Kambodża: Kampong Phluk – pływająca wioska

Dzień 10, 21.11.2016 część 1/2

21 listopada 2016 roku był dla mnie wyjątkowy – właśnie wtedy świętowałam w Kambodży swoje okrągłe urodziny. Miałam nadzieję, że ten dzień będzie niezwykły. I faktycznie był :) Chociaż nie obyło się również bez zgrzytów.

Po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę Tonle Sap – największego jeziora Kambodży. Naszym celem numer jeden była pływająca wioska Kampong Phluk. Po trasie co chwila mijaliśmy prowizoryczne stoiska, na których mieszkańcy sprzedawali jakiś żółty płyn w butelkach po coli czy różnych alkoholach. To było paliwo! Czegoś takiego jeszcze nigdzie nie widzieliśmy.

Najpierw jechaliśmy główną, asfaltową trasą, jednak po jakimś czasie Kong zjechał na bardziej malowniczą drogę szutrową. Na szczęście w nocy padało, więc nie musieliśmy zasłaniać się przed wszechobecnym pyłem. Dojechaliśmy w końcu do pewnego punktu, w którym okazało się, że będziemy musieli się przesiąść na małą łódkę. Pobrano od nas opłatę (20$ za bilet do wioski) i usadzono w wąskiej, niskiej łódeczce. Wszystkie inne łodzie, które nas mijały chlapały na nas niemiłosiernie wodą z kanału, bo rzeką trudno było to nazwać. Nikt nie zwalniał, nikt nie zwracał na innych uwagi. Niestety nie mieliśmy innego wyjścia, żeby dotrzeć do głównej łodzi mającej zabrać nas do wioski – w związku z intensywnymi opadami droga uległa ponoć zniszczeniu, więc przejazd tuk tukiem nie był możliwy. Ok, damy radę. W końcu to tylko woda. Brudna jak nie wiem, ale tylko woda.

Po paru minutach przesiedliśmy się na większą łódź, którą mieliśmy tylko dla siebie. Metalowe, szkolne krzesełka przymocowano do pokładu śrubami, a kierownica z samochodu służyła sterowaniu (za pomocą sznurków i stalowych linek) poszczególnymi elementami. O kamizelkach ratunkowych oczywiście mogliśmy zapomnieć ;) Zupełnie inaczej niż na Sri Lance, gdzie w trakcie rejsu każdy dostawał kamizelkę i na dodatek tabletki na chorobę morską. Wszystko to wyglądało trochę strasznie, ale bezpiecznie dopłynęliśmy. Jakby zepsuł się jakikolwiek „mechanizm sterujący”, jego naprawa zajęłaby dosłownie chwilę. Kolejny dowód na to, że najprostsze rozwiązania są zawsze najskuteczniejsze.

Po ok. 30 minutach naszym oczom zaczęły ukazywać się pierwsze domy na palach. W końcu wpłynęliśmy do wioski, w której toczy się normalne, codzienne życie. Mieszkańcy czyścili sieci z zebranego połowu, gotowali posiłki lub po prostu siedzieli przy swoich domach obserwując otoczenie. Na kolejne i kolejne łodzie z turystami nie zwracali już zbytnio uwagi.

Życie w takiej wiosce musi być ciężkie, jednak zapewne jest to kwestia przyzwyczajenia, szczególnie, jeśli nie zaznało się innych warunków. Nie ma ulic, przemieszczanie się możliwe jest tylko łodzią lub przewieszonymi nad wodą ledwo trzymającymi się kupy drewnianymi kładkami. Domy ustawione na wysokich palach wyglądały jednak bardzo malowniczo. I wbrew pozorom, były zadbane. Kolorowe budynki wydawały się być niepotrzebnie aż tak podniesione, ale należy pamiętać, że o różnych porach roku w Toble Sap jest mniej lub więcej wody. My trafiliśmy akurat na ten bardziej suchy okres.

Gdy dopłynęliśmy do centrum Kampong Phluk zostaliśmy wysadzeni na przystani, w której za dodatkowe 5$ można było skorzystać z przepłynięcia się małą łódeczką przez zanurzony w wodzie las. Można było? Nie, było trzeba. Do wyboru było tylko zostanie w tej przystani (poza jedną małą restauracyjką nic tam nie było) lub wykupienie dodatkowego przepłynięcia się. W kolejce czekało już kilkanaście łodzi, w których siedziały głównie starsze kobiety, ewentualnie kobiety z małymi dziećmi. Każda spokojnie oczekiwała na swoją kolej i „swoich” turystów. Po nas podpłynęła starsza Khmerka nie znająca w ogóle angielskiego.

Rozsiedliśmy się po turecku na rozłożonej macie i czekaliśmy na to, co nas czeka. W żółwim tempie płynęliśmy sobie przez wioskę, aż dopłynęliśmy do kilku unoszących się na wodzie łódek. A tam – sklepik z różnościami. Każda łódka podpływała, żeby dokonać zakupu rzeczy „dla dzieci”. Zaraz zaczęto nas nagabywać, żebyśmy kupili za kilka dolarów kilka nędznych zeszycików – żeby dzieci mogły się uczyć. W związku z tym, że cena była stanowczo za wysoka (takie notesiki kosztują mniej nawet w Polsce!) i dodatkowo czytałam, że zeszyty te wcale do dzieci nie trafiają, tylko lądują z powrotem u sprzedawcy – zbuntowaliśmy się i odmówiliśmy. Przez dobre 10 minut kobieta coraz natarczywiej próbowała nas namówić na zakup zeszytów, przekąski, czegoś do zjedzenia lub picia „for driver”, czyli dla kobiety płynącej z nami, ale każdorazowo odmawialiśmy. Widać, że sprzedawczyni coraz bardziej się denerwowała. Wreszcie jednak obie Khmerki wymieniły między sobą kilka słów (zapewne niezbyt pochlebnych na nasz temat) i odpłynęliśmy. Długo jednak spokój nie potrwał, bo po chwili kobieta z naszej łódki przestała wiosłować i zaczęła dopominać się dolara. Tego było już stanowczo za dużo. Otrzymała napiwek, ale zepsuło nam to już całkowicie cały ten wyjazd. 5$ za kilkanaście minut opłynięcia lasu, 20$ za dopłynięcie i powrót z wioski – lekka przesada. Zapłaciliśmy łącznie 26$ za osobę za coś, co zupełnie nie było tego warte. I jeszcze to cwaniactwo i naciąganie. Spotykaliśmy się z tym na każdym kroku, więc coraz bardziej miałam tego dość. Rozumiem, że biały turysta jest w każdym takim zakątku skarbonką, chodzącym portfelem, na którym trzeba zarobić, ale do tej pory spotykałam się z naciąganiem, ale i życzliwością. Tam tego drugiego zupełnie zabrakło. Czułam się tylko wyzyskiwana nie otrzymując nawet zwykłego uśmiechu w zamian.

Gdy już wróciliśmy z zatopionego lasu, z powrotem wsiedliśmy na łódź, którą tam przypłynęliśmy. Byliśmy zdenerwowani i źli, że w ogóle zdecydowaliśmy się na taką wycieczkę. Nawet prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, bo widać było, co obydwoje myślimy o tej „atrakcji”. W drodze powrotnej przyjrzeliśmy się jeszcze raz mieszkańcom czyszczącym swe sieci rybackie. Opatentowali całkiem ciekawy wynalazek – kołowrotek, który zwijał z łodzi sieć przy okazji wyrzucając z dużą prędkością z tej sieci wszystko, co było do niej przyczepione. Ryby wpadały na siatkę znajdującą się dookoła tego kołowrotka i kobiety mogły je wybrać.

Moją uwagę najbardziej przykuli jednak mieszkańcy. W otoczeniu łodzi z turystami prowadzili swoje trudne, mozolne życie. Jedni czyścili sieci, drudzy wracali do domu z artykułami pierwszej potrzeby, jeszcze inni spędzali czas z przyjaciółmi. Wszystko to odbywało się na drewnianych łódkach, które wyglądały czasem, jakby miały się zaraz rozpaść.

Gdy wracaliśmy, okazało się że wsiadamy do małej łódki wraz z innymi Polakami. Kobieta siedząca przede mną bezceremonialnie oberwała kijem, którym sterujący łodzią Khmer odbijał się od dna. Nie usłyszała nawet przepraszam. Byli tak samo niezadowoleni jak i my. Nie mieliśmy jakiś specjalnych oczekiwań, ale też nie spodziewaliśmy się takiego procederu. Pływającą wioskę w Kambodży widzieliśmy raz. I to wystarczy. Żałuję, że zmarnowaliśmy tam tyle czasu, który przecież można było wykorzystać do zobaczenia kolejnych pozostałości Angkoru.

Gdy wróciliśmy do tuk tuka, Kong zapytał nas o wrażenia. Chyba szybko zorientował się co o tym myślimy, bo po mało wylewnej odpowiedzi nie dopytywał już o nic więcej. Mieliśmy następnie jechać do oddalonej znacznie od pozostałych świątyń Banteay Srei, ale zdecydował się zabrać nas najpierw na khmerską wieś. I tego właśnie potrzebowaliśmy. Ciszy, spokoju, cudownych krajobrazów, nowych roślin, o których znaczeniu nie mieliśmy wcześniej pojęcia i ciekawskich spojrzeń osób, które nie wyciągały ręki po pieniądze, a witały nas wykrzyczanym „hello” i szerokim uśmiechem. Może właśnie tu trzeba było przyjechać od razu?

Kambodża: Khmerska wieś i Phnom Bok
Kambodża: Dwie perły Angkoru

Powiązane wpisy

8 Comments

  1. Pokularna

    Jakie piękne i magiczne miejsce :)
    Jak na razie pozostaję również w Europie, ale tak – cały świat przede mną!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Niestety ta magia szybko na miejscu prysła :/

      Odpowiedz
  2. Kasia

    Piękne klimaty! U mnie jak na razie tylko Europa, ale kiedyś, kto wie? :)

    Odpowiedz
  3. Połącz Kropki

    Jakie ładne miejsce, zdjęcia cudowne;) Fragment z lasu najbardziej mi się podoba.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      I w tym lesie było najprzyjemniej :)

      Odpowiedz
  4. Izabela Cielecka

    nas też wycyckali do granic możliwości

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      W tej pływającej wiosce czułam się okropnie – jakbym w ogóle nie była człowiekiem, z którym należy się liczyć, a tylko portfelem naiwniaka, który i tak więcej tam nie wróci. Ja rozumiem, że bieda, że każdy chce zarobić, ale wszystko ma jakieś granice…

      Odpowiedz
  5. Mateusz Bartosiewicz

    Fajnie ;)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close