Islandia: Powrót do Krainy Lodu i Ognia. Landmannalaugar i Sigoldugljufur

Gdy w marcu 2020 roku po raz pierwszy w związku z Covid-19 wylądowałam na przymusowej pracy zdalnej, nie zdawałam sobie sprawy – jak bardzo wiele osób – jak wiele się pozmienia. I że tak długo będzie to wszystko trwało. Początkowe dwa tygodnie tak zwanego lockdownu przerodziły się w półtora roku niepewności, pewnego poczucia straty, izolacji, braku możliwości zaplanowania różnych wydarzeń chociażby z miesięcznym wyprzedzeniem, chaotycznych zmian i dezorientacji. To poczucie straty i niepewności dotyczyło także podróżniczej części mojego życia. Dość sporej i bardzo istotnej. W końcu wiele mam różnych pasji i zainteresowań, ale to właśnie podróże, fotografia i filmowanie z góry są największymi z nich. Niby ratowałam się krótkimi wypadami po Polsce, wykorzystywałam każdą okazję żeby zobaczyć coś nowego, ale nic nie było w stanie zmniejszyć tęsknoty za dalszymi wojażami. Szczególnie w jednym kierunku. Na Islandię. Ranyyy…. jak mi brakowało tego kraju!

Dzień 1, 9.07.2021

Po roku bez żadnego lotu (ostatni miał miejsce na Zakynthos w lipcu 2020) i dwóch odwołanych podróżach, nie wytrzymałam. Przepłacając za bilety zdecydowałam, że MUSZĘ lecieć do Krainy Lodu i Ognia zanim znów nas pozamykają (już mówiło się o kolejnej fali w połowie sierpnia). I tak oto w dniu 8.07.2021. po rocznej przerwie stawiłam się na lotnisku. Z wrażenia spać nie mogłam!


Krótkie podsumowanie filmowe tego wyjazdu jest już dostępne na Youtube!


Procedury przylotowe

Jak wyglądała procedura przylotu na Islandię? Obowiązkowo w ciągu maksymalnie 72 godz. przed lotem należało wypełnić na stronie covid.is formularz rejestracyjny. Jego poprzednie wersje były bardzo rozbudowane, teraz jednak wymagane są jedynie podstawowe informacje. W efekcie otrzymuje się kod kreskowy, który niezbędny jest na lotnisku w Keflaviku. Posiadanie go sprawdzane jest też już na lotnisku w Polsce – bez niego nie ma w ogóle możliwości wejść na pokład.

Osoby zaszczepione pełnym cyklem szczepień na Covid-19 musiały mieć certyfikat szczepienia. W wersji elektronicznej lub papierowej – bez różnicy. Albo certyfikat szczepienia albo negatywny wynik testu na koronawirusa – innej opcji nie było. I oczywiście kod kreskowy z covid.is. Niestety w kilka dni po moim powrocie na Islandii zaczęto odnotowywać wzrastające liczby zakażeń. 26.07. pobity został rekord wykrytych zachorowań od początku pandemii – Islandia znów zaczęła wprowadzać ograniczenia. Aktualnie (20.08.2021) nawet osoby zaszczepione muszą przed lotem wykonać test – z tą różnicą, że może być PCR, ale i antygenowy przejdzie. W przypadku osób niezaszczepionych wciąż pozostaje konieczność wykonania 3 testów (dopuszczalne są jedynie PCR) i odbycia 5-dniowej kwarantanny.

Powrót po 1,5 rocznej przerwie…

To oznacza tylko jedno – udało mi się idealnie wstrzelić w okienko, bo nawet w sklepach nie było obowiązku zakładania maseczki. Lot, szybki odbiór samochodu od znajomych (w tym roku w związku z Covidem i trwającej od 19 marca br. łatwo dostępnej erupcji wulkanu na płw. Reykjanes ceny wynajmu poszybowały na koszmarnie wysokie poziomy – Dacia Duster na 3 dni za 3000, albo i 5000 zł?!?!?!?!), można ruszać w trasę. Początkowo plan był, by w nocy iść od razu na wulkan (uwielbiam białe noce!), niestety jednak warunki pogodowe nie pozwalają na cieszenie oczu widokami. Jest jednak dobra informacja – po prawie dwudniowej przerwie wulkan znów się budzi! Tylko czy islandzka aura pozwoli mi go ujrzeć? W nocy nie jest to możliwe. Nawet ścieżki na dole wśród nisko zawieszonych chmur nie widać, więc przekładam tę wędrówkę na kolejny dzień. Trzeba ruszać dalej. Dokąd? Do Landmannalaugar! Marzyłam o tym, by polatać tam trochę dronem, mam akurat auto 4×4 (wymagany jest tam napęd na 4 koła), więc kolejna okazja znów długo może się nie nadarzyć. Jadę!

Drogi są zupełnie puste. O mało co nie zagapiam się na odcinkowym pomiarze prędkości, który wprowadzony został w bliskiej odległości do słynnej Blue Lagoon… Jest tak pusto, że noga sama naciska na gaz… Na Islandii jednak nie warto szarżować, bo mandaty w wysokości kilku tysięcy złotych to nie przelewki. W pewnym momencie coś przebiega drogę. To lis polarny! Szybko jednak znika z pola widzenia. Dziwię się, że jakoś owiec mało, ale w sumie w tych okolicach zbyt wielu ich chyba nigdy nie było. Czujność jednak należy zachować – nigdy nie wiadomo, kiedy taki wełniak niespodziewanie wtargnie pod koła. Jest środek nocy, ale cały czas jest jasno. Z tego podekscytowania związanego z powrotem na moją ukochaną wyspę aż spać mi się nie chce. Chłonę wygłodniałym wzrokiem tak znane mi już krajobrazy…

Gjain

Zanim dotrę do wnętrza wyspy, zatrzymuję się przy trzech wodospadach. Do pierwszego z nich – Gjain – wymagany jest napęd na 4 koła. Wodospad ten leży w uroczej, pełnej zieleni dolince. Szum wody, kilka urokliwych kaskad, fantazyjnie powyginana dawno zastygła magma… Staję zauroczona widokiem, ale szybko mój spokój mącą dziesiątki, jeśli nie setki wciskających się do ust, nosa, oczu… muszek. Owady są tak natrętne, że nie daję rady ustać w miejscu dłużej niż kilka sekund. Dramat!

Z taką ilością much na Islandii jeszcze się ani razu nie spotkałam. Miałam szczęście? A może w tym roku jest ich wyjątkowy wysyp? Chyba to drugie. Wyjątkowo ciepłe i mokre lato sprzyja wylęgowi tych małych potworów. Dopiero ucieczka do samochodu pozwala odetchnąć od natrętów. Już żałuję, że nie mam ze sobą kapelusza z moskitierą – byłby tu jak znalazł… Zresztą wkrótce okaże się, że niestety nie tylko tu. Tym razem mało gdzie będzie można w spokoju delektować się widokami. Z nadzieją na chwilę spokoju ruszam pod drugi wodospad – jeden z najwyższych na Islandii.

Haifoss i Granni

Haifoss (plus spadający ze skalnej krawędzi tuż obok Granni – z islandzkiego “sąsiad”) już kiedyś odwiedziłam, ale niestety warunki pogodowe nie sprzyjały jego podziwianiu. Niby słupki termometrów pokazywały kilka stopni na plusie, jednak odczuwalnie było ok. -10 (tam kilka stopni na plusie może być odczuwalne jako silny mróz, natomiast kilkanaście – jak ponad 30 stopniowy upał!). Do tego wiał tak silny wiatr, że przeciwstawianie się mu nad wysokim urwiskiem nie było mądrym pomysłem. Po kilku minutach uciekłam wtedy z tego miejsca. Teraz jednak jest cudownie. Żadnych innych turystów, cisza, spokój, zero wiatru. I nawet całkiem ciepło! Kusi mnie, żeby zejść na dół kanionu, ale zwycięża jednak chęć powrotu do Landmannalaugar.

Sigoldufoss i Sigoldugljufur

Zanim jednak tam dotrę, robię jeszcze dwa postoje. Pierwszy przy wodospadzie Sigoldufoss. Z drona widzę, że tuż za mostem mieszają się różnokolorowe wody z rzeki i jeziora Hrauneyjalon. Drugi postój jest przy moim ulubionym – i chyba najpiękniejszym – islandzkim kanionie. Sigoldugljufur to miejsce wyjątkowe o każdej porze roku, chociaż mi najbardziej podoba się w swojej wrześniowej odsłonie, gdy zaczyna nabierać typowo jesiennych barw. Ale teraz też jest przepięknie! Uważnie stawiam kroki, bo pod moimi nogami kwitnie na fioletowo pełno tłustoszy – owadożernych roślin, których jeszcze do niedawna na Islandii zupełnie się nie spodziewałam. Są jednak i mają się dobrze! Szkoda tylko, że te wszechobecne muszki są dla nich zdecydowanie za duże…

Staję nieco dalej od popękanej krawędzi i delektuję się widokiem. Nie mogę oprzeć się pokusie dolecenia dronem do końca kanionu. Kilka razy o mało co nie tracę zasięgu, ale udaje się dotrzeć do tamy oddzielającej kanion od jeziora Sigoldulon (inaczej Krokslon). Sigoldugljufur zwany również Doliną Łez, nie zawsze tak wyglądał. Przed uruchomieniem elektrowni wodnej Sigala był wypełniony wodami rzeki Tungnaa. Instalacja wpłynęła na geografię okolicy, ale po pierwsze – energia pozyskiwana z wody dostarcza ponad 70% odnawialnej energii elektrycznej na całej Islandii. Po drugie – dzięki temu podziwiać można teraz tak rajskie miejsce, jak właśnie Sigoldugljufur.

Gdy wzlatuję dronem wysoko nad kanion dochodzę do wniosku, że wygląda on tu jak jakaś oaza na środku pustkowia. Wokół surowy teren interioru, zero roślinności. I nagle on – żywo zielony, z turkusowymi wodami i dziesiątkami mniejszych i większych wodospadów spływających nie wiadomo nawet skąd. Mogłabym siedzieć tu i siedzieć… Kiedyś zdecydowanie muszę wybrać się na spacer wzdłuż kanionu, chociaż akurat jego początek jest najlepszym punktem widokowym. Bezpośrednio pod Sigoldugljufur dojechać się mimo poprowadzonej drogi nie da, ale dojście z niewielkiej zatoczki parkingowej przy F208 nie jest wymagające i nie zajmuje dużo czasu. Aż dziwne, że miejsce to wciąż uważane jest za nieodkrytą przez tłumy perłę.

Landmannalaugar

Jak już wspomniałam tradycyjnie wybrałam na przejazd północną drogę F208. Interior słynie z przejazdów przez rzeki, ale właśnie F208 dotrzeć do Landmannalaugar można suchym kołem. Jedyna rzeka znajduje się tuż przed samym miejscem docelowym, a i z tym problemu nie ma, bo auto zostawić można na parkingu zaraz przed brodem. Nad wodą z kolei poprowadzona jest kładka dla pieszych, więc dojedzie się tu każdym autem 4×4 bez ryzyka utopienia go. Niby wody w rzece tym razem dużo nie ma, ale jako że dysponuję Nissanem Qashqai, wolę nie ryzykować. Warto pamiętać, że nawet jeśli rano wody jest niewiele (dziś nawet Dacie Duster przejechały dalej), po południu lub kolejnego dnia sytuacja może się diametralnie zmienić!

Samochodowe czujniki pokazują raptem 14 stopni, ale gdy tylko wysiadam wiem już, że nijak ma się to do temperatury odczuwalnej. Słońce ostro przypieka, czuję, jakby było coś pod 30. Niby jestem na Islandii, ale już żałuję, że nie mam krótkich spodenek. Dobrze, że o sandałach chociaż pomyślałam pod kątem gorących źródeł z kamienistym dnem.

 

Trekking do Brennisteinsdala

Niestety i tutaj dopadają mnie muszki. Jedyny na nie sposób to być w ciągłym ruchu, więc od razu kieruję się na szlak startujący przy polu kempingowym. Krótkie podejście w górę i już jestem na trasie wytyczonej na powstałym w okolicach 1477 r. polu lawowym Laugahraun.  W związku z totalnym brakiem kondycji spowodowanym zasiedzeniem się w domu i w znacznej mierze pracą zdalną, decyduję się na krótszą trasę prowadzącą wspomnianym polem lawowym do Brennisteinsalda. To chyba najbardziej charakterystyczna tęczowa górka w tej okolicy.

Szlak nie jest trudny, raptem kilka podejść po drodze – w ogóle nie męczy. Odrobinę trudniejsza jest poprowadzona również polem lawowym trasa z powrotem na kemping, ale tragedii nie ma. Landmannalaugar, czyli tak zwane Tęczowe Góry, słynie właśnie z tras trekkingowych. Można wybrać tu różne ich długości. Poza górą Brennisteinsalda, dostępna jest również krótka trasa na szczyt Blahnjukur. Ale w Landmannalaugar można zacząć również i kilkudniowy trekking szlakiem Laugavegur w stronę bajecznego Thorsmork. Tam jeszcze mnie nie było – na kilkudniowe wędrówki brak mi formy, a autem bałam się tam wybrać, bo do przejechania jest wiele rzek. Przynajmniej jedną z nich popłynęło już trochę samochodów, a nie czuję się na to zbyt pewnie. Może kiedyś?

Opędzając się od owadów robię postój, żeby polatać trochę nad okolicą. Tu jest tak pięknie… Tak dziko, spokojnie. Robię kilka różnych nalotów, ujęć. Gdzieniegdzie widzę niewielkie bajorka, wszędzie dookoła – pomimo połowy lipca – leży trochę śniegu. Aż trudno uwierzyć w jego obecność przy takim upale. Ale szybko przypominam sobie, że w rzeczywistości na słupkach termometrów jest przecież maksymalnie kilkanaście stopni. A i to wyjątkowa sytuacja. Kusi mnie trochę, by wybrać się jeszcze na jakiś trekking, ale na wieczór planowałam dotrzeć do Reykjaviku, by z rana znów spróbować z wulkanem. Poza tym marzy mi się pomoczyć trochę w gorącym źródle znajdującym się tuż przy ścianie lawowego pola.

Gorące źródło

Trafiam idealnie na moment, gdy w gorącym źródle prawie nie ma nikogo. Zajmuję wygodnie miejsce tuż przy niewielkim, gorącym wodospadzie. Jest CU-DO-WNIE! Górą płynie gorąca, dołem natomiast zimna woda. Czasem trzeba je trochę zmieszać, bo bywa, że ta ciepła jest aż za gorąca. Ale ta cisza dookoła mącona jedynie chlupoczącą z wodospadu wodą jest tak kojąca, tak przyjemna… Długi czas nie mogę się ruszyć z tego miejsca. Jednak gdy końcówki palców mam już porządnie odmoczone, czas się zbierać. Niestety przez ten totalny relaks zaczynam w końcu odczuwać senność. Niedobrze. Nieprzespana noc da mi się wkrótce we znaki…

Kierunek: Reykjavik

Najgorzej jest w okolicach Hveragerdi, gdzie droga prowadzi coraz wyżej i wyżej aż nagle wjeżdża się często w chmury. Tak jest właśnie tym razem. Widoczność ograniczona jest do kilkunastu metrów przed samochodem. Ledwo widać skręty, nikt nie odważa się mnie wyprzedzić, mimo że względnie się wlekę. Żeby wszystkiego było mało, w pewnym momencie zaczyna padać deszcz… Czuję niestety, że mam bardzo ograniczoną zdolność szybkiego reagowania, więc skupiam się na drodze ile tylko mogę. Czasem tylko rzucę okiem na boki, gdzie ledwo widoczne są soczyście zielone lawowe pola. Latem to niezwykły widok, ponieważ mchy porastające skały przybierają z braku wystarczającej ilości wody szarawy, przysuszony wygląd. Tu jednak ze względu na te często nisko wiszące chmury, mchy mają się doskonale.

Tego jednak nie mogę powiedzieć o sobie. Resztką sił docieram do Reykjaviku. Jeszcze tylko małe zakupy na kolejne dni i obieram kierunek: mieszkanie znajomych. Wieczór zapowiada się ciekawie – w doborowym towarzystwie ludzi tak samo zafascynowanych Islandią, islandzkiej whisky i… wybornej sałaty z owocami morza (krewetki, przegrzebki i islandzkie homary <3) w pewnej restauracji w samym centrum Reykjaviku.

Po poprzedniej zupełnie nieprzespanej nocy i tylu wrażeniach, odpływam natychmiast gdy tylko moja głowa dotyka poduszki. Kolejny dzień zapowiada się nie mniej interesująco, bo… A co tam. Zdradzę to już teraz. Uda mi się spełnić jedno z największych marzeń z mojej podróżniczej listy – zobaczę erupcję wulkanu na żywo!


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Cztery kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód...
... zminimalizuj swoją odpowiedzialność w razie uszkodzenia auta i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Skomentuj