Jordania: Chwile grozy w Pelli

Dzień 3, 21.04.2017, część 4/5

„On ma w ręku kamień!” – tylko tyle zdołałam z przerażeniem wykrztusić, gdy w lusterku bocznym zauważyłam mężczyznę, który chwilę wcześniej zagrodził nam drogę i zażądał pieniędzy za przejazd po wyboistej drodze na terenie stanowiska archeologicznego w Pelli. Niby udało się nam w końcu przejechać, ale podążał za nami uprzednio schyliwszy się po coś, co leżało na ziemi. Nie mieliśmy gdzie uciec, wokół nie widzieliśmy też nikogo, kto mógłby pomóc. A może nie był sam? Serce podeszło mi do gardła, a wyobraźnia podsuwała najgorsze obrazy, ale w związku z ograniczonymi możliwościami pozostawało tylko czekać na to, jak dalej rozwinie się sytuacja. 

Zbliżała się godz. 16:30 jak dojechaliśmy do Pelli – według przewodnika, ruiny w tym mieście zwiedzać można tylko do 17:00. Pół godziny to trochę mało, ale mimo to postanowiliśmy spróbować wejść na teren wykopalisk. Pella jest obecnie jednym z najciekawszych miejsc dla archeologów. Nieprzerwanie zamieszkana była już od czasów neolitu, więc pozostałości z różnych epok są doskonałym źródłem informacji o dawnych czasach dla naukowców.

Zaparkowaliśmy przed wejściem i udaliśmy się do jedynego w tym miejscu budynku – niewielkiej budki biletowej. W środku za ustawionym tuż obok łóżka biurkiem siedział mężczyzna, który podstemplował nasze Jordan Pass (bilet bez Jordan Pass kosztuje 2 JOD, czyli ok. 12 zł). Zapytał skąd jesteśmy i czy przyjechaliśmy autem. Gdy powiedzieliśmy, że zaparkowaliśmy po drugiej stronie ulicy od wejścia, otworzył bramę i kazał nam wjechać. Aż pod same ruiny na górze. Stwierdził, że słońce zbyt mocno przygrzewa żebyśmy wchodzili ten kawał drogi na własnych nogach. Droga była wyboista i kamienista, ale nasz Hyunday Accent jakoś dał radę. W rzeczywistości do ruin wcale nie było tak daleko, ale doceniam bardzo miły gest. Mężczyzna ani słowem nie wspomniał o godzinie zamknięcia, po prostu pozwolił nam spędzić tam tyle czasu, ile będziemy potrzebować. Wydawało się nam, że nikogo więcej tam nie ma. No może z wyjątkiem sowy, która wbiła w nas swój wzrok siedząc na pobliskiej gałęzi.

Ja zauważyłam sowę, a nas z kolei zauważył pasterz owiec i kóz, który pojawił się nie wiadomo skąd. Ledwie zdążyłam się odwrócić, już był przy nas mówiąc, że znalazł starożytną monetę. Fajnie. Chciał nam ją opchnąć. Spodziewając się tego, nawet za bardzo nie chcieliśmy przyglądać się znalezisku i szybko podziękowaliśmy za ofertę – po pierwsze, wiekowość tej monety była zapewne wątpliwa. Po drugie – nawet jeśli był to oryginał, wywożenie takich artefaktów bez odpowiednich papierów poświadczających legalność wywozu jest złamaniem prawa, a my woleliśmy nie igrać z uczynnością i serdecznością przedstawicieli jordańskiego systemu sprawiedliwości. Widząc, że nic nie wskóra, mężczyzna odszedł do swojego stadka.

Mieliśmy wreszcie możliwość przyjrzenia się ruinom. W miejscu, w którym zaparkowaliśmy, obejrzeć można pozostałości osiedla arabskiej dynastii Umajjadów powstałego około 660 roku. Naukowcy uważają, że znajdowały się tam rezydencje, sklepy oraz magazyny. Nie ma tam żadnych barierek ani innych ograniczeń – pośród starych murów można przemieszczać się dowolnie. Tuż obok znajdują się pozostałości kwadratowego meczetu wybudowanego w XIV w. Po prawej stronie zauważyliśmy też ruiny poświęconej bogu Baalowi świątyni Migdol. Pierwotna konstrukcja powstała tam około 1650 r. p.n.e. – w epoce brązu! Następnie przebudowana została ok. 1350 r. p.n.e. i 900 p.n.e. To ponoć największa i najstarsza świątynia tego typu odkryta na terenach krajów Lewantu.

Po drugiej stronie, na zboczu wzgórza zauważyliśmy kilka kolumn – to wybudowany pod koniec V w. n.e. kościół wschodni. Zbyt wiele się z niego nie zachowało, ale ustalono, że miał formę bazyliki z dwoma rzędami kolumn i trzema nawami. W Pelli odkryto też kościół zachodni oraz pozostałości domów z czasów dynastii Abbasydów.

Najciekawsze miejsce zauważyliśmy jednak dopiero gdy stanęliśmy na krawędzi pagórka. W dole znajdowała się kolejna bizantyjska świątynia, ale ta w przeciwieństwie do pozostałych imponowała rozmiarem. Pozostało tylko jedno pytanie – jak się tam dostać?

Gdy szukaliśmy drogi na dół, podszedł do nas na oko dziesięcioletni chłopaczek z naszyjnikiem zrobionym z żółtych kwiatów. Wcześniej już w kilku miejscach – głównie przy drogach – widzieliśmy sprzedawców takich „naszyjników”. Pomimo ciągłego odmawiania i w końcu ignorowania, młody nie dawał za wygraną. Gdy wsiedliśmy do auta zawiesił kwiaty na lusterku i stanął przy samochodzie w ten sposób, że nie mogliśmy ruszyć bez ryzyka, że coś mu się nie stanie. W końcu się poddaliśmy. Kwiatki – i święty spokój – kosztowały nas dinara. W jednym z tekstów o Kambodży wspominałam, że pomimo najróżniejszych dylematów moralnych, potępiamy wykorzystywanie dzieci do żebrania o pieniądze. Potępiamy i nie wspieramy tego (jeśli jesteś zainteresowany/a dokładniejszym wyjaśnieniem tego zagadnienia, zapraszam tutaj). Tym razem jednak nie mieliśmy wyjścia. Chłopcu widać było, że nigdzie się nie spieszy, mógłby stać tak zapewne długo. Nam z kolei bardzo zależało na czasie. Jego pewne siebie spojrzenie oznaczało tylko jedno – albo kupicie te kwiatki, albo sobie postoimy. No to kupiliśmy…

Wróciliśmy do budki biletowej dopytując, gdzie zjechać, żeby zobaczyć ruiny na dole. Mężczyzna pokierował nas niezbyt widoczną z tego miejsca drogą biegnącą wzdłuż ogrodzenia, Trasa była ciut lepsza od poprzedniej, ale musieliśmy walczyć o nią ze stadem kóz. Za nic miały sobie nasze auto, to one tam panowały.

Zjeżdżamy tak sobie tą gruntową drogą za przyzwoleniem pana biletera w dół, gdy nagle przed maskę wyskakuje nam jakiś mężczyzna. Stoi i blokuje drogę. Nie chce nas puścić, żąda zapłaty. Nie wiemy o co chodzi, ale udaje się nam go ominąć. Gdy dojeżdżamy do stanowiska archeologicznego widzimy w lusterku, że mężczyzna ten biegnie w naszą stronę sięgając w międzyczasie po coś, co leży na ziemi. Zaraz orientujemy się, że podniósł dość spory kamień… Serce w tym momencie stanęło mi i powędrowało do gardła, a wyobraźnia podsunęła kilka nieciekawych obrazów. Chce nam coś zrobić? Czy może „tylko” uszkodzić samochód? Może to żądanie opłaty miało być pewną formą opłaty za „bezpieczeństwo”? Jordańczyk dalej biegnie w naszą stronę, ale nie mamy gdzie odjechać. Na tym wyboistym terenie i tak będzie szybszy. Gdy jest już po mojej stronie samochodu, nagle schyla się przy przednim kole. Z zablokowanymi drzwiami obserwujemy dalszy rozwój sytuacji. A co robi Jordańczyk? Podsuwa kamień pod koło, żeby auta nie cofnęło, gdy je zostawimy! Wciąż lekko wystraszona wysiadam. Łapie mnie momentalnie za rękę i „soczyście” całuje w dłoń. Domaga się jeszcze chwilę pieniędzy, później próbuje nas zmusić do przekazania sobie aparatu, bo chce nam zrobić zdjęcie. Przepędzają go jednak siedzący nieopodal mężczyźni – siedzieli w cieniu i obserwowali od początku całą sytuację. Wcześniej ich nie zauważyliśmy. Dopiero wtedy orientujemy się, że nasz niespodziewany towarzysz jest najprawdopodobniej umysłowo chory, ale obcych sobie ludzi traktuje z największym szacunkiem, na jaki tylko go stać. Coś niewyobrażalnego!

W lekkim szoku poszliśmy zwiedzać ruiny, jednak niezbyt koncentrowałam się na tym, co oglądamy. Przed oczami wciąż miałam tego mężczyznę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zamierza nas skrzywdzić, ale jednak pozory potrafią mylić. Co do świątyni – ta bizantyjska budowla powstała w V w. również miała dwa rzędy kolumn i trzy nawy. Prowadzące do niej z jednej strony schody zrobiono z położonego tuż obok odeonu, którego fragmenty wciąż bez problemu dają się wyróżnić. Odeon ten w czasach świetności mieścił około 400 widzów. Ciekawe, jakie przedstawienia muzyczne w nim oglądali?

Gdy już odjeżdżaliśmy, ten sam mężczyzna zatrzymał znów nasze auto i kazał otworzyć drzwi. Uchyliłam lekko okno, na co on chwycił moją dłoń, znów ją pocałował i już bez dodatkowych niespodzianek puścił nas wolno. Przy okazji podarował nam jeszcze jakieś zerwane obok kwiaty. Wiedzieliśmy już, skąd na mijanym wcześniej samochodzie było tak dużo kwiatów oleandra. Bileter ponownie otworzył nam bramę i po tym jak mu podziękowaliśmy, pożegnał się z nami i wrócił do swojej budki.

Było już późno i tak naprawdę należało już wracać do Ammanu, ale postanowiliśmy zboczyć jeszcze odrobinę z trasy i rzucić okiem na zamek Ajloun (Adżlun).

Jak tylko wróciliśmy do główniejszej drogi, przydarzyła się nam jeszcze jedna sytuacja. Jechaliśmy sobie pokonując różne zakręty, gdy nagle trafiliśmy… na muszkę wiatrówki wystawionej z okna zaparkowanego na łuku samochodu! Okazało się, że jego właściciel urządzał sobie właśnie polowanie na jakieś biegające w krzakach zwierzaki. Kierowca ten jechał przed nami, po czym gdy zauważył coś interesującego, po prostu stanął gdzie akurat był i postanowił trochę postrzelać nie ruszając się z auta! Zastanawiałam się, czym jeszcze zaskoczy nas ten kraj? Z porządnie podniesionym ciśnieniem kontynuowaliśmy podróż w kierunku zamku. Obawiałam się, że będzie już zamknięty – było już dobrze po 17:00. Postanowiliśmy to jednak sprawdzić.

(Visited 212 times, 1 visits today)
Jordania: Gdy z "gwiazdy" stajesz się nagle intruzem...
Jordania: "Gwiazdy" Gadary

Powiązane wpisy

10 Comments

  1. TATASAM.PL

    Piękne zdjęcia!

    Odpowiedz
  2. Antonina | antonita.pl

    Jakie przygody! Całe szczęście, że ta z kamieniem skończyła się dobrze… Ja też bym w takiej sytuacji miała w głowie same straszne scenariusze. Ruiny w Pelli wyglądają imponująco, sama bardzo chętnie bym je odwiedziła :)

    Odpowiedz
  3. Kasia

    Dobrze,że nic się nie stało. Fajnie, że pokazujesz inne miejsce niż tylko słynną, choć niewątpliwie ciekawą Petrę. To miejsce również chętnie bym zobaczyła.

    Odpowiedz
  4. Danuta

    Wspaniała wyprawa, piękne zdjęcia i mnóstwo przydatnych informacji.

    Odpowiedz
  5. Anita

    Marzy mi sie Jordania, swietnie mi sie czytalo ten artykul

    Odpowiedz
  6. Olka

    No cóż, ważne, że ta cała „przygoda” z kamieniem, okazała się być czymś innym, niż na pierwszy rzut oka wyglądała. Generalnie ja ostatnio na cmentarzu w Zagrzebiu spotkałam zboczeńca, na szczęście szybko się od niego oddaliłam, ale ogólnie świat jest pełen dziwnych i bardziej dziwnych ludzi.

    Odpowiedz
  7. Bogusława Pawłowska

    W przerażające. Niestety podczas wypraw w niecodzienne zakątki należy liczyć się z różnymi niebezpieczeństwami :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło! ;) Ale nie spodziewałam się takiego rozwoju wypadków…

      Odpowiedz
  8. Agar i Piżmo

    Świrów nie brakuje, ale i tak chętnie pojechałbym do Jordanii. Chociaż wyżej na liście jest Liban

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Liban póki co kojarzy mi się jedynie ze stanowiskiem archeologicznym w Baalbek – bardzo chciałabym zobaczyć to miejsce.

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close