Tajlandia: Do trzech razy sztuka

Dzień 17 i 18, 28-29.11.2016

Spodziewałam się, że poranny transport na lotnisko w Krabi opóźni się, jednak bus czekał na nas już przed 4:00. Kierowca ewidentnie nie był zadowolony z tak wczesnej pobudki… Na szczęście poza rzuconym kilka razy spojrzeniem spode łba nie dał nam tego odczuć w żaden inny sposób. 

Na lotnisko dojechaliśmy bardzo szybko. Wręcz aż nazbyt. Gdy już weszliśmy do terminala okazało się, że na wszystko musimy czekać – na nadanie bagażu, na przejście do hali odlotów (wejście było zamknięte i pilnowane przez jedną osobę). Było pusto (nie licząc nas, kilku pracowników i biegających po podłodze karaluchów). Jednak gdy nadawaliśmy w końcu bagaż, okazało się, że już nie ma w samolocie podwójnych miejsc. No tak… mogliśmy się przecież odprawić przez Internet. Dziewczyna obsługująca nas stwierdziła, że ma niestety tylko wolne miejsca w rzędzie przy wyjściu ewakuacyjnym. Czyli miejsca były! I tym oto sposobem mieliśmy sporo przestrzeni na nogi. Czyżby jednak to „niestety” oznaczało, że nie są to popularne wśród pasażerów miejscówki?

Z kartami pokładowymi w ręku udaliśmy się na zwiedzanie lotniska. Niestety jest tak małe, że obejście go zajęło nam może z 5-10 min. … Informacja praktyczna: w hali odlotów można ładować telefony na specjalnie przeznaczonych do tego stoiskach.

Lot przebiegł bezproblemowo, ani się obejrzeliśmy, już lądowaliśmy na lotnisku Don Mueang. Pozostała kwestia dostania się do centrum stolicy. Zależało nam na czasie i jak najprostszym dostaniu się do hostelu, w którym zostawiliśmy kilka dni wcześniej część rzeczy, więc zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę. Standardowo po prostu wychodzi się z terminala i łapie taxi przed wyjściem. Tam należy udać się na dolny poziom lotniska do specjalnego pomieszczenia, w którym po pobraniu numerka czeka się w kolejce. Gdy nasz numerek zostanie wyświetlony, podchodzimy do okienka gdzie zamawiany jest dla nas transport. Należy podać miejsce, do którego chce się dojechać, można też dopytać o orientacyjną cenę przejazdu. Po krótkiej chwili oczekiwania, na zewnątrz podjeżdża samochód. Taksówki są licencjonowane, ale i tak wsiadając do nich lepiej zaznaczyć, że chce się jechać z włączonym taksometrem.

W kolejce spędziliśmy dość długo czasu, ale najgorsze miało nas dopiero spotkać. Zamiast przyspieszyć sobie drogę, tak naprawdę znacznie ją wydłużyliśmy. Jedynymi plusami było to, że mieliśmy zostać zawiezieni w klimatyzowanym wnętrzu wprost pod nasz hostel Q6 at 6. Korki były straszne! Ciągnęliśmy się przez długi czas jak ślimak za ślimakiem. Miałam wrażenie, że na piechotę byśmy szybciej dotarli do hostelu niż w ten sposób. W pewnym momencie jednak korek rozładował się i pojechaliśmy już sprawniej. Kierowca dwukrotnie zażądał od nas dodatkowej zapłaty – chodziło o 70 (ok. 8 zł) i 50 bahtów (ok. 6 zł) za przejazd autostradą. Licznik licznikiem, opłatę też trzeba uiścić – koszt przejazdu autostradą pokrywa pasażer. W końcu dojechaliśmy do celu. Kurs kosztował 370 bahtów (niecałe 40 zł). Czyli cały przejazd z lotniska Don Mueang do ścisłego centrum Bangkoku wyniósł nas ok. 55 zł za jakieś 30 km trasy wliczając w to opłaty za autostradę.

Miło było zobaczyć znów znane okolice. W recepcji powitano nas jak starych dobrych znajomych. Przepakowaliśmy co trzeba zostawiając jeszcze na chwilę niepotrzebne w ciągu dnia rzeczy i ruszyliśmy na miasto. Liczyliśmy, ze wreszcie tym razem uda się nam zobaczyć Wielki Pałac Królewski. W końcu mówi się, że do trzech razy sztuka! Do tej pory albo byliśmy za późno, albo po porostu wejście było niemożliwe – po śmierci króla kompleks pałacowy często był zamknięty. Normalnie zwiedzać go można w godz. 8:30 – 15:30.

Tym razem w końcu udało się nam wejść! Zwiedzanie pałacu jako takiego nie było możliwe, ale obejrzeliśmy dokładnie jego otoczenie. Oczywiście najpierw nie obyło się bez kontroli bezpieczeństwa dotyczącej wszystkich chcących w ogóle zbliżyć się do pałacowych murów. W dalszym ciągu najbliższe ulice były wyłączone z ruchu samochodowego, poruszać się mogły po nich jedynie auta wojskowe i królewskie oraz piesi poddani kontroli. W trakcie sprawdzania mojej saszetki spotkała mnie miła niespodzianka – wojskowy grzebiący w moich rzeczach od tak z uśmiechem dał mi butelkę wody.

Wstęp do kompleksu wiąże się z opłatą 500 bahtów za osobę (ok. 56 zł) – jest to jeden z najdroższych biletów w Tajlandii, ale porównując ceny wejściówek do różnych obiektów na Sri Lance nie jest to aż tak strasznie dużo. Tam bilety po 100 zł dla obcokrajowców są normą, w Tajlandii – nigdzie się nam taka cena nie przytrafiła. Zazwyczaj bilety nie były droższe niż 20 zł. Jeśli chodzi o wejściówki, to w ogóle mieliśmy sporo szczęścia – do większości miejsc wchodziliśmy za darmo, bo takie było zarządzenie władz – turyści i mieszkańcy kraju przez kilka miesięcy od śmierci władcy mogli zwiedzać wiele atrakcji bezpłatnie.

Oczywiście chcąc kupić bilet do Wielkiego Pałacu Królewskiego należało liczyć się z kolejką. Jak nigdzie indziej w tym miejscu akurat były tłumy ludzi. Ponoć od następnego dnia planowane było kilkudniowe zamknięcie pałacu dla zwiedzających, więc wszyscy pospieszyli, żeby wykorzystać okazję.Żeby wejść na królewski teren, należy odpowiednio się ubrać. Oznacza to, że kobiety muszą mieć długą do kostek spódnicę i zakryte ramiona – tu naprawdę nie wystarczą zakryte kolana. Panów obowiązują długie spodnie i również okrycie ramion. Jest to przestrzegane i sprawdzane. Ja długą spódnicę miałam w plecaku, ale ubrania można wypożyczyć uiszczając kaucję w wys. 200 bahtów.

Zespół pałacowy Phra Borom Maha Ratcha Wang (bo taką nazwę nosi Grand Palace, czyli Wielki Pałac Królewski) obejmuje dwie części – część religijna to kompleks świątynni Wat Phra Kaeo, natomiast część świecka – pałac i sale reprezentacyjne, w których władcy występowali publicznie i przyjmowali dostojników. Całość Wielkiego Pałacu zbudowana została w 1782 r. na polecenie króla Ramy I. Teren otoczony długim na 1900 m białym murem zajmuje aż 218 tys. m²! Królewski pałac pełnił swoją rolę do 1946 roku, obecnie służy już tylko jako atrakcja.

Po sprawdzeniu biletów, wchodzimy na tak ważny dla Tajów teren. Pierwszym co rzuca się w oczy, są ogromne postacie demonicznych strażników o wytrzeszczonych oczach i wyszczerzonych zębach.

Początkowo tłok jest nieznośny, ale później tłum ludzi nieco się rozrzedza. Idziemy dalej przed siebie klucząc pomiędzy różnymi budowlami, stupami, rzeźbami. Po religijnej stronie kompleksu zobaczyć można wiele różnych budynków. Jest między innymi rzucająca się w oczy złota chedi – Phra Si Rattana Chedi  dzwonowata wieża z wysoką iglicą. Mieszkańcy Tajlandii wierzą, że właśnie w tym miejscu złożona została bardzo cenna relikwia – fragment kości mostka Buddy. Czy to prawda? Nie wiadomo.

Jest też galeria Ramakien – krużganek otaczający teren sakralny i pokryty barwnymi freskami pochodzącymi z XVIII w. Ze względu na klimat freski były już wielokrotnie odmalowywane. Nazwa tego miejsca wzięła się z poematu Ramakien obrazującego dzieje króla Ramy, Sity (jego żony) oraz ich towarzysza – mitycznej białej małpy Hanumana. Namalowane sceny ilustrują także życie codzienne Tajów. Połapanie się w tej historii bez przewodnika jest jednak niemożliwe.

W związku z tym oglądanie fresków odpuszczamy i spacerujemy dalej, w stronę Phra Wiharn Yod – wihranu zbudowanego za panowania króla Ramy III. Budynek odstaje stylem od pozostałych – jego zdobienia są duże skromniejsze, a białe ściany prawie że tam nie pasują. Nie jest tak bogato zdobiony, ale największy skarb jest w środku. To kamienny tron, na którym zasiadał król Ram Kamhaenga uważany za autora tajskiego alfabetu.

Na przypałacowym terenie zobaczyć można także od zewnątrz Królewski Panteon zbudowany za panowania Ramy IV w 1855 r. Budynek ten miał być początkowo miejscem przechowywania Szmaragdowego Buddy, jednak władca uznał że jest on za mało reprezentacyjny. Panteon można obejrzeć od środka tylko jeden raz w roku – w dniu koronowania Ramy I, czyli 6 kwietnia. Wewnątrz umieszczono naturalnej wielkości posągi ostatnich królów Tajlandii. Zapewne niedawno zmarły król również zostanie (a może już został) w ten sposób uhonorowany. Wejścia strzegą złote posągi przedstawiające stworzenia zwane kinnaree.

Udajemy się wreszcie do centralnej budowli kompleksu – Wat Phra Kaew (Wat Phra Keo lub Wat Phra Sri Rattana Satsadaram), a konkretnie do sali zwanej bot. Do wejścia ustawia się kolejka. Strażnicy pilnują, żeby wszyscy jeszcze przed schodami zdjęli obuwie i żeby nikt nawet nie próbował robić zdjęć. Jedyna możliwość sfotografowania tej wielbionej przez Tajlandczyków figurki to zdjęcie z zewnątrz. Szmaragdowy Budda wykonany został tak naprawdę z jadeitu – z jednej bryły! Ma raptem kilkadziesiąt centymetrów wysokości i waży nieco ponad 70 kg. Rzeźba ustawiona jest na złotym cokole górującym ponad wieloma innymi posągami Buddy wykonanymi z kamienia, srebra lub złota. Na ścianach zobaczyć można liczne freski.

A skąd w ogóle wziął się Szmaragdowy Budda? Figurka prawdopodobnie wykonana została na Cejlonie już ok. 43 r.p.n.e. Jak trafiła do Tajlandii nie wiadomo, ale odkryto ją w 1434 roku w jednej ze świątynnych wież w Chiang Rai. Posążek nie wywoływał wtedy szczególnego zachwytu, ponieważ pokryty był grubą warstwą zaprawy. Dopiero ukruszenie materiału na nosie Buddy ukazało „wnętrze” z zielonego kamienia. Szmaragdowy Budda prezentowany jest w ciągu roku w trzech różnych szatach, które zmieniane są wraz z nadejściem kolejnych pór roku.

Warto zwrócić uwagę na staranność zdobień.

Na terenie kompleksu nie mogło oczywiście zabraknąć biblioteki – The Phra Mondop. Miejsce, w którym przechowywane są najważniejsze manuskrypty buddyjskie, wzniesione zostało na polecenie króla Ramy I. Celowo zbudowano tę budowlę na podwyższeniu – miało to uchronić cenne zbiory przed powodziami. Niestety biblioteki nie dało się zwiedzić, ponieważ większość z jej pomieszczeń nie jest udostępniona zwiedzającym.

Gdzieś pomiędzy budynkami natrafić można również na makietę Angkor Wat zrobioną na polecenie króla Ramy IV.

W końcu przysiadamy pod jednym z obleganych przez turystów pawilonów. Jest tłoczno, głośno, duszno, na niebie zbierają się burzowe chmury. Najchętniej ewakuowałabym się już z tego miejsca. Już udajemy się do wyjścia (tak przynajmniej się nam zdawało), gdy nagle przez wielką bramę przechodzimy do drugiej części kompleksu. No tak… O mały włos przegapilibyśmy królewski pałac! Odgrodzony jest od pozostałych budowli murem. Na szczęście podążając za tłumem trafiliśmy do wielkich drzwi prowadzących do tej części. Przystrzyżone drzewka i złoto znów dawały obraz luksusu. Jednak osoby stojące w długiej kolejce wyglądały, jakby zupełnie nie zwracały na to uwagi. Skupione twarze żałobników wyrażały ból i cierpienie po stracie władcy. Wszyscy cierpliwie stali zwróceni w kierunku sali tronowej Dusit.

Pałac oglądamy niestety tylko z zewnątrz i to z odległości. Po śmierci króla Ramy IX niemożliwe jest nawet podejście do niego. Budynek wygląda jak martwy. Opuszczony, cichy. I pomyśleć, że niegdyś z niewielkiego balkonu na środku władcy wygłaszali przemówienia. Teraz jest tam przerażająco cicho.

Zrobiłam kilka zdjęć i udaliśmy się do wyjścia. Przy bramie stali strażnicy, którym turyści nie odpuszczali czasem naprawdę chamskich zachowań. Ja rozumiem – zrobić zdjęcie i sobie pójść. Ale po co robić jakikolwiek cyrk? Wbrew pozorom musi to być bardzo stresująca i wyczerpująca praca.

Rzuciliśmy jeszcze raz okiem na budynki i udaliśmy się w stronę Khao San Road, żeby ostatni raz spojrzeć na tę najsłynniejszą ulicę Bangkoku. A może nawet i całej tej części Azji? Wśród pięknie zdobionych świątyń spędziliśmy sporo czasu, ale te tłumy były bardzo męczące.

Przyszła pora na ostatnie zakupy. Szliśmy sobie Khao San Road, gdy nagle wśród tysięcy najróżniejszych pamiątek wypatrzyłam plecak w słonie. Właśnie o takim myślałam! Rzucona przez sprzedawczynię cena jednak szybko sprowadziła mnie na ziemię – 750 bahtów za kawałek szmatki. To 85 zł! Był może wart połowę tej ceny i to w naszych warunkach! Poza tym tyle to nawet nie mieliśmy już w gotówce. Zaczęłam targowanie. Gotowa byłam zapłacić za niego góra 350 bahtów i przy tym finalnie się upierałam. Dziewczyna stwierdziła, że za tyle go nie sprzeda, więc wyszliśmy. Daleko jednak nie odeszliśmy, bo zaraz zawołała nas z wściekłą miną i zaczęła pakować plecak. I tak oto stargowałam ponad połowę. Ale widać było, że nie w smak była jej ta transakcja. Skoro jednak go sprzedała, widać, że wciąż się to opłacało. W pobliskim kantorze zmuszeni byliśmy wymienić kila euro trzymanych na czarną godzinę, bo portfele świeciły takimi pustkami, że nie było nas nawet stać na obiad… :)

Niedaleko znaleźliśmy lokal z tanim pad thaiem. Za porcję XL oraz kilka sajgonek zapłaciliśmy 150 bahtów (18 zł). Jak na Khao San Road – cena dobra. Gorzej już było z jakością. O ile pad thai był pyszny, to o sajgonkach nic dobrego nie mogę powiedzieć. W wielu innych miejscach jadłam dużo lepsze.

Przyszła pora na powolne kierowanie się z powrotem do hostelu. Zależało nam jeszcze na jednym ostatnim masażu stóp, który tuż obok naszej recepcji był niesamowicie przyjemnie wykonywany. Żeby jednak nie było nudno, po drodze widzieliśmy taką scenkę. BHP jak się patrzy.

Ostatni kokos, ostatnie szaszłyki z grilla na ulicy, ostatnie spojrzenia na niesamowicie ruchliwe i wydawać by się mogło chaotyczne ulice Bangkoku. Wciąż tam byliśmy, ale ja już zaczynałam tęsknić za tym miastem. Tyle razy tam wracaliśmy, tyle nocy spędziliśmy traktując stolicę jako bazę wypadową… Bangkok można ponoć albo kochać, albo nienawidzić. Ja zdecydowanie zaliczałam się do tej pierwszej grupy, chociaż miasto bywało momentami bardzo męczące i chciałam z niego czasem jak najszybciej uciec. Gdy wróciliśmy do hostelu, jego przesympatyczny właściciel pozwolił nam jeszcze wziąć prysznic użyczając bezpłatnie ręczniki. Ostatni półgodzinny masaż, ostatnia herbatka nam matoon i trzeba było ruszać. Punktualnie o 16:00 podstawił się bus, który zorganizowany został przez recepcjonistkę za 100 bahtów za osobę (12 zł).

Liczyliśmy, że całą drogę do lotniska pokonamy sami, ale bardzo się myliliśmy. Kierowca upchnął wewnątrz tyle osób, ile tylko się dało. Czas się kurczył, ale on jeździł po kolejnych i kolejnych hostelach i hotelach zabierając coraz to nowe osoby. W końcu wewnątrz nie było miejsc, więc przerzucił bezceremonialnie wszystkie plecaki na kupę. Oznaczało to, że upchnie się wewnątrz jeszcze dwójkę ludzi!  I tutaj niestety musieliśmy poczekać, bo mimo umówionej godziny i braku spóźnienia busa, spóźnili się jego pasażerowie. Zaczynałam nerwowo zerkać na zegarek. W środku robiło się coraz bardziej gorąco, każdemu pot spływał dosłownie po każdej części ciała, wszyscy modliliśmy się, żeby tylko jak najszybciej dojechać. Wreszcie ruszyliśmy – jedyną opcją doładowania kolejnych osób było już tylko umieszczenie ich na dachu. Wszyscy się cieszyliśmy, szczególnie dziewczyna, która z tego wszystkiego siedziała obok nas z głową w reklamówce. No jeszcze tego brakowało… I wtedy utknęliśmy w korku. Okazało się, że przed nami są tory i zamknięty szlaban. Mimo wszystko jednak ruch jakoś posuwał się naprzód – kierowcy mimo opuszczonych zapór wciąż przejeżdżali… Niektórzy z nich tuż przed nadjeżdżającym pociągiem…

Atmosfera gęstniała, ale wreszcie dotarliśmy pod terminal. Każdy wyskoczył z wnętrza tej sauny z wyraźną ulga.

Na lotnisku szybko przepakowaliśmy plecaki i nadaliśmy jeden z nich jako bagaż rejestrowany. To był jedyny port, w którym bagaż nie był skanowany przed odprawą. Po kontroli bezpieczeństwa i paszportów okazało się, że do boardingu mamy raptem 15 minut. Ale przecież byliśmy na czas! Mimo wszystko udaliśmy się do kilku sklepów – wciąż brakowało mi magnesu z tego kraju (niestety nawiasem mówiąc tego rodzaju pamiątki dostępne na lotnisku były naprawdę kiepskie). Całość zakupów zajęła nam może z 10 min., po kolejnych 5 min. byliśmy na miejscu – ruszyliśmy w stronkę bramki. A tam co? Final call! Ale jak? Przecież do odlotu pozostawało jeszcze sporo czasu, a szło za nami całe mnóstwo pasażerów. Później kazano nam czekać na wejście do samolotu, więc po co był ten cały pośpiech? Do teraz tego nie rozumiem.

Usadzono nas w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej, co oznaczało więcej miejsca na nogi i pierwszeństwo z posiłkiem. A ten był całkiem smaczny. Obsługa też była bez zarzutu. Niestety nie mogło być jednak za pięknie – w rzędzie obok trafiła się kobieta z kilkuletnim dzieckiem, które cały lot przepłakało. A ona niewiele sobie z tego robiła…

Do kolejnego lotu mieliśmy raptem 2,5 godz., więc czas na lotnisku w Doha zleciał nam szybko. Zaraz po starcie zgaszono światła i dano odpocząć pasażerom. Zaserwowane nad ranem śniadanie na pokładzie Qatar Airways prezentowało się całkiem nieźle, chociaż ze smakiem było już niestety ciut gorzej. Szczególnie podła była parówka w jednym z dostępnych zestawów. Zawsze jednak oznaczało to jakieś jedzenie, bez konieczności spędzenia w powietrzu kilku godzin z burczącym brzuchem.

Wreszcie dotarliśmy do Warszawy! Po długiej podróży byłam wykończona, a gdy opuściłam lotnisko, towarzyszyło mi uczucie lekkiego oszołomienia. Szczególnie, że przywitała nas wredna pogoda. Nie było nas raptem kilkanaście dni, ale zdążyłam przyzwyczaić się do tych wszystkich egzotycznych niesamowitości na miejscu w Tajlandii i Kambodży. Trzeba było jednak wrócić na ziemię. Ale jak to już ze mną bywa – planów co prawda na następny wyjazd nie mieliśmy, ale jedno było pewne. Długo na następną przygodę czekać nie będziemy! :) I faktycznie, w niedługim czasie okazało się, że dość znacznie zmienimy klimat. Padło na Islandię! O tym już wkrótce.

Tajlandia / Kambodża 2016: Dziennik z podróży
Tajlandia: Powrót do Krabi

Powiązane wpisy

6 Comments

  1. Zołza z kitką

    Piękne zdjęcia! Zachęcają, by na własne oczy zobaczyć te wszystkie cuda! :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dziękuję! Mnie do odwiedzin tego miejsca zachęciły właśnie zdjęcia widziane wcześniej ;)

      Odpowiedz
  2. Ania in progress

    Kocham te miejsce! sama też byłam tam rok temu i już nie mogę doczekać się powrotu :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Ja też nie mogę się doczekać powrotu, ale z drugiej strony… Jest na świecie tyle miejsc do zobaczenia, że aż szkoda drugi raz w to samo miejsce jechać. Czuję się rozdarta ;)

      Odpowiedz
  3. Patrycja

    Piękna, choć momentami przerażająca estetyka…

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Trzeba przyznać, że mają specyficzne poczucie piękna

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close