Islandia: Wulkan w dolinie Geldingadalur

Znasz to uczucie, gdy masz jakieś wielkie marzenie, którego realizacja jest dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale okoliczności wciąż są przeciwko Tobie i ciągle coś jest nie tak? Gdy od 19 marca na islandzkim półwyspie Reykjanes otwierały się kolejne szczeliny, z których płynęła lawa, miałam ochotę rzucić wszystko i natychmiast lecieć, by zobaczyć na własne oczy trwającą erupcję. Właśnie to było jednym z moich największych marzeń. Nikt nie był w stanie przewidzieć jak długo to potrwa, więc z wypiekami na twarzy codziennie śledziłam transmisję online. Widziałam, jak dolina Geldingadalir wypełnia się lawą, obserwowałam z małym ukłuciem zazdrości wszystkich tych, którzy mogli podejść do formującego się małego stożka tak blisko. Ze śmiechem oglądałam filmiki, na których zwykli turyści, ale i naukowcy przypiekali nad gorącą lawą kiełbaski i pianki. Kusiłoby mnie zrobić to samo!

Niestety polecieć nie mogłam, bo wiązało się to z koniecznością wykonania w sumie trzech testów PCR i dodatkowo 5 dniami kwarantanny. Czasowo i finansowo nie mogłam sobie na to pozwolić. A jeśli wynik któregoś z testów okazałby się pozytywny, zostałabym uziemiona na dobre. Więc czekałam. Obserwowałam transmisje, przyglądałam się kolejnym nowym szczelinom, w końcu śledziłam poczynania jedynej, która się ostała. A przynajmniej jedynej, która w jakikolwiek sposób wykazywała widoczną na kamerach aktywność. Stożek powiększał się, lawa wybijała z niego nawet na 400 metrów wzwyż, podejście blisko przestało być możliwie. A ja wciąż czekałam.

Zawiedzione nadzieje?

Nagle bodajże w czerwcu okazało się, że władze Islandii postanowiły złagodzić przepisy wjazdowe i wpuszczać od lipca wszystkich zaszczepionych na Covid-19 bez konieczności odbywania kwarantanny i robienia testu. Mimo kilku miesięcy od pojawienia się pierwszej szczeliny, erupcja wciąż trwała, więc długo się nie zastanawiałam. Szybko nabyłam (przedrożone niestety) bilety na lot, zorganizowałam samochód (o cenach w wypożyczalniach to aż szkoda mówić…), noclegi i pobieżny plan zwiedzania. Tylko co z tego, gdy na dwa dni przed moim przylotem wulkan… wygasa. A przynajmniej takie wrażenie sprawia. Prawie 48 godzin nie widać w nim żadnej aktywności, lawa na jego dnie wygląda na twardą skałę. Specjaliści wypowiadają się, że prawdopodobnie jest to koniec trwającej kilka miesięcy erupcji. Serio?! Naprawdę teraz, kiedy wreszcie mogę przylecieć?! Nie do wiary! Planując wyjazd nie mogłam przewidzieć, jak zachowa się wulkan, ale z takim pechem to była już zdecydowanie przesada. Dlaczego musiało się to wydarzyć akurat tuż przed moim przylotem?!

Czuję rozczarowanie. Ale mimo wszystko gdzieś tam wciąż tli się nadzieja. W końcu wulkan nie raz zmieniał już swoje cykle aktywności, więc może tym razem jest tak samo? Może po prostu zbiera siły na kolejny spektakl? Po wylądowaniu dostaję krótką wiadomość – wulkan się ponownie budzi. Jest! Radość przeogromna. Mimo bardzo później pory (z lotniska wychodzę około północy) i ambitnego planu na kolejny dzień bez zmrużenia oka, nagle otrzeźwiałam. Znów widoczne są jakieś ślady aktywności, więc może jednak uda mi się zrealizować jedno z największych i – jak wcześniej mi się wydawało – trudniejszych do realizacji marzeń!

Niestety muszę poczekać. Po podjechaniu na parking okazuje się, że może i rzeczywiście coś tam zaczęło się znów dziać, ale nisko zawieszone chmury uniemożliwią jakiekolwiek podziwianie naturalnego spektaklu. Tak naprawdę nawet ścieżki wśród tych chmur nie widać, więc nie ma sensu pakować się dalej. Pierwszy dzień więc spędzam w Interiorze, konkretnie w Landmannalaugar.

Po nocy u znajomych od razu po pobudce spoglądam na transmisję online. Znów jest pochmurno, dzień zapowiada się kiepsko, ale przynajmniej pułap tych chmur jest trochę wyższy. Może da się zobaczyć stożek? Nie mam za bardzo innego wyjścia jak podjechać i spróbować zdobyć szczyt wzgórza, z którego najlepiej widać erupcję.

Erupsja wulkaniczna Geldingadalsgos błędnie nazywaną jest erupcją wulkanu Fagradalsfjall. Owszem, taka góra istnieje, ale znajduje się obok nowego stożka. Fagradalsfjall to również nazwa systemu wulkanicznego i dlatego prawidłowo powinno się mówić o “erupcji w systemie wulkanicznym Fagradalsfjall” lub o “erupcji wulkanicznej Geldingadalsgos”. Nowy wulkan chyba jeszcze nie doczekał się swojej oddzielnej nazwy.

W związku z tym, że ekspertką w zakresie geologii niestety nie jestem, więcej rzetelnych informacji o erupcji na półwyspie Reykjanes dowiesz się z bloga Nasz mały Świat. Diana i Damian mieszkają od kilku lat na Islandii i pokazują ten kraj od strony życia codziennego. Dodatkowo Diana jest znawczynią tematu – geoturystyka to jej pasja! 

Do dwóch razy sztuka

Z Reykjaviku wyruszam około 9:00. Trochę późno, ale po kilku wcześniej zarwanych nocach zwyczajnie nie jestem w stanie ściągnąć się z łóżka wystarczająco wcześnie. Zresztą – jak się później okazało – i tak byłoby to zbyteczne. Gdy jestem już w bliskiej okolicy pasma górskiego, w środku którego ma miejsce erupcja, bacznie przyglądam się szczytom – niestety znów są w chmurach. Ale może jednak tym razem się uda?

W pewnym momencie zauważam dziwną, nieco burą od spodu chmurę, która wisi wyjątkowo nisko. Po kilku sekundach wiem już jednak, że nie jest to chmura, a dym z wulkanicznej erupcji. Jest go tu mnóstwo! Wychodzi spośród gór i kieruje się ku chmurom zlewając się z nimi. Czyli jest już jedna pozytywna informacja – wulkan działa! Obudził się na dobre! Tylko czy poza dymem będzie widać lawowe fontanny? O rzekach lawy nawet nie śmiem marzyć.

Dolina Natthagi

Docieram na środkowy parking (postój wiąże się z opłatą 1000 koron za dzień postoju – płatność możliwa jest przez aplikację Parka) i ruszam na szlak. Jest koło 10:00, a parking dość szczelnie wypełniony jest już samochodami. Z każdą chwilę docierają kolejne – wkrótce ustawione będą również i wzdłuż drogi. Niewątpliwie jest to obecnie największa atrakcja Islandii. Ale czy można się temu dziwić?

Po kilku minutach wędrówki docieram do zbudowanej z ziemi i kamieni tamy mającej ochronić położoną nieopodal drogę przed zalaniem lawą. Na tę chwilę magma przestała kierować się w tę stronę, ale kto wie, jak długo potrwa jeszcze erupcja i czy sytuacja nie ulegnie zmianie (w momencie pisania tego tekstu lawa znów spływa do doliny Natthagi, czyli właśnie w kierunku drogi). Wysoki na kilka metrów wał może nie zostanie przerwany. Aktualnie służy bardziej jako punkt widokowy na dolinę zalaną czarną, zeskorupiałą z wierzchu magmą.

Chcę jak najszybciej iść na punkt widokowy na wzgórzu Langihryggur, ale nie mogę sobie odmówić podejścia do lawowego jęzora i dotknięcia magmy, która jeszcze kilka tygodni temu w formie płynnej znajdowała się głęboko pod powierzchnią ziemi. Mówi się, że mogła wypłynąć z głębokości 15-17 km! Im bliżej czarnej skały, tym bardziej czuć różne gazy. Niestety poza siarkowymi aromatami nie rozpoznaję innych. Ze względu na te wyziewy nie powinno się przy lawie przebywać zbyt długo. Zabronione jest również zabieranie tu ze sobą psów – fluor może być dla nich śmiertelnie niebezpieczny. Niestety nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę i czasem można spotkać tu spacerowiczów z czworonogami…

Zastygnięta w czasem fantazyjnych kształtach warkoczy, dziwnych linii, kółek i innych lawa porozdzierana jest w wielu miejscach pęknięciami. Widać, jak ogromne siły na nią działają. Czasem słychać dźwięk pękającego szkła – oznacza to, że cała ta struktura w dalszym ciągu może się poruszać. Minimalnie, ale jednak. Z wierzchu zastygła, pod spodem wciąż może być płynna. Widać to zresztą na filmie nakręconym przez youtubera Donce Monce. Filmik powstał w sierpniu bieżącego roku. Gdy byłam tam w lipcu odnosiłam wrażenie, że lawa w tym miejscu już nie płynie. Jak bardzo się myliłam! I dlatego właśnie pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić na nowe pole lawowe. Nieważne, czy blisko czy dalej od wulkanu.



Nie wchodź na powierzchnię pola lawowego!

Po pierwsze – pod wydawać by się mogło twardą i zimną skorupą, wciąż płynąć może gorący lawowy potok. Jego temperatura może przekraczać 1000 stopni Celsjusza! Po drugie – powierzchnia lawy jest bardzo krucha. Ciepła, chropowata, jak pumeks lub papier ścierny. Nigdy nie wiadomo, czy akurat pod miejscem, w którym zdecydujesz się przejść, nie ma jakiegoś lawowego tunelu – pustej przestrzeni, nad którą cienka skorupka załamie się pod ciężarem człowieka. Skorupka ta jest bardzo ostra. Gdy biorę w rękę kawałek magmy, rozpada się on bez większego nacisku porządnie drapiąc mi skórę. Niestety wiele osób wdrapuje się na lawowy jęzor nie zdając sobie chyba zupełnie sprawy ze związanego z tym niepotrzebnego ryzyka. Dobre zdjęcia zrobić można i tuż obok – wystarczy ustawić się pod dobrym kątem, odpowiednio wykadrować ujęcie.

Droga na Langihryggur

Są w sumie trzy drogi dojścia na dwa różne punkty widokowe. Było ich więcej, ale niestety lawa, która przelała się do Natthagi, odcięła dostęp do tras, w tym tej na najbliższe wulkanowy wzgórze. Szlak prowadzący w lewo (A i B) jest ponoć łatwiejszy i krótszy, ale widok moim zdaniem nie jest wystarczający. Na stożek patrzy się stamtąd od tyłu, więc widoczne są jedynie wyższe fontanny lawy. Na ten dzień zdecydowanie lepiej wspiąć się na wzgórze Langihryggur. Trasa ta jest trochę bardziej wymagająca i dłuższa (min. 4 km, a można i dalej pójść), ale widok z góry jest POWALAJĄCY! Bez problemu obserwować można prawie wszystko, co dzieje się w kraterze. Niestety trasa miejscami jest stroma, spod nóg osuwają się kamienie – łatwo o utratę równowagi. Ale warto!

Nie dość, że zupełnie nie mam kondycji, to dochodzi do tego jeszcze bardzo silny wiatr. Spychający wręcz ze ścieżki! Momentami trudno mi się utrzymać, mam chwile zwątpienia czy podołam, czy pokonam tę trasę. Ale jak tylko nad wierzchołkami innych gór widzę pierwszy rozbryzg wyrzuconej wysoko w górę lawy, wstępują we mnie nowe siły. Tym bardziej, że im wyżej wchodzę, tym łatwiejsza jest dalsza droga. Mniejszy kąt nachylenia zbocza przy tym wietrze robi ogromną różnicę. W sumie cała trasa zajmuje mi jakieś 1,5 godz. z kilkoma postojami na zdjęcia.

Niestety przez ten silny wiatr nie zdecyduję się dolecieć do wulkanu dronem. Podejmuję ryzyko utraty sprzętu tam, gdzie ewentualnie mogę go później pozbierać. Nad pole lawowe nie polecę…

Piekielne przedstawienie

Gdy docieram do miejsca, z którego roztacza się najlepszy moim zdaniem widok, siadam oczarowana. Wulkan co chwilę przygasa, ale po kilku minutach przerwy wraca do swojej imponującej wręcz momentami aktywności. Nie wiem nawet ile takich cykli oglądam. Ponad godzinę siedzę na zboczu, na jakimś mokrym torfie wpatrując się w wulkaniczną aktywność. W kraterze wszystko bulgocze, rozbryzgi lawy sięgają często poza jego krawędzie. Czasem fontanny wystrzeliwują wysoko w górę – może nawet na ponad 100 metrów? Trudno ocenić ich wysokość, znajduję się około kilometra od tego widowiska.

Zobaczenie wulkanicznej erupcji było jednym z moich największych marzeń. Marzeń, w których spełnienie nie do końca wierzyłam – w końcu wszelkie znane mi aktywne wulkany znajdują się raczej w Ameryce Południowej, do której szybko się nie wybiorę. W Europie aktywnością wykazuje się niby jeszcze Etna, ale jest ona tak nieprzewidywalna, że naprawdę trzeba mieć sporo szczęścia. No i zresztą przy tak dużym wulkanie ciężko byłoby zobaczyć lawę. Chyba że wybuch byłby naprawdę spektakularny, ale tego z kolei nie życzę mieszkańcom. Gdy na Islandii otworzyła się szczelina – i to w takim miejscu! – wiedziałam już, że może to być ta jedna jedyna szansa na spełnienie marzenia.

Nad głową wciąż i wciąż latają helikoptery. Ach jakby tak przelecieć nad czynnym wulkanem! Niestety w tej chwili jest to poza moim finansowym zasięgiem… Dokładnie tego nie sprawdziłam, ale koszt wynosi chyba ok. 2000 zł… Może kiedyś?

Zejście z powrotem na dół idzie mi dużo szybciej, ale nie mogę ot tak wrócić do samochodu. Ciekawość znów gna mnie do zastygłej w dolinie magmy. Tu pomacam, tam się przyjrzę. Głównie czarna (chociaż zdarzają się również odcienie fioletu i oliwkowe barwy), zastygnięta struktura robi wrażenie. Spękana i pozałamywana powierzchnia, nad którą drga rozgrzane powietrze. Dymiąca jeszcze gdzieniegdzie – wprowadza mały element grozy. Szkoda, że nie udało się zobaczyć płynnej magmy z bliska, ale i tak mam sporo szczęścia, że w ogóle akurat teraz znów coś się dzieje. I do tego jest pogoda!

W ciągu kolejnych dni zerkam wielokrotnie na transmisję online z miejsca erupcji. Islandia chyba znów mi sprzyja – ten dzień to była jedyna szansa by zobaczyć wulkan. W ciągu następnego tygodnia dolina skrywa się za nisko zawieszonymi chmurami. Później z kolei wulkan zmienia swój cykl – lawa potrafi buchać godzinami, by później krater na kolejne kilka-kilkanaście godzin ucichł. Zaplanowanie wizyty w tym miejscu staje się przez to jeszcze trudniejsze. Ale jeśli już się to uda – jest szansa, by zobaczyć lawę z dość bliskiej odległości. Znów spływa w sporych ilościach do doliny Natthagi i w pobliże zbocza Langihryggur.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Cztery kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód...
... zminimalizuj swoją odpowiedzialność w razie uszkodzenia auta i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

One Thought to “Islandia: Wulkan w dolinie Geldingadalur”

  1. Bardzo się cieszę, że spełniłaś swoje marzenie i udało Ci się w tak pięknej (imponującej!) odsłonie zobaczyć naszą cudowną erupcję! Dziękuję za wspomnienie o nas! I jak zawsze gratuluję pięknego wpisu!

Skomentuj