Jordania: Morze Martwe, drugie podejście

Dzień 5, 23.04.2017, część 2/2

Nasz pierwszy kontakt z Morzem Martwym nie był przyjemny. Izrael, lipiec, można było poczuć się jak w piekle. Jako że Morze Martwe leży w depresji, było tam jeszcze cieplej, a nagrzana do granic możliwości woda przesycona różnymi solami sprawiała wrażenie, że kąpiemy się w gorącym oleju. Dosłownie. Do tego trafiliśmy chyba na najgorszą plażę, jaka tylko może być. Zawsze staramy się minimalizować koszty, więc wybraliśmy bezpłatną plażę publiczną. To był błąd. Plażowanie nad Morzem Martwym okazało się porażką na całej linii, ale mimo to będąc w Jordanii postanowiliśmy dać mu jeszcze jedną szansę. 

Już wcześniej wyczytałam, że z plażami publicznymi, szczególnie tymi bezpłatnymi, jest w Jordanii problem. Ponoć tych darmowych w ogóle nie ma. Wybrzeże opanowały hotele – prawie wszystkie łączyło jedno: wyglądały jak pałace i były zbyt drogie na naszą kieszeń. Niby można było spróbować się dogadać i za opłatą skorzystać z hotelowej plaży, ale coś czuję, że w takim Hiltonie mogłoby to nas słono kosztować… Każdy wolny skrawek, który nadaje się do wykorzystania dla turystów, jest już zajęty. Jako że nie trafiłam na żadne informacje o darmowej plaży, na której byłyby prysznice (to warunek konieczny po kąpieli w Morzu Martwym), trafiliśmy na Amman Beach. Ta plaża również należy do hotelu i jest płatna dla plażowiczów spoza obiektu, ale ma jako takie warunki. No i doświadczenie już nas nauczyło, że nad Morzem Martwym nie ma sensu zbytnia oszczędność.

W lipcu 2014 roku w Izraelu szkoda było nam kasy na pobyt na płatnej, ale porządnej plaży nad Morzem Martwym. Teraz tej plaży chyba już w ogóle nie ma, bo podobno zaczęły się na niej tworzyć niebezpieczne leje krasowe – powód, przez który niemożliwe jest plażowanie w dowolnym, upatrzonym przez siebie miejscu. Prawie całe wybrzeże jest zagrożone powstawaniem takich dziur w ziemi, więc omijanie wyznaczonych plaż wiąże się z dużym ryzykiem. Zdecydowaliśmy się wtedy na publiczną i bezpłatną plażę niedaleko oazy Ein Gedi. Zejście było strome, plaży prawie nie było, w wodzie znajdowało się mnóstwo dużych kamieni, po których bardzo ciężko się chodziło. Do tego płycizny prawie nie było – nie jestem dobrym pływakiem, więc istotna jest dla mnie możliwość pewnego stanięcia na nogach. Najfajniejsze w tym wszystkim były… darmowe prysznice. Jednak za toaletę należało już zapłacić. Przysięgliśmy sobie wtedy, że jeśli jeszcze raz wylądujemy na brzegu Morza Martwego, skorzystamy tylko z płatnej plaży.

Zanim dotarliśmy nad Morze Martwe z Góry Nebo, musieliśmy pokonać dość spory, pustynny odcinek drogi. Widoki były niesamowite. Mijały nas nieliczne samochody, zdarzył się też mężczyzna jadący na grzbiecie wielbłąda. I tyle. No dobra, było jeszcze kilka kontroli wojskowych, ale żołnierze pytali nas jedynie o narodowość i cel podróży. Nikt nie chciał żadnych dokumentów, zaraz po udzieleniu odpowiedzi puszczani byliśmy dalej.

Po jordańskiej stronie Morza Martwego do wyboru mieliśmy w sumie dwie Amman Beach. Jedną z prysznicami, piaszczystą plażą, przebieralnią, toaletą i dostępem do basenów ze słodką wodą za 20 JOD (ok. 120 zł) oraz drugą, publiczną jedynie z prysznicami za 12 JOD (nieco ponad 70 zł). Jako że recepcjonista potwierdził, że można kąpać się u nich na tej droższej plaży w bikini, odpuściliśmy tą publiczną. Jak się później okazało, naprawdę mało kto (poza kilkoma Jordańczykami) zaglądał na tą część publiczną. Zejście do wody było strome i kamieniste, a pośród oklejonych skrystalizowaną solą głazów na brzegu znajdowało się sporo śmieci. Zanim zapłaciliśmy, pozwolono nam rzucić okiem na obie plaże – wybór był oczywisty. Zapłaciliśmy naprawdę sporo, ale wreszcie mogliśmy „zaprzyjaźnić” się z tym zbiornikiem. Szybko przebraliśmy się i ruszyliśmy w kierunku niewielkiego daszka, pod którym już smarowały się błotkiem jakieś inne ubrane w bikini dziewczyny. Błoto i muł wydobywane z Morza Martwego to kopalnia minerałów! Skóra po takiej kuracji robi się miękka i przyjemna w dotyku. Wyglądało na to, że błotko jest w cenie, ale gdy tylko zaczęłam się smarować nie wiadomo skąd wyrósł przy nas jakiś mężczyzna informując, że błotko jest dodatkowo płatne… 3 JOD (ok. 18 zł)! Początkowo przeszło mi przez myśl, że to jakiś naciągacz, ale mężczyzna okazał się być pracownikiem hotelu. Odpowiedzialny był za uzupełnianie zapasu błota i pilnowanie, żeby nikt się za darmo nie wysmarował. O tym błotku myślałam już od dawna, więc obiecaliśmy, że pieniądze doniesiemy później. I tak wyszło taniej niż w jakimkolwiek gabinecie odnowy biologicznej czy jakby je zakupić w sklepie. A propos – sklepów z kosmetykami z Morza Martwego w przeciwieństwie do Izraela nigdzie nie widzieliśmy. Jedynie czasem pośród innych artykułów można było znaleźć jakąś drobnostkę w sklepie z pamiątkami – np. w Ammanie. Taki biznes, a oni nic z tym nie robią…

Z niedalekiej odległości pilnowali nas Jordańczycy odpowiedzialni za porządek na plaży i bezpieczeństwo gości. Gdy tak się smarowałam tą czarną mazią o lekkim aromacie siarki, panowie zaczęli żartować, że powinnam nałożyć błoto jeszcze na twarz, to zupełnie będę wyglądać jak 15 latka. Ich zdaniem miałam 24-25 lat. Miło czasem zostać odmłodzonym :) Twarzy jednak nie smarowałam. Mimo upływu kilku dni i nakładania na usta kolejnych warstw nawilżającej pomadki, wciąż po podróży przez Paryż miałam dziwnie spierzchnięte i poranione wargi, więc jeszcze brakowało mi tam słonego błota. Ale cała reszta ciała pokryta została szczelną skorupą, która w miarę wysychania przybierała szary kolor. Panowie polecili, żeby zostawić na sobie ten pancerz tak z 10 min. i następnie spłukać się w morzu. Koniecznie nie pod prysznicem – tam należy umyć jedynie twarz. Siadłam sobie na brzegu i obserwowałam wodę, plażę i osadzone na niej grudy soli oraz innych plażowiczów. Początkowo więcej było wokół Jordańczyków, ale z biegiem czasu wykruszali się ustępując miejsca turystom. Mimo że w Madabie dzień zapowiadał się dość chłodno, zrobiło się naprawdę gorąco. W końcu byliśmy bardzo nisko, a im niżej tym cieplej. Zgodnie z tym, czego uczono mnie w szkole, temperatura wzrasta o 0,6 st. Celsjusza na każde 100 m. Na Mount Nebo było zimno, ale szczyt tej góry znajduje się kilkaset metrów nad poziomem morza (ok. 700 – 800 m. n.p.m.). Z kolei Morze Martwe to największa depresja świata (według Wikipedii lustro wody znajduje się poniżej 420 m pod poziomem morza i ciągle się obniża – nawet metr na rok!). Daje to ok. 7 stopni Celsjusza z samej różnicy wysokości.

Gdy przyszła pora na spłukanie się, weszłam wreszcie do wody. Skóra zaczynała już piec, więc był to najwyższy czas na pozbycie się błotnego pancerza. Pierwsze zanurzenie zaskoczyło mnie zimnem. W lipcu 2014 roku był to gorący olej. Miało się wrażenie, że kąpie się w bardzo ciepłej, tłustej cieczy i nie było to przyjemne. Tym razem niestety woda też sprawiała wrażenie tłustej, ale przynajmniej dawała ochłodę. Czasem nawet aż za bardzo. I nie była gorzka – dało się wyczuć także i słone nuty ;)

Gdy próbowałam zmyć z siebie błoto, obok mnie do wody wskoczyła jakaś Francuzka i zaczęła się wygłupiać przed aparatem trzymanym przez jej chłopaka. Nie przewidziała jednego – przy zasoleniu Morza Martwego naprawdę ciężko jest panować nad swoim ciałem, które bezwolnie i bezproblemowo unosi się na wodzie. Z tego względu odradza się tradycyjne pływanie, lepiej położyć się na plecach. Chyba o tym zapomniała. Tak kombinowała, tak się wygłupiała, że w końcu wywinęła się do tyłu zanurzając całą twarz i włosy w tej niesamowicie słonej wodzie. Mi raz kropelka wpadła do oka i już myślałam, że na dobre kilka minut oślepnę. Co dopiero ta dziewczyna musiała przeżywać… Od razu odechciało się jej wygłupów i zaraz wyszła z wody. Ale najprawdopodobniej dobrą chwilę nic nie widziała. W każdym morzu czy jeziorze trzeba zachować zdrowy rozsądek, ale Morze Martwe szczególnie tego wymaga.

Gdy wyszłam z wody okazało się, że… mam na skórze wzorek przypominający ten, który pokrywa skórę żyrafy… Nie mogłam się z tego domyć, w końcu wpadłam na pomysł, że wykorzystam leżącą dookoła sól jako naturalny peeling. Wcierając w skórę rozgniecione grudki pozbyłam się niechcianej ozdoby, Wystarczyło już tylko się opłukać i udać pod pobliski prysznic ze słodką wodą.

Mąż tez skorzystał z błotka. Gdy już oboje mieliśmy za sobą kąpiele, udaliśmy się do przebieralni. Na baseny, nad którymi w końcu lądowali wszyscy plażowicze, zabrakło nam zupełnie czasu. Robiło się późno, a wciąż mieliśmy kilka miejsc do zobaczenia. Gdy już zebraliśmy się, ruszyliśmy w kierunku fortecy Machareusza. Niestety jednak wycieczki nie dokończyliśmy – nawigacja pokazywała nam, że niecałe 200 km do kolejnego noclegu mamy jechać przez 4,5 godz.! Wdrapanie się do fortecy samochodem miało zająć ok. godziny, mimo że dzieliło nas od niej tylko 17 kilometrów – droga rzeczywiście nie napawała optymizmem, więc czas podany przez nawigację był jak najbardziej wiarygodny. Żal było zawrócić, ale czekała nas przeprawa przez pustynne góry, więc lepiej było przez nie przejechać jeszcze póki było widno.

Jechaliśmy przed siebie podziwiając niesamowite widoki na palestyńską, jordańską i izraelską część morza. Chyba jednak w Jordanii linia brzegowa wygląda piękniej. Co jakiś czas są punkty widokowe, z których podziwiać można delikatne fale Morza Martwego rozbijające się o skały.

Kolejnym punktem miało być muzeum najniższego punktu na ziemi oraz jaskinia Lota, ale niestety muzeum było zamknięte, a droga do jaskini długa. Podejście w tym upale zapowiadało się dość wyczerpująco. No i trzeba było się pospieszyć, jeśli nie chcieliśmy jechać po nocy. Niestety pomimo wykreślenia kilku punktów, nie wyrobiliśmy się – w góry wjeżdżaliśmy już przy zachodzie słońca. Ale jakie widoki nam to zafundowało! Było cudownie. Pięliśmy się wciąż w górę i górę, jakby trasa nie miała końca. Nikt nas nie wyprzedzał, na drodze było pusto. Naprawdę rzadko mijało nas jakieś auto.

W pewnym momencie natrafiliśmy na zgraję kilkunastu zdziczałych psów. Jak tylko zauważyły samochód, natychmiast rzuciły się do ataku z wściekłym ujadaniem. Dobrze, ze nie zdecydowaliśmy się wtedy na postój, bo mogłoby to się źle skończyć. Czytałam gdzieś ostatnio o jakiejś kobiecie, która w Grecji została zagryziona właśnie przez wałęsające się samotnie psy… Te zwierzęta na pewno nie miały przyjacielskich zamiarów. Pościgu za nami jednak szybko zaprzestały.

Gdy dojechaliśmy na górę, krajobraz zmienił się na bardziej przystępny dla człowieka, trafiliśmy do pierwszych miejscowości. Turyści tam chyba za często się nie pojawiają, bo byliśmy ciekawostką. Jednak gdy dorośli reagowali normalnie, tak dzieciaki musiały się popisywać. Jeden, na oko 10-11 letni chłopak, chciał kopnąć w przejeżdżający samochód (trochę źle obliczył odległość i widać było, że nieudana próba rozczarowała go), a kilka kilometrów dalej zgraja kilku nastolatków próbowała nas zatrzymać. Jako że zaszli nam drogę, musieliśmy bardzo zwolnić, ale nie stanęliśmy. Gdy tak wolno posuwaliśmy się naprzód, jednak z chłopaków z całej siły uderzył w tył auta – zrobił to na tyle mocno, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie wgniótł blachy. Zrobił to ręką, kamieniem? Początkowo podchodziliśmy do nich z uśmiechem, ale w momencie tego ataku mąż natychmiast wrzucił wsteczny, a ci wielcy bohaterowie nagle uciekli. Był to jeden z kilku przykładów na to, że na nastolatków lepiej uważać. I nie, na pewno nie była to niewinna zabawa. Naprawdę mogli coś zrobić – jak nie nam, to samochodowi. Zupełnie nie liczyli się z konsekwencjami. Czytałam niegdyś wypowiedzi Polki mieszkającej na stałe w Jordanii. Ponoć matki w tym kraju przykładają niewielką uwagę do wychowania swoich dzieci – dzieciaki wychowują się same, pośród kolegów i rodzeństwa. Na ile jest to prawdą niestety nie wiem, ale patrząc na te młodzieżowe „bandy”, nie można wykluczyć żadnej wersji.

Później każdą grupkę dzieciaków mijaliśmy z obawami. Na szczęście gdy już zupełnie się ściemniło, całe towarzystwo rozeszło się po domach. Było już naprawdę ciemno gdy dojechaliśmy w końcu do Wadu Musa – Doliny Mojżesza. Zaparkowaliśmy tuż pod hotelem i zanim jeszcze wyciągnęliśmy rzeczy, poszliśmy się zameldować. Tak dobrego pokoju już dawno nie mieliśmy! Duży, ale mimo tego przytulny. Z niesamowicie wygodnym łóżkiem i ręcznikami ułożonymi w łabędzie. Aż szkoda było psuć ten porządek. Do tego rozpylono w nim różany aromat. Zrobiliśmy jeszcze małe i szybkie zakupy w sąsiednim sklepie i na tym zakończył się kolejny dzień wrażeń. Usypiałam na siedząco, więc trzeba było nieco odpocząć przed dniem, gdy mieliśmy wreszcie zwiedzić słynną Petrę.

(Visited 265 times, 1 visits today)
Jordania: W Skalnym Mieście - Petra (część I)
Jordania: Madaba - mozaikowy zawrót głowy

Powiązane wpisy

9 Comments

  1. Malgosia

    Droga Moniko..opis fajny, natomiast kilka slow o moich wspomnieniach co do kapieli w Morzu Martwym..bedac w Jordanii na wyprawie 4×4 udało nam się znaleźć kompletnie dzika mala zatoczke nad morzem, z pięknymi rzeźbami solnych skalek..z naturalnym błotkiem i kompletnie bez ludzi…wysmarowani blotem..tak jak i Wy taplalismy się później..walcząc oczywiście z zasoleniem..ciężko było utrzymac się na nogach.. :) kapieli słodkowodnej po tym nie było…w rozumieniu kapieli…oblanie woda z butelek musiało wystarczyc..:) i to był jedyny „koszt” :) natomiast co do zakupu kosmetykow stamtąd..bylo ich mnostwo..w małych sklepikach Ammanu i Aquaby, to mi tez przypomniało ze przywiozłam sobie maseczkowe blotko..i zapomniałam o tym na smierc :)poczytam w wolnej chwili więcej wpisow o Jordanii..Uważam ja za jedne z piękniejszych miejsc jakie odwiedziłam…pozdrowienia

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Podziwiam! Butelkowy prysznic po kąpieli w Morzu Martwym to jest dopiero doświadczenie :D Dobrze wiedzieć, że po jordańskiej stronie też można znaleźć bezpłatną plażę – wcześniej nigdzie nie znalazłam takowych informacji. Pewnie miejsce nie jest popularne ze względu na brak słodkiej wody. Ale ja chyba jednak nie zdecydowałabym się na tą wersję. Pamiętam jak w Izraelu nie do końca wypłukałam włosy – im bardziej były suche, tym bardziej szału dostawałam z tą solą… ;) Fajnie byłoby odwiedzić taką dziką plażę, ale mimo wszystko na kąpiel zdecydowałabym się tylko w miejscu z prysznicami. Czyli płatnym… Ewentualnie trzeba byłoby rozważyć zabranie ze sobą jakiegoś prysznica turystycznego ;)

      Odpowiedz
      1. Malgosia

        niby był..ten prysznic tzn jego mozliwosc..ale szkoda było czasu…:) miejsce..na moje oko powyżej 6 zdjęcia od dolu..wzwyz do 20km..no coz..na tym polegają wyprawy off-roadowe, ze ma się mniejsze oczekiwania..a przezyc można..na takich wyprawach odkrywa się tez..ze glowe można umyc zimna woda..tez z butelki.. w trakcie postoju na trasie…wysuszyć na sloncu i wietrze..itd itp. ale za to dociera się do takich miejsc..:) nie zdazylam zobaczyć czy jest opowieść o Wadi Rum..noclegi tam na dziko..to bajka..no ale czytanie przede mna:)

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          Wpis o Wadi Rum dopiero będzie ;) Co prawda nie mieliśmy zbyt wiele czasu na to miejsce, ale nie mogliśmy sobie odpuścić nocowania na pustyni i pojeżdżenia pośród tych różnych skalnych formacji. Rzeczywiście jest to coś niesamowitego!

          Odpowiedz
          1. Malgosia

            to zapraszam do moich wspominkowych zdjęć z Wadi Rum :) spedzilam tam 3 dni i dwie noce..rowniez poza obszarem Unesco :)
            https://www.facebook.com/malborowik/media_set?set=a.1202098683173409.1073741907.100001198662317&type=3
            pozdrowienia :)

          2. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

            O rany… Piękne zdjęcia! Niestety nie wszystkie te miejsca odwiedziliśmy, ale w końcu byliśmy tam dużo krócej. Aż żałuję – szczególnie szkoda mi tego skalnego grzybka ;)Ta pustynia jest naprawdę niesamowita…

  2. Kinga - mylittlepleasures.pl

    Wysmarowanie się błotem z Morza Martwego jest na mojej bucket liście. Jedyne czego się obawiam to śmierdzenie siarką przez kilka kolejnych dni. Jak to było w Waszym przypadku? Skóra przeszła zapachem siarki czy po zmyciu nic nie było czuć?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Siarką „pachnie” się na szczęście tylko do momentu zastygnięcia błota, ale i przedtem nie jest to jakiś specjalnie mocny zapach. Później już nic nie czuć. Tylko pamiętaj o zrobieniu ze dwa dni przed błotnym zabiegiem jakiegoś peellingu (lepiej nie bezpośrednio przed, bo podejrzewam, że skóra może wtedy piec), bo inaczej możesz skończyć jak ja – ze wzorkiem jak żyrafa…

      Odpowiedz
  3. Kamila | Z naciskiem na szczęście

    Zazdroszczę tej wolności jaką można poczuć podczas podróżowania. Zdjęcia są naprawdę śliczne, ale na pewno nie oddają tego wszystkiego co można przeżyć w realu.

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close