Sycylia: Selinunt, Cave di Cusa i… wieczór w gęsim towarzystwie

Kolejny dzień zakończyliśmy z kieliszkiem sycylijskiej marsali w towarzystwie… gęsi. Żywej. Gdy w trakcie oprowadzania nas po domku przez gospodarza usłyszałam kilkukrotne gęganie, nie spodziewałam się jeszcze, że nie jest to dzwonek telefonu. Zanim jednak dojdę do tej historii, zabieram Cię do kolejnych starożytnych pozostałości – greckiej kolonii Selinunt i starożytnego kamieniołomu Cave di Cusa. 

Dzień 3, 22.01.2018 część 3/3

Po tym, jak udaje się nam obejrzeć największy i najbogatszy w doskonale odrestaurowane pozostałości kompleks archeologiczny Sycylii – Dolinę Świątyń czyli Valle dei Templi w Agrigento – do kolejnego miejsca docieramy koło 15:30. Według przewodnika na zwiedzenie odkryć archeologicznych w Selinuncie (Selinunte) mamy tylko pół godziny! Na szczęście informacje nie są aktualne – miejsce czynne jest o tej porze roku do 17:00. Bilety do odkryć archeologicznych kosztują 6 EUR od osoby dorosłej. Teren wykopalisk jest ogromny – zajmują 270 ha – ale na szczęście pomiędzy głównymi punktami można poruszać się samochodem.

Świątynie E, F, G

Po krótkim spacerze ścieżką spod budynku z kasami widzimy pierwszą i najlepiej zachowaną świątynię oznaczoną literą E – budowlę poświęconą prawdopodobnie Herze, czyli opiekunce małżeństw, rodzin i kobiet w ciąży. Niektóre źródła wspominają, że świątynia ta mogła służyć także kultowi Dionizosa lub Ateny. Zapewne nigdy nie dowiemy się, która wersja jest prawdziwa. Świetnie odrestaurowane ruiny robią wrażenie. I można zajrzeć do środka! Tutaj od starych murów nie odgradzają nas żadne barierki.

Tuż za świątynią E znajdują się ruiny kolejnych dwóch świątyń F i G – niestety archeolodzy do tej pory nie wiedzą, komu mogły być poświęcone te miejsca. Wchodzimy pomiędzy zawalone kolumny uważając, żeby nie skręcić sobie nogi. Głazy leżą wciąż tak, jak je odnaleziono. Świątynia G to jedna z największych świątyń Grecji – 8 x 17 kolumn, ok. 50 m x 110 m długości, 30 m wysokości. Wyobraź sobie, że ta wysokość odpowiada mniej więcej 10 współczesnym piętrom! Świątynia była w użyciu od V w.p.n.e., ale wiele wskazuje na to, że niektóre jej elementy nie były dokończone. Podejrzewa się, że kolumny, które pozostawione zostały w pobliskim kamieniołomie Cave di Cusa miały zostać po dokończeniu przetransportowane właśnie tutaj. Nigdy jednak nie znalazły się na swoim miejscu w związku z burzliwą historią Selinuntu. Obok znajduje się świątynia F – najstarsza z tej grupy, pochodząca prawdopodobnie z lat 560-540 p.n.e.

Selinunt to grecka kolonia założona ok. 650 lat przed naszą erą. Przez ponad dwa wieki miejsce to przeżywało okres swej świetności, jednak kres złotym czasom nastąpił w 409 r.p.n.e. Sprzymierzona z Kartaginą Segesta zaatakowała miasto – w trwającej ponad tydzień bitwie śmierć poniosło 16 tysięcy osób, a 5 tysięcy wzięto do niewoli. Zabarykadowani w domach mieszkańcy byli paleni żywcem. Hannibal dowodzący stutysięczną kartagińską armią oszczędził jedynie kobiety i dzieci ukryte w świątyniach. Czemu ich także nie spalono? Chodziło o bogactwa ukryte w tych budowlach. Po tych wydarzeniach tereny te były zamieszkane jeszcze przez około 150 lat, ale Kartagińczycy zabronili ponoć mieszkańcom budować mury wyższe niż te sięgające po pachy. Selinunt nigdy nie powrócił już do swego stanu sprzed walk. Ponadto do jego upadku przyczyniły się trzęsienia ziemi nawiedzające okolicę. O Selinuncie znów zrobiło się głośno dopiero w XVI w., a prace archeologiczne rozpoczęły się tu w 1820 r. Odkryto tu pozostałości ośmiu świątyń i akropolu. Niestety jak już wspomniałam nie wiadomo, komu poświęcone były poszczególne budowle, dlatego też oznaczono je kolejnymi literami alfabetu.

O Selinuncie znów zrobiło się głośno właśnie w styczniu bieżącego roku kiedy to dzięki bardzo czułej kamerze termowizyjnej odkryto tu pozostałości greckiego miasta sprzed 2700 lat. Co widać na zdjęciach? Figury geometryczne sugerujące naukowcom plany budowli jeszcze starszych od tych, które możemy obecnie podziwiać. Odkryto także podziemne akwedukty dostarczające niegdyś wodę do mieszkań i obiektów kultu.

Akropol

Po obejrzeniu tej części wracamy do samochodu by podjechać na nieco oddalony akropol. Nikt już nie pilnuje wjazdu, a na parkingu pod akropolem natykamy się jedynie na jedno auto – właściciele campera zapewne postanowili tu przenocować. Akropol to znacznie większy teren – obejrzeć tu można pozostałości świątyń oznaczonych literami A, B, C, D ,O, R. Tej części poświęcić możemy niestety niewiele czasu. Samo obejście terenu zajmuje trochę, więc skupiamy się na największych ruinach, starej greckiej drodze i pozostałościach fortyfikacji. Z dala od akropolu zobaczyć można jeszcze to, co pozostało ze świątyni Malofory (bogini identyfikowanej często z Demeter), ale w to miejsce już nie zaglądamy. Robi się późno, przed nami długa droga, a najpóźniej na 20:00 powinniśmy zameldować się na kolejny nocleg.

Mimo że dzień chyli się już ku końcowi, decydujemy się zajrzeć jeszcze w jedno mniej znane miejsce – to położony około 10 km od Selinuntu wspomniany już wyżej kamieniołom Cave di Cusa.

Cave di Cusa

Zostawiamy auto na pustym parkingu – nikogo już tu nie ma. Wchodzimy na teren kamieniołomu, szukamy jakiejkolwiek informacji o godzinach otwarcia lub sprzedaży biletów – jedyna budka z kasą jest zamknięta na cztery spusty. Ale teren kamieniołomu nie jest w ogóle ogrodzony. Czy jeszcze tu kiedyś wrócimy? Trudno powiedzieć. Nie możemy w takim razie przegapić okazji. Kręcimy się pośród fragmentów niedokończonych kolumn, drzew oliwnych i opuncji. Trafiamy na fragment skały z częściowo wykutymi czterema kolumnami. Szkoda, że nie mamy możliwości zobaczyć tego z lotu ptaka.

Kamieniołom Cave di Cusa opuszczony został w 409 r. p.n.e. po tym, jak dotarły tu wieści o zbliżającej się do Selinuntu flocie kartagińskiej. Wojna wisiała w powietrzu, dlatego też pracownicy kamieniołomu rzucili narzędzia i uciekli nie wiedząc nawet, czy kiedykolwiek tu wrócą. Nie wrócili. Pozostawili po sobie na wpół wycięte kolumny rozrzucone po okolicy, czekające na transport.

A w jaki sposób w ogóle kolumny tu powstawały? Różne stadia ukończenia kolumn w Cave di Cusa pozwalają na wyobrażenie sobie pełnego procesu produkcji fragmentów. Najpierw wytyczano na szczycie wybranej skały koło o pożądanej średnicy, by następnie zacząć dłutami pogłębiać okrąg. Sekcje miały ok. 2,5 m wysokości (aczkolwiek różniły się między sobą) – ciekawe jak długo zajmowało wyżłobienie. Za pomocą metalowych narzędzi rozdrabniano podstawę cylindra do momentu, aż fragment kolumny można było podnieść. Lżejsze fragmenty dźwigane były za pomocą żurawi, ale były też takie ważące ok. 100 ton! Transportowano je za pomocą płóz lub drewnianych bali. Na miejscu budowy kolumny były wygładzane, ozdabiane i finalnie umieszczane w fundamentach.

Spacer pomiędzy niedokończonymi dziełami budowniczych przerywają nam nagle… strzały. Jeden, drugi, za chwilę trzeci. W pewnym momencie na ścieżce widzimy łuski nabojów. Niedobrze. Na terenie otaczającym Cave di Cusa odbywa się polowanie. Jesteśmy tu sami, jakby się nam coś przypadkiem stało, do rana nikt nas nie znajdzie. Decydujemy się nie wchodzić w paradę mężczyznom z bronią i powoli wycofujemy się. Zresztą czas najwyższy zbierać się. Ledwo ruszamy z parkingu, drogę blokuje nam wielkie stado owiec.

Robimy jeszcze szybkie zakupy w sklepie po drodze i kierujemy się do Balestrade – to właśnie tam mamy kolejny nocleg. Autostrada w wielu miejscach nie ma namalowanych pasów, do tego standardem już jest brak umiejętności kierowców przy wyprzedzaniu czy znoszenie wszystkich zakazów by za 50 m ograniczyć prędkość. Bajzel na kółkach, szczególnie że nie zawsze ograniczenia prędkości są potrzebne. Wygląda na to, że ekipa remontująca drogę zapomniała zabrać kilka znaków po zakończonej pracy. W końcu docieramy na miejsce. Georgio – nasz gospodarz – już czeka. Okazuje się, ze za 15 EUR wynajęliśmy uroczy domek w oliwnym ogrodzie! Gdy Georgio wszystko nam pokazuje, coś gęga za drzwiami. Giorgio początkowo ignoruje mój pytający wzrok, ale szybko okazuje się, że mamy na miejscu swoją własną, prywatną gęś. Żywą gęś.

Niespodziewany strażnik

Zanim zaczniesz się zastanawiać, czy wszystko u mnie z głową w porządku, już wyjaśniam. Przyjechaliśmy sobie na nocleg, okolica mało interesująca turystycznie, ale mamy auto, niedaleko do interesujących nas miejsc, a cena bardzo kusząca. Nasz gospodarz oprowadza nas po małym domku, który mamy na wyłączność, aż tu nagle słyszymy… gęgnięcie. Dwukrotne. Giorgio komentuje to w końcu uśmiechem i wyjaśnia, że to strażnik. Nie dopytujemy, bo jak to we Włoszech bywa, Giorgio zna tylko podstawy angielskiego. Giorgio pojechał, my zaś zostaliśmy sami w domu z kominkiem, uroczym wystrojem i … brakiem ogrzewania. Na szczęście kominek możemy rozpalić, do tego dostaliśmy maleńki grzejniczek do łazienki. Wychodzimy po rzeczy z auta. Na schodach widzimy… hmmm… dziwne “ślady” czyjejś obecności. Kura? Nie, za duże. Wychodzimy za róg, a tam centralnie stoi przed nami… nastroszona i dość duża biała gęś! Potrząsa głową i trzepie co chwila skrzydła.

To chyba pokaz siły – jesteśmy intruzami na jej terenie. Ostatecznie jednak przepuszcza nas bacznie obserwując każdy ruch. Gęś jest pod naszą “opieką” do rana. Ciekawe, czy nie zgotuje nam jakiejś niespodzianki… Po ptasim pokazie kto tu rządzi zawiązujemy z gęsią sojusz. Nie wchodząc sobie w drogę relaksujemy się na tarasie z kieliszkiem marsali i widokiem na niewielki oliwny ogród… Bajka. Ciszę mącą jedynie powtarzające się od czasu do czasu gęgnięcia. Gdy na zewnątrz robi się nam zbyt zimno, chowamy się w domku. A może by tak rzeczywiście rozpalić kominek? Po kilku minutach grzejemy się w cieple radośnie strzelającego ognia.

Wieczór jest tak przyjemny, że aż nie chce się nam kłaść. W końcu jednak ogień przygasa – trzeba chociaż trochę odpocząć przed kolejnym dniem.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych części relacji!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

  1. Byłam dwa razy na zachodzie Sycylii z bazą w Trapani i dwa razy nie udało mi się dotrzeć do Selinuntu. Transport z Trapani jest dość karkołomny i przypuszczam, że chcąc ogarnąć choć część wykopalisk bez samochodu doba musiałby mieć więcej niż 24 godziny. Trzeba stacjonować gdzieś bliżej Castelvetrano lub Mazara czy Marsala. Jest podobnież ładnie położony, na wzgórzu, z którego widać morze. Może 3 razem się uda :)
    Zapraszam na mojego skromnego bloga o Sycylii.
    Pozdrawiam

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Odwiedzę!
      A co do transportu – jako że mieliśmy bardzo mało czasu, a plan napięty, właśnie dlatego wynajęliśmy auto ;) Ale mimo tego i tak ledwo zdążyliśmy… ale Selinunt warto odwiedzić. W moim prywatnym rankingu największych wykopalisk archeologicznych Sycylii miejsce to plasuje się na drugim miejscu na podium – po Dolinie Świątyń w Agrigento, a przed Segestą. Równieżpozdrawiam!

      1. Segesta jest kameralna i mikroskopijnej wielkości, choć ani w Agrygencie ani Selinuncie nie byłam. Trochę zniechęcają mnie tłumy, ale zakładam, że na dużych przestrzeniach rzeczone tłumy się “rozkładają równomiernie” i nie jest to uciążliwe.

  2. Super opis. Przygoda ze strzelającymi myśliwymi no wow dreszczyk emocji mieliście niebagatelny.

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Dziękuję! Przestraszyłam się trochę po pierwszym wystrzale, szczególnie że był blisko… A wiadomo – w trakcie polowania lepiej się nie kręcić. Także Cave di Cusa może po zamknięciu kas dostarczyć sporych emocji.

  3. super fotki a foto z gęsią mnie rozbawiło

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      My też z tej gęsi mamy ubaw :)

  4. czy po Sycylii da się sprawnie przemieszczać transportem zbiorowym?
    Ciekawy tekst :)

    1. Zależy co chcesz zobaczyć. Z miastami nie ma większego problemu. Z rezerwatami owszem, ale nie jest to zawsze niemożliwe. O takiej mission impossible możesz przeczytać u mnie w poście Rezerwat Monte Cofano na szlaku.

    2. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Magda, dzięki! My po Sycylii ze względu na ograniczony czas poruszaliśmy się autem – z tego co wiem, transport między miastami funkcjonuje w porządku, ale jak wygląda dojazd do takich miejsc jak Selinunt czy Cave di Cusa, to niestety nie znam szczegółów. Na pewno Gosia będzie mogła powiedzieć o publicznych środkach transportu więcej :)

  5. BYłam, zwiedzałam i też o tym pisałam u siebie. Potwierdzam, że Ateny są niesamowite i zdecydowanie warte odwiedzenia, mimo, że większość ludzi omija je lecąc na wyspy.

Skomentuj