy to prawda? Tego już zapewne się nie dowiemy, a i więcej kartą nie próbowaliśmy płacić. Zaproszeni przy okazji zostaliśmy na kawę lub herbatę, podziękowaliśmy jednak. Chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z tego pokręconego miasta. Gdy odjeżdżaliśmy, mężczyzna pomagający nam zatankować jeszcze zażyczył sobie, żebym zrobiła mu zdjęcie i na pożegnanie pomachał nam.

Ceny na wszystkich mijanych stacjach były takie same – za benzynę 95 trzeba było zapłacić 0,880 dinara, a za 90, którą my tankowaliśmy – 0,665 JOD.

Jechaliśmy dalej starając się nie uderzyć w żadne auto ani nie potrącić jakiegoś pieszego – non stop ktoś właził na ulicę. Wtem na drogę przed nami wtargnął jakiś facet. Nie jechaliśmy jakoś zawrotnie szybko, więc ustąpiliśmy mu pierwszeństwa zatrzymując się. Myślicie, że okazał nam wdzięczność za to, że nie próbowaliśmy go rozjechać? A gdzie tam! Zareagował oburzeniem! Wkurzył się, że go przepuszczamy, zaczął wymachiwać rękami, że przecież mogliśmy jechać… :) Matko kochana…

Dalej już poruszaliśmy się bez takich dziwnych sytuacji. Za Ammanem jazda była nawet przyjemna, bo zrobiło się puściej na drodze. Prosta trasa biegła wprost w stronę granicy z Irakiem i Arabią Saudyjską. Ruch był naprawdę niewielki – wreszcie mogliśmy skupić się na podziwianiu okolicy. Na widoki co prawda liczyć nie mogliśmy, ale przejazd przez mniejsze miejscowości umożliwiał podglądanie mieszkańców. Po drodze mijaliśmy całe mnóstwo owiec trzymanych w małych zagródkach – zwierzęta przeznaczone były na sprzedaż. Nie raz machał do nas z szerokim uśmiechem jakiś mężczyzna lub chłopak pilnujący trzódki. Jak się później okazało cały ten region pełen był właśnie owiec i kóz. Mijaliśmy ich tysiące – chyba w Jordanii mają więcej owiec niż Islandczycy. Do tego gdzieniegdzie zdarzały się również i wielbłądy.

Pustynne warownie

Nasz plan na ten dzień obejmował zobaczenie między innymi kilku zachowanych do naszych czasów na terenie Jordanii pustynnych zamków zwanych kasrami. Niezbyt wiele się ich ostało, dzięki czemu w trakcie wyjazdu udało się nam zobaczyć większość warowni. Na poniższej mapie zaznaczone są wszystkie zamki. Niestety kasrów al-Qastal, al-Muwaqqar oraz al-Tuba nie udało się nam odnaleźć. Ponoć są tak zniszczone, że niewiele z nich pozostało. Nawet mapy Google nie pokazują ich lokalizacji. Wszystkie pozostałe można odnaleźć bez najmniejszego problemu.

Karta DesertCastles

By Hobe / Holger Behr (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

Pustynne zamki to budowle, które powstały pomiędzy VII i VIII wiekiem za panowania kalifów z dynastii Umajjadów. Do dzisiaj nie wyjaśniono wszystkich funkcji tych zamków, wiadomo jednak, że prawdopodobnie nie służyły one za punkty obronne, a raczej jako miejsca spotkań Beduinów lub karawanseraje. Kilka podobnych zamków można zobaczyć również na terenie Syrii (o ile nie zostały już zniszczone w trakcie trwającej wojny), Palestyny i Izraela. Najwięcej jednak zachowalko się właśnie na terenie Jordanii.

Kasr al-Charana

Im bardziej oddalaliśmy się od stolicy, tym bardziej pustynny był krajobraz. Skończyły się zabudowania, samochodów na drodze jeszcze bardziej ubyło. W pewnym momencie zauważyłam na horyzoncie jezioro. Tak duży zbiornik wodny na pustyni? Szybko okazało się to jednak jedynie złudzeniem. Ale to, co „wyrosło” z pustynnego piasku niedługo później, było już jak najbardziej rzeczywiste, Po jakimś czasie dojechaliśmy do pierwszego pustynnego zamku – kasru  al-Charana (zwanego również Qasr Kharana, Qasr al-Harrana, Qasr al-Kharanah, Kharaneh lub Hraneh). Najlepiej zachowanej budowli tego typu w całym kraju.

Gdy zjeżdżaliśmy z głównej trasy zostaliśmy zatrzymani przez policję. Jeden z policjantów obszedł dookoła nasz samochód bacznie się mu przyglądając. Przywitał się z nami, pytając nas o imiona i o to, skąd jesteśmy. Po krótkiej wymianie zdań zaraz polecił nam obejrzenie zamku i życzył miłego dnia. Na koniec dodał jeszcze: Welcome to Jordan! To zdanie stało się hasłem przewodnim całego wyjazdu, bo słyszeliśmy je praktycznie na każdym kroku – czy to od policji, czy w sklepie, hotelu, nawet od mijających nas obcych ludzi.

Zjechaliśmy na parking i ruszyliśmy na zwiedzanie. Niby do zamku obowiązują bilety (2 JOD od osoby – ok. 12 zł), ale nawet nie było tam nikogo, kto mógłby je sprzedawać. Poza tym mieliśmy Jordan Pass, który wejście do kasru al-Charana obejmuje. Do zamku wiodą dwie ścieżki pośród pustkowia ogrodzonego drutem kolczastym. Sama budowla od zewnątrz jest imponująca, zachowała się w naprawdę świetnym stanie. Obejrzeć można pełne mury oraz nieco zachowanych pomieszczeń w środku.

Niby ze względu na bliską odległość od Ammanu i stopień zachowania jest to najczęściej odwiedzany przez turystów jordański kasr, ale albo faktycznie nie przyjeżdża tam za wiele osób (sytuacja w krajach ościennych mogła odstraszyć turystów), albo mieliśmy szczęście. Poza nami pośród ruin kręciły się tylko dwie starsze kobiety.

Prawdopodobnie budynek powstał na początku VIII w. Kasr al-Charana to zbudowana z wapiennych bloków połączonych zaprawą na bazie szlamu budowla o powierzchni 1225 m2. Powstała na planie kwadratu, którego bok ma 35 m długości. W środku było aż 60 pomieszczeń. Kasr został odrestaurowany w 1970 roku – było co robić, ponieważ w wyniku trzęsień ziemi część ścian oddzieliła się od reszty budynku.

Przypuszcza się, że określenie „zamek” nie jest poprawnie przypisane do tego miejsca – nie miało ono celów obronnych, jednak do dzisiaj nie zostało to potwierdzone. Uważa się, że mogło to być miejsce, w którym spotykały się elity z Damaszku lub Beduini. Wykluczono raczej funkcję karawanseraju, ponieważ nie odnaleziono żadnych śladów po studni czy też innym źródle wody, a te były niezbędne dla dużych stad wielbłądów idących w karawanach. Poza tym nie przebiegał tamtędy żaden istotny szlak handlowy.

Szkoda, że masz męża. A może siostra? Może siostra szuka męża?

Gdy opuściliśmy teren kasru, na parkingu zaczepił nas znów ten sam policjant. Zaproszeni zostaliśmy do beduińskiego namiotu obok, żebyśmy obejrzeli sobie oferowane tam pamiątki i skusili na herbatę. Pamiątki nie były zbyt wyszukane – trochę starej, pokrytej pustynnym kurzem biżuterii, poniszczone pocztówki pamiętające może i lata 90-te i róże pustyni (za Wikipedią: skupienie kryształów gipsu przypominających wyglądem płatki róży, dzięki czemu posiada duże walory dekoracyjne. Poza przeważającą ilością gipsu, zawiera też różne ilości kwarcowego piasku).

Jako że nie chciało się nam samodzielnie szukać tych kamieni, kupiliśmy jeden niewielki za stargowane… 3 JOD. Ponad 17 zł… Początkowa cena wynosiła 5 JOD! Jak na taką pamiątkę to naprawdę sporo, ale za lenistwo się płaci. Niby nie zbiednieliśmy o te kilkanaście złotych, ale z drugiej strony naciągani byliśmy na każdym kroku. Z tych kilkunastu złotych w ciągu całego wyjazdu uzbierała się zapewne niezła sumka. I jak w Maroku targowanie się było moim żywiołem (sprzedawcy nie chcieli mnie puścić nawet gdy już osiągnęliśmy kompromis przybity gorącą herbatą! ;) ), tak w Jordanii szło to opornie. Szczególnie w bardzo turystycznych miejscach takich jak Petra.Ty nie kupisz, spoko. Kupi ktoś inny.

Dodatkowo zapłaciliśmy również dinara za herbatę z nieograniczoną dolewką. Bakszysz… Niby darmowe, niby zaproszenie, ale miło jak coś jednak zostawisz. Ok, taki zwyczaj. Tylko weź tu wyczuj, kiedy faktycznie zostawić jakiś pieniądz, a kiedy rzeczywiście nie jest to wymagane i nie urazisz swojego gospodarza?!

Siedliśmy sobie na twardej ławce obok policjantów i innych Jordańczyków popalających sobie fajkę wodną. Tylko oni i my. Znany nam policjant (skubaniec zapamiętał moje imię) poczęstował nas papierosami, ale odmówiliśmy – w końcu my z tych, co inne nałogi mają (podróże oczywiście!). Zaraz w naszych rękach wylądowały papierowe kubeczki z niesamowicie gorącą, mocną i słodką herbatą zaparzoną w czajniczku nad żarem z wygaszonego ogniska. Wbrew pozorom taki ukrop na upał jest świetny – na początek nieźle się napociliśmy nad naparem, ale po chwili poczuliśmy ulgę i ochłodę.

Rozmowa głównie dotyczyła komplementowania mnie: moich oczu, europejskiej urody itd. I to wszystko na oczach męża… Usłyszeliśmy, że mimo tego, że Polaków jest niewielu w Jordanii, to oni nas bardzo lubią. Że Polki słyną z urody na całym świecie. Że szkoda, że mam męża. Po chwili padło pytanie – może masz niezamężne siostry? Odpowiedź przecząca bardzo panów zmartwiła. W międzyczasie w naszych kubkach wylądowała dolewka herbaty, jeszcze bardziej gorąca i słodka. Podpytano nas, czy nie moglibyśmy wysłać zaproszenia dla naszego nowego kolegi policjanta, coby mógł uzyskać wizę w Polsce, bo chciałby za żonę Polkę mieć. Jego znajomy z namiotu podchwycił temat i stwierdził, że wtedy mógłby i dla niego taką piękną żonę przywieźć. Później przyszła kolej na pytania o dzieci. „Macie dzieci? A dlaczego jeszcze nie? A bo u nas…” Robiło się coraz bardziej wesoło. Kolejnej dolewki herbaty jednak odmówiliśmy. Zostaliśmy miło przyjęci, ale trzeba było ruszać – przecież dopiero był to pierwszy zamek na naszej trasie.

Kasr Amra i nagie kobiety

Pożegnaliśmy się z panami i nagrzanym do granic możliwości samochodem ruszyliśmy w stronę kolejnego kasru – Quseir Amra (zwanego również Qasr Amrah, Qasayr Amra, Qusair Amra, Kasr Amra, Kusajr Amra, Quṣayr ʿAmra). Nazwa zamku oznacza „mały pałac Amra”. Mury znów były widoczne już z daleka. Zaparkowaliśmy obok autobusu, do którego pakowała się jakaś wycieczka, poza tym parking był zupełnie pusty. Wyszedł do nas Jordańczyk w biało czerwonej chuście zwanej kefiją na głowie i białej dżelabie. Poprosił o wpisanie naszych danych na listę (imiona, data przyjazdu, kraj pochodzenia)  – była to częsta praktyka w wielu miejscach. Płacić za bilety nie musieliśmy, znów dzięki Jordan pass. Normalnie kosztują one 2 JOD od osoby (ok. 12 zł).

Kasr Amra wybudowano na polecenie kalifa z dynastii Umajjadów w pierwszej połowie VIII w. To miejsce również nie miało służyć celom obronnym, a zwykłym spotkaniom i odpoczynkowi. Ten pustynny zamek jest znacznie mniejszy od kasru al-Charana, jednak do obecnych czasów nie zachował się w całości. Obecnie oglądać można jedynie dwa budynki z piaskowca które służyły niedgyś za łaźnie i salę audiencyjną, w której stał tron.

Wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO zabytek mieliśmy tylko dla siebie! Od zewnątrz został porządnie odrestaurowany i nie sprawiał wrażenia jakoś specjalnie starego i ciekawego. Jednak swój skarb skrywa w środku. Są to freski przedstawiające różne sceny, wiele z nich niekoniecznie jest zgodnych z obecną formą islamu. Freski w środku przedstawiają np. nagie kobiety – w łaźni, lub po prostu przedstawione na łukach pod sklepieniem np. z wymyślną biżuterią oplatającą ciało. Aż dziwne, że nie zostało to do tej pory bezpowrotnie zniszczone przez jakiegoś fanatyka…

Poza wspomnianymi kobietami, można tam dojrzeć również sceny polowań na zwierzęta, które dawno już na tych terenach wyginęły, tancerzy, muzyków oraz „fresk sześciu królów” przedstawiający króla Wizygotów – Fryderyka, władcę sasanidzkiego Chosroesa, abisyńskiego negusa (negus to etiopski tytuł królewski), cesarza Chin, wodza Turkmenów i cesarza bizantyjskiego.

W jednym z odgrodzonych pomieszczeń dojrzeć można również fragmenty dobrze zachowanej mozaiki.

Przy Amrze znów był namiot beduiński, ale tym razem ominęliśmy go szerokim łukiem. Chwilowo mieliśmy dość herbaty i pytań o dzieci :) Następnie udaliśmy się w stronę miejscowości al-Azraq, w której zobaczyć można spore ruiny pozostałe po kolejnym ogromnym pustynnym zamku.

Jordania: Pustynne zamki (część II)
Jordania: Obozowisko na Chopinie

Powiązane wpisy

17 Comments

  1. Aleksandra

    Przepiękne miejsce, bardzo chciałabym pojechać na wschód :) Tyle zabytków do zobaczenia. Bajka…

    Odpowiedz
  2. On the Wild Road

    Z tymi bakszyszami zawsze problem. Nigdy nie ma drobnych :D U nas nie ma takiego zwyczaju, a w obcym kraju wymieniamy kase najczęściej na grube banknoty i nagle nie wiadomo ile dać, kiedy dać.. to takie czasem niezręczne co?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Oj tak… nigdy nie wiesz, czy to ten moment. A może osoba, której spróbuje się coś dać, obrazi się? I weź tu wyczuj jak się zachować… Ale drobne mieliśmy zawsze – każdorazowo jak wydano nam gdzieś 1 dinara, trzymaliśmy go oddzielnie na takie niespodziewane sytuacje :)

      Odpowiedz
  3. Agnieszka

    Te budynki na pustyni wyglądają jak z innego świata! A także tak, jakby były bardzo kruche i po lekkim dotknięciu palcem by się rozsypały :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Mimo takiego wrażenia stoją już na tej pustyni od setek lat ;)

      Odpowiedz
  4. Bartek Dziwak

    Wpis bez dobrych zdjęć nie przyciąga uwagi, tu nie miałem tego problemu, zdjęcia naprawdę przyciągają oko! Pytanie trochę obok posta – jak udało Ci się stworzyć mapę postów? Czy to gotowe narzędzie czy projektowane to było pod Ciebie?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dzięki! A mapa postów to wtyczka :) bodajże nazywa się to to Map my Posts

      Odpowiedz
  5. Bookendorfina Izabela Pycio

    Bardzo chciałabym odwiedzić ten kraj, niekoniecznie na dłużej, ale tak, aby poczuć jego klimat społeczny, geograficzny i historyczny. :)
    Bookendorfina

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Na pobieżne zapoznanie się z wymienionymi przez Ciebie aspektami wystarczy kilkanaście dni :) Oczywiście nie pozna się w tym czasie kraju od podszewki, ale wystarczy to na jako takie zapoznanie się

      Odpowiedz
  6. Zołza z kitką

    Jordania to zdecydowanie nie moje klimaty ;) Chociaż, moi rodzice byli nią zachwyceni! :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Przyznam, że można mieć mieszane uczucia co do tego kraju. Ale generalnie – warto go odwiedzić, chociaż raz w życiu :)

      Odpowiedz
  7. Lama i mała dama

    Marzy mi się gdzieś wyjechać , widzę że tym miejscem byłabym naprawdę zachwycona !

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Oj tak, arabska architektura potrafi zachwycić!

      Odpowiedz
  8. Ania W

    Bardzo ciekawe miejsca i kulturowo i architektonicznie :) Kiedyś muszę się tam wybrać :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Polecam! Nastawienie do turystów jest głównie bardzo pozytywne, ale trzeba mieć na uwadze, że to kraj arabski, położony w bardzo niespokojnym regionie. Spotkaliśmy się niestety też z mniej przyjaznym podejściem. Co najdziwniejsze – ze strony kilku- kilkunastoletnich chłopaków

      Odpowiedz
  9. Iwona

    Arabskie klimaty, mentalność, to nie moja bajka, ale zaprzeczyć się nie da, że architekturę mają przepiekną.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Jordańczycy w większości bardzo pozytywnie podchodzą do przybyszów nie nakazując im dostosować się do swoich zasad, ale trzeba przyznać, że zdarzają się również i mniej przyjemne sytuacje wynikające właśnie z tamtejszej kultury…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close