Jordania: Geraza – jordańska Palmyra (część I)

Dzień 3, 21.04.2017, część 1/5

Palmyra to pod względem archeologicznym jedno z najbardziej niesamowitych miejsc na świecie. Jeden z największych kompleksów wykopalisk – mnóstwo udostępnionych zwiedzającym rzymskich pozostałości na terenie wielkości 50 ha. Pozostałości, w odkryciu których uczestniczyli między innymi polscy archeolodzy. To już przeszłość. W 2015 roku niszczenie tego niezwykłego miejsca rozpoczęli terroryści z tak zwanego Państwa Islamskiego. Syryjskiej Palmyry już nie zobaczymy, ale w sąsiedniej Jordanii ostało się coś, co można traktować jako jej odpowiednik. Całkiem interesujący i wart poświęcenia kilku godzin na zwiedzanie. To Geraza zwana też Dżarasz oraz Pompejami Bliskiego Wschodu (?). 

Tym razem śniadanie mieliśmy punktualnie i to z dostawą do pokoju! Nieco różniło się od tego z dnia poprzedniego – chociażby ze względu na te pyszne śniadania mogę polecić Nobel Hotel dla tych, dla których liczy się odrobina „luksusu” taka jak śniadanie i Internet w cenie i prywatna łazienka. I brak robali. A to wszystko za naprawdę przyzwoite pieniądze. Co najdziwniejsze – właśnie ten obiekt oferował w kwietniu najtańsze noclegi w całym Ammanie. Z zewnątrz wygląda obskurnie, ale w środku jest naprawdę nieźle.

Dzień święty święcić – piątek dzień luzu

Udało się nam wyjechać ponad godzinę wcześniej niż poprzedniego dnia, ale ponownie nawigacja nie poradziła sobie ze sprawnym wyprowadzeniem nas z miasta. Jednak ulice były tak zadziwiająco puste, że jazda przez stolicę była w porównaniu do drugiego dnia podróży wręcz relaksująca! No tak. Piątek jest dla muzułmanów jak dla nas niedziela. No i było dość wcześnie – 9:00 to dla nich chyba istny poranek. Niektórzy dopiero zaczynali rozstawiać swoje kramy, otwierali sklepy itd. Wreszcie mogliśmy porozglądać się trochę po okolicy w czasie jazdy. Gdy ulice są zatłoczone, jest to prawie niemożliwe – trzeba mieć oczy dookoła głowy i pilnować, czy za chwilę ktoś w nas nie wjedzie.

Po kilku złych skrętach i kręceniu po kolejnych dzielnicach stolicy wyjechaliśmy wreszcie z miasta. Naszym oczom ukazał się zupełnie odmienny do wczorajszego krajobraz. Pustynne połacie zastąpione zostały przez różne pagórki, na których rozsiane były pola uprawne, pastwiska i szklarnie. Później, w drodze powrotnej z północy kraju, zauważyliśmy również bananowce i papaje uprawianie niedaleko Wzgórz Golan. Gdzieniegdzie przewijały się owce i kozy, a przy drogach mężczyźni sprzedawali to, co udało się im zebrać we własnym gospodarstwie. Krajobraz typowo rolniczy. Niestety ruch też był inny – na drodze było dużo więcej samochodów i szalonych kierowców.

Hierarchia

W pewnym momencie gdy jechaliśmy w znacznym oddaleniu od innych aut zauważyliśmy, że z boku na drogę wjeżdża na pełnym gazie ciężarówka. Kierowca ani myślał zwolnić! Zmieniliśmy więc pas na lewy zostawiając mu miejsce. Wiecie co zrobił? Z pełnym impetem wjechał właśnie na ten zajmowany przez nas pas! Ledwo wyrobił się przed barierkami. Musieliśmy hamować z piskiem opon, inaczej wjechałby w nas zupełnie się tym nie przejmując. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nasze auto nie ma ABS… Dobrze, że nikt zaraz za nami nie jechał – cała sytuacja miała miejsce na łuku drogi, więc niełatwo było zapanować nad samochodem. Chyba nigdy w życiu nikogo tak nie otrąbiliśmy, ale kierowca ciężarówki i tak miał to w głębokim poważaniu. Zastanawiam się czy on w ogóle obejrzał się i sprawdził, czy ktoś nie nadjeżdża zanim włączy się do ruchu. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że drogowa hierarchia w takich miejscach jest jak najbardziej praktykowana. Nieważne, że zgodne z przepisami ruchu masz pierwszeństwo. Faktycznie pierwszeństwo ma ten, kto jest większy i nie ma dyskusji.

Geraza – jordańska Palmyra

Dalszą podróż kontynuowaliśmy już bez takich przygód, ale co strachu się najedliśmy, to nasze. Dotarliśmy w końcu do Gerazy (Jerasch, Dżarasz) – miasta, w którym w świetnym stanie zachowały się pozostałości z czasów rzymskich. Geraza zwana jest też Pompejami Bliskiego Wschodu, ale akurat ta nazwa nie jest zbyt adekwatna – w końcu miasto to nie zostało zniszczone na skutek wybuchu wulkanu. Kres jego dziejom położyło trzęsienie ziemi.

Zaparkowaliśmy na już o tak dość wczesnej porze zatłoczonym parkingu, na którym oskubano nas z 2 dinarów (12 zł). Jordania wcale nie jest taka tania, jakby mogło się wydawać – ten wątek na pewno jeszcze wiele razy rozwinę. Załadowany parking oznaczał, że skończył się nasz dotychczasowy komfort zwiedzania różnych miejsc bez towarzystwa, ale postanowiliśmy nie nastawiać się już z góry negatywnie. Czekało nas w końcu starożytne miasto rozsiane na całkiem sporym terenie!

Jedyne czego wciąż się obawialiśmy, to to, że będziemy mieli problem z wyjazdem – młodzi Jordańczycy pilnujący porządku wpakowywali samochody ustawiając je jeden za drugim. Ten, kto był z przodu, nie miał szansy wyjechać, dopóki nie pojawi się z powrotem kierowca auta zaparkowanego za nim, a to mogło potrwać kilka godzin. No ale wiadomo – więcej aut, to więcej kasy.

Żeby dostać się do wejścia na teren ruin najpierw trzeba przejść przez mini suk (arabski targ) rozstawiony pod dachem tuż przed kasą biletową składającą się z jednego okienka. W cieniu przynajmniej nie doskwiera nam upał, ale na miejscu są już tłumy zwiedzających oraz sprzedawców gorliwie zachwalających swój towar i próbujących nas zaciągnąć do swojego kramu… Mam cichą nadzieję, że pośród ruin będzie spokojniej. Mijamy kasę, do której ustawiła się już mała kolejka. Bilety kosztują 10 JOD od osoby dorosłej (ok. 60 zł), ale jako że będąc jeszcze w Polsce kupiliśmy przez Internet Jordan Pass, do ruin Gerazy wchodzimy bez konieczności stania w ogonku po wejściówki. Powtórzę się po raz kolejny – jeżeli planuje się pobyt w Jordanii (nawet jeśli jest to tylko wizyta w Petrze) – zakup Jordan Pass naprawdę opłaca się. Bez tego już na samych biletach do Petry i na wizie przepłaci się.

Już prawie wchodzimy po kilku stopniach, już prawie opuszczamy ten zgrzany tłum, gdy zaczepia nas jakiś chłopak mówiąc, że musimy tu kupić bilety. Sorry, nie musimy. „Aaa, ok. Skoro macie Jordan Pass, to idziecie. Na wejściu to sprawdzą.” No to idziemy. Ledwo robimy krok naprzód, ktoś rzuca komplement: nice hat. Nawet nie wiem kto. Ale zawsze można liczyć na dobre słowo: a to że ładne oczy, a to że ładny kapelusz. Nawet pośród innych Europejczyków nie pozostanie się niezauważonym. Co jednak ciekawe – ruiny zwiedza głównie mnóstwo Jordańczyków.

Zwiedzamy!

Od razu zachwycamy się pierwszą budowlą – to Łuk Hadriana. Monumentalna budowla stoi w prawie nienaruszonym stanie pośrodku niczego. Pierwotnie miała to być kolejna miejska brama, ale w końcu miasto nie rozbudowało się w tę stronę. Przy łuku kilka wycieczek, zapowiada się, że będzie tłoczno. Nic to. Łuk zbudowany został specjalnie na wizytę cesarza Hadriana, która miała miejsce w Gerazie zimą na przełomie 129 i 130 roku n.e.

Idziemy przed siebie mijając pozostałości zbudowanego w III w. hipodromu (to najmniejszy ale i najlepiej zachowany hipodrom z czasów Cesarstwa Rzymskiego!) oraz zbudowanego w 540 roku kościoła biskupa Marianosa i żałując, że zapomnieliśmy zabrać z samochodu jakiegokolwiek napoju. Żar leje się z nieba, nie ma ani jednej chmurki. Jak nic wyschniemy na wiórki. Sytuację ratuje jednak starszy mężczyzna sprzedający po drodze wodę. Za dwie półlitrowe butelki życzy sobie 2 dinary. Patrzymy po sobie z niedowierzaniem. Grubo ponad 12 zł za 1l niegazowanej wody? To chyba jakiś żart. Bierzemy jednak jedną, żeby nie dostać udaru. Jordańczyk lituje się nad nami i w końcu za 1 dinara sprzedaje nam dwie i tak przedrożone butelki.

Wracając do hipodromu – historia tego miejsca jest dość ciekawa. Mimo tego, że jest to najmniejszy na świecie odkryty do tej pory hipodrom, mógł pomieścić imponującą liczbę widzów – aż 17 000 osób! Budowę zakończono w III w., ale już w IV został on przebudowany. Północna część służyła jako amfiteatr do walk gladiatorów, natomiast południowa została porzucona. Z biegiem czasu zaczęła popadać w ruinę rozgrabiana przez garncarzy. Między VI i VIII w. materiał z hipodromu posłużył jako budulec do naprawy murów miejskich. W tym samym czasie farbiarze rzemieślniczy część budowli zaadaptowali na swoje warsztaty. Ostatecznie w VIII w. hipodrom posłużył jako miejsce pospiesznego pochówku setek ofiar plagi, która nawiedziła w tym czasie Gerazę. Kres – podobnie jak i całemu miasto – położyło trzęsienie ziemi. Obecnie w cieniu zniszczonych murów hipodromu Jordańczycy oferują przejażdżki na koniach.

Docieramy do głównego, właściwego wejścia – Bramy Południowej wybudowanej około 129-130 roku n.e. W IV w. zostaje ona włączona do murów miejskich długich na 3,4 kilometra. Mury powstają w związku z napaścią szabrowników, którzy zniszczyli miasto paląc jego dużą część. Nie odkryto żadnych wcześniejszych obwarowań, więc prawdopodobnie Geraza do czasów wczesnobizantyjskich była otwartym miastem. Już mamy przechodzić, gdy ktoś nas woła. Zauroczeni widokiem nie zauważyliśmy pana w kantorku stojącym za naszymi plecami. Podchodzimy, mężczyzna skanuje nasze Jordan Pass i pozwala odejść – to jedno z niewielu miejsc, gdzie karty sprawdzane są elektronicznie. Najczęściej sprawdzenie Jordan Pass polega na wpisaniu daty odwiedzin danego miejsca i ewentualnej pieczątce przybitej na wydrukowanej przez nas w domu kartce.

Wreszcie jesteśmy na miejscu. Już po przekroczeniu wejścia nie wierzę własnym oczom. Spodziewałam się kupy kamieni, a widzę doskonale zachowane ogromne fragmenty budowli. Później jest tylko lepiej i lepiej.

Idziemy obok pozostałości wschodniego suku, który w II w. (około 105 r.n.e.) obejmował 15 warsztatów rzemieślników, stolarzy, twórców ceramiki. Najprawdopodobniej suk mieścił się tam jeszcze przed powstaniem Południowej Bramy – pod nią odkryto fundamenty jednego z warsztatów. Warsztaty obsługiwały ludzi wchodzących lub wychodzących z miasta do III w., gdy w wyniku najazdu szabrowników zostały spalone. Suk szybko odbudowano, ale na przełomie III i IV w. został zrównany z ziemią – konieczne było poszerzenie ulicy prowadzącej do owalnego forum. Ruiny suku przykryła droga południowa, ale sklepy przeniosły się na poprzednią lokalizację traktu, gdzie funkcjonowały aż do 749 roku, gdy miasto zniszczone zostało przez trzęsienie ziemi.

Idąc dalej trafiamy na okrągły plac otoczony kolumnami w porządku jońskim – to Forum Cardo. W cieniu kolumn arabskie kobiety szukają chwili wytchnienia. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie jest im gorąco w tych wszystkich okryciach – niektóre mają na sobie nawet płaszcze… Szybko jednak odwracam wzrok, bo głupio mi tak się przyglądać. Jordanki jednak nie czują tego skrępowania obserwując nasz każdy ruch. Miejsce bardzo turystyczne, ale mimo wszystko każdy Europejczyk budzi zainteresowanie.

Turyści poubierani są różnorodnie. Jedni mają długie spodnie i długie rękawy, drudzy – długie spodnie, spódnice oraz topy na grubszych ramiączkach (w to towarzystwo i ja się wpisywałam), inni – szorty i cienkie ramiączka bluzek. Gdzieniegdzie widać jakiś niezasłonięty brzuch. Na nikogo nikt nie patrzy z oburzeniem czy zniesmaczeniem, jednak im bardziej „rozebrany” człowiek, tym więcej uwagi na siebie ściąga.

Idziemy dawną drogą – kamienną Cardo Maximus – zbudowaną na początku II w. Oflakowana pierwotnie 500 kolumnami, brukowana ulica długości 800 m była głównym traktem starożytnej Gerazy i w linii prostej łączyła owalne forum z północną bramą. Wzdłuż drogi po obu stronach ciągną się rzędy kolumn, jednak nie wszystkie pochodzą z czasów rzymskich. Część została dostawiona w czasie epoki Bizancjum. Pod kamieniami, po których stąpamy, wieki temu zbudowano zaawansowany system odprowadzający ścieki. System ten datowany jest na pierwszą połowę III w.

Nagle widzę, że coś wystaje z góry muru obok. To wielka jaszczurka! Urządzam sobie „polowanie”. Staram się uchwycić zwinne zwierzę na zdjęciach, jednak najczęściej jest szybsze. Poza nami nikt nie zwraca uwagi na te stwory. A szkoda, bo nie tylko same ruiny są warte uwagi. Roślinność oraz fauna także jest ciekawa. W końcu udaje mi się uchwycić gada. Zaraz trafiam na następnego i następnego. Jaszczurek jest tam chyba więcej niż turystów! Wygrzewają swoje ciała w palącym słońcu uciekając na każdą próbę zbytniego zbliżenia się do nich.

Gdy tak szaleję z aparatem, zostajemy zaczepieni przez mężczyznę siedzącego przy jednej z budowli – macellum zwanym również agorą. Na tym ośmiokątnym placu odbywały się wokół centralnej fontanny targi żywności oraz zapewne inne zgromadzenia publiczne. Powstało ono w pierwszej połowie drugiego stulecia i przez kolejne kilka wieków – aż do czasów wczesnoislamskich – zmieniało nieco swoje funkcje.

Jordańczyk zaczyna nam opowiadać o miejscu, prezentuje, że gigantyczne kolumny przy poruszeniu ludzką dłonią poruszają się. Każe mi podsunąć dłoń – nie jestem pewna czy to dobry pomysł, ale wykonuję polecenie i podkładam wskazujący palec w dziurę pod wielką i na pewno ciężką kolumną. Mężczyzna porusza obłymi kamieniami, a ja faktycznie czuję, jak te wielkie głazy tańczą. To nie błąd ani skutek minionych lat i zniszczeń – starożytni budowali w ten sposób, żeby zabezpieczyć swe dzieła przed trzęsieniami ziemi. Chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej, ale czujemy jednak, że mężczyzna jest przewodnikiem, zaraz pewnie zażyczy sobie zapłaty. A zapłata raczej będzie słona. Dziękujemy mu za informacje i pod pretekstem dalszego polowania na jaszczurki, odchodzimy dalej. Macellum obejrzymy sobie później z innego miejsca mając na nie świetny widok od góry.

Dochodzimy do pozostałości południowego tetrapylonu. Niestety nie jest tak imponujący jak był ten, który islamiści wysadzili w powietrze w Palmyrze, Palmyry jednak nigdy nie zobaczymy, więc musimy zadowolić się ruinami w Jordanii. To pomnik zbudowany około 200 r.n.e., ustawiony na okrągłym placu znajdującym się na przecięciu Cardo Maximus i Decumanus. Oryginalnie każdy z ostałych postumentów podtrzymywał początkowo cztery kolumny wykonane z różowego granitu i przykryte daszkiem. Na koniec IV w. stały tam posągi czterech władców – Dioklecjana, Maksymiana, Konstancjusza I Chlorusa oraz Galeriusza – zwanych tetrarchami, jako że panowali w tym samym czasie. (Za Wikipedią: Tetrarchia (z greckiego rządy czterech, czwórwładza) – system rządów w cesarstwie rzymskim wprowadzany stopniowo przez cesarza Dioklecjana od 286 roku. Polegał na równoczesnym panowaniu czterech podmiotów władzy: dwóch augustów i dwóch władców niższej rangi z tytułem cezara.)

Tetrapylon ulega zniszczeniu w VI w. W jego cieniu ruin siedzi kilku Jordańczyków. Jeden z nich proponuje nam poopowiadanie o Gerazie, ale dziękujemy. Upał chyba doskwiera mu równie mocno jak nam, bo o dziwo po krótkiej odmowie nie naciska i wraca do kolegów schowanych przed palącym słońcem.

Przy okazji znów zauważam, że coś rusza się pomiędzy kamieniami. To gekony! I jakieś strasznie długie czarne wije. Jako że gekony uwielbiam, dłuższą chwilę spędzamy na ich obserwacji. Aż dziwnie zaczynają się nam przyglądać mijani chwilę wcześniej panowie. Czy jednak wobec takich stworów można przejść obojętnie?

Gdzieś po prawej stronie odkryto pozostałości wybudowanych w okolicy 180 roku łaźni publicznych, które zajmowały teren aż 25 000 m2! Do łaźni w drugiej połowie III w. dostawiona została hala służąca prawdopodobnie za miejsce spotkań i debat.

W głowach się kręci od ilości zachowanych miejsc i upału, a wciąż czeka nas jeszcze długi spacer – nadal nie dotarliśmy jeszcze do końca ruin starożytnej Gerazy.

Gdy już jednak odbijemy z powrotem od drugiej świetnie odrestaurowanej bramy miejskiej, zobaczymy między innymi liczne fragmenty świątyń oraz dwa niesamowite teatry rzymskie.

(Visited 139 times, 1 visits today)
Jordania: Geraza - jordańska Palmyra (część II)
Jordania: Pod syryjską granicą - Umm el-Jimal

Powiązane wpisy

17 Comments

  1. Malgosia

    no przy Jerash pozwolisz tez wtrace swe 3 grosze…:) jest piękne!!!! nasza grupa troche się porozciagala i zwiedzalam sama..i również trafiłam na pewnie tego samego Jordanczyka pod swiatynią ale nie kazal mi wkladac palca miedzy kolumny, a wlozyl tam kluczyki od auta…wial wiatr i te kolumny same tanczyly….!! :) nie chciał zadnych pieniędzy..ale od słowa do słowa…ze ma oczywiscie srebrne bransoletki z ornamentami wykutymi na swiatynii-takie były / ze tansze niz w sklepie na wejściu ble ble :)/, oczywiście ze nie były srebrne i oczywiście ze nie zaplacilam 30 dinarów za jedną, ale 10 za 3 :) bardziej może w podzięce za wszystko co mi tam opowiadal przez 20 minut,a w drodze powrotnej..dostałam od niego prezent..taka mala haftowana torebeczke na komorke..pewnie nic nie wartą ale liczyl się gest :) no coz wszystko jest kwestia podejścia do tubylcow…a ja uwielbiam z nimi rozmawiać :)
    ps co do Petry..bylam chyba miesiac przed Wami /marzec/ i cena za dzienne zwiedzanie to było 55 dinarów, a nocne wejscie kosztowalo 17-niesamowite przezycie///dostępne tylko poniedziałek, środa i czwartek/..nie wiem czy ceny tam sa rozne w zaleznosci od sezonu..
    ps. co do Aquaby-specjalnie nie ma po co tam jechać…nam wypadal tam akurat jeden z niewielu podczas wyprawy noclegow w hotelu..a wiec okazji do odrobiny cywilizacji i wykapania się w Morzu Czerwonym oraz spacer max w kierunku Arabii saudyjskiej..i tyle…nie polecam tego miejsca a zwłaszcza aby plynac do niego z Izraela..

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Hmm… to może był jednak inny mężczyzna? Ten „nasz” na pewno nie miał nic przy sobie, bo po prostu nie miał gdzie tego schować ;) A i w okolicy nic nie trzymał, chyba że ukryte dobrze pod jakimś kamieniem. Później, jak widzieliśmy go z innymi osobami, to też jedynie opowiadał, nie oferując żadnych towarów. Bransoletki były nieco dalej. Również lubimy rozmawiać z mieszkańcami, ale tyle razy już doświadczyliśmy momentami naprawdę chamskiego naciągania, że mimo wszystko takie podejrzane akcje, gdy czekająca w jakimś miejscu osoba nagle sama z siebie nam coś opowiada, wzbudzają nasze podejrzenia. Niestety najczęściej coś takiego kończy się żądaniem zapłaty (w przeważającej ilości przypadków mocno zawyżonej), a bardzo nie lubimy być robieni w konia… Jak ktoś jasno stawia sprawę od razu, że liczy się z zapłatą, to już zupełnie inna sprawa – możemy wtedy zdecydować, czy jesteśmy zainteresowani czy też nie i przynajmniej nie jesteśmy stawiani pod ścianą. Co do Akaby – święta racja! :) Jako że potrzebowaliśmy chwili oddechu i odpoczynku nad morzem (zawsze tylko ganiamy i ganiamy, więc kilka dni regeneracji jest raz na jakiś dłuższy czas wybawieniem ;) ), zdecydowaliśmy się na plażowanie poza miastem. Tylko hotel, plaża i kilka kilometrów do saudyjskiej granicy. Zajrzeliśmy kilka razy do Akaby i powiem tylko tyle – jak ktoś chce spędzić chwilę nad Morzem Czerwonym, to mając do wyboru Izrael i Jordanię, jest tylko jedna opcja. Izrael. Hotel był całkiem przyjemny, rafa koralowa dość blisko brzegu, ale mimo wszystko gdyby nie to, że mieliśmy z góry zarezerwowane noclegi, wyjechalibyśmy stamtąd wcześniej. Po izraelskiej stronie było dużo lepiej. Z tego co patrzę na stronie Petry, za 55 JOD jest dwudniowa wizyta – jeden dzień kosztuje 50 JOD (oczywiście ceny obowiązują jedynie wtedy, gdy na terenie Jordanii spędza się co najmniej jedną noc), cena „Petra by night” jest i była ta sama – 17 JOD. To chyba najdroższe wejściówki, z jakimi do tej pory się spotkałam… Jednak nie wyobrażam sobie być w Jordanii i nie zobaczyć czegoś tak pięknego jak Petra, więc trzeba się liczyć ze sporym wydatkiem…

      Odpowiedz
  2. Worldwide Panda

    Jordania jest na mojej liście krajów, które bardzo bardzo chciałabym odwiedzić i wtedy na pewno wrócę na Twojego bloga po wskazówki :)

    Odpowiedz
  3. Pamela Augulewicz

    Byliście może w Akabie? Warto?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Byliśmy, ale miasto to nie zrobiło na nas jakiegoś specjalnego wrażenia. Nie jest źle, ale szału też nie ma. Turystów z Europy zbyt wielu nie widzieliśmy, głównie przeważali tam Jordańczycy. Z atrakcji widzieliśmy jedynie pozostałości zamku (niestety jedynie od zewnątrz) i suk (Souk by the Sea – moim zdaniem porażka, bo z niesamowitym, pełnym klimatu arabskim sukiem to nie ma nic wspólnego). Jeśli szuka się ciszy i spokoju, warto rozejrzeć się za hotelem poza miastem – my kilka nocy spędziliśmy kilka kilometrów od granicy z Arabią Saudyjską. Cisza, spokój i plaża po drugiej stronie drogi :) Na plaży można być w kostiumie kąpielowym (mimo, że dozwolone jest bikini, radzę jednoczęściowy – i tak jest się sporą „atrakcją” dla miejscowych). Czy warto? Jeśli miałabym do wyboru pobyt w Akabie lub w sąsiednim Ejlacie położonym po stronie izraelskiej, wybrałabym jednak Ejlat.

      Odpowiedz
    2. Pamela Augulewicz

      Podróżowisko.pl w eilacie bede tydzien ponad, tylko zastanawiam sie czy na jeden dzien pojechac do Akaby (bo wiadomo koszt za wyjscie z eilatu, za wize, za taxi)

      Odpowiedz
    3. Podróżowisko.pl

      Jeśli tak, to wydaje mi się, że szkoda zachodu na taką wyprawę. A do Petry się wybierasz? Jeśli tak, to wtedy dużo bardziej opłacałoby się zrobić przystanek w Akabie, jeśli koniecznie miałabyś ochotę zobaczyć to miasto :)

      Odpowiedz
    4. Pamela Augulewicz

      Podróżowisko.pl zastanawiam sie albo petra albo tel awiw + jerozolima. nie stac mnie na jedno i drugie, wiadomo jakie sa ceny w eilacie :P

      Odpowiedz
    5. Podróżowisko.pl

      Tamtejsze ceny to niestety szaleństwo… Podejrzewam, żepo tych 3 latach minionych od naszej podróży w tamte strony, jest jeszcze gorzej :/ Niestety wejście do Petry też kosztuje krocie, ale naprawdę warto! Jerozolima jednak również jest warta uwagi, więc będzie to trudny wybór. Szkoda, że nie spędzisz na terenie Jordanii 3 nocy – w takiej sytuacji bardzo opłaca się zakup Jordan Pass np. z jednodniową wizytą w Petrze za 70 JOD (ok. 410 zł po kursie z czasu naszego wyjazdu). Jakby kupować wizę i bilet do Petry oddzielnie, to wychodzi 90 JOD (czyli licząc po 5,85zł – ok. 530 zł).

      Odpowiedz
    6. Pamela Augulewicz

      Podróżowisko.pl wiem o tym ;d bylam w eilacie rok temu to ceny kosmos dalej ;) ale co zrobic, taki urok tego miejsca;d

      Odpowiedz
  4. Dwoje na walizkach

    Piękna podróż też się nam taka marzy

    Odpowiedz
  5. TosiMama

    I teraz nie wiem, czy skupiać się na widokach, czy na zdjęciu jedzenia;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zdecydowanie na widokach, bo to niepowtarzalne miejsce! ;)

      Odpowiedz
  6. Olka

    Generalnie nie jestem wielką fanką oglądania stanowisk archeologicznych, ale kilka, które miałam okazję zobaczyć, naprawdę zrobiły na mnie wrażenie. I sądzę, że podobnie byłoby w przypadku Palmyry.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Szkoda, że już nigdy nie będzie można jej zobaczyć w tej formie sprzed 2015 roku…

      Odpowiedz
  7. Dorota

    Przeczytałam i zatęsknilam za Bliskim Wschodem. Kilka lat temu byłam w Pamyrze…

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zazdroszczę! To dopiero muszą być wspomnienia… Zobaczyć coś tak pięknego, coś, co ostało się przez te wszystkie wieki i zostało w końcu zniszczone przez garstkę chorych fanatyków… Nawet jeśli kiedykolwiek podróże tam znów będą możliwe, a ruiny zostaną odrestaurowane, to już nie będzie to samo.

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close