Jordania: W Skalnym Mieście – Petra (część I)

Dzień 6, 24.04.2017, część 1/2

Jeden z siedmiu nowych cudów świata. Zabytek UNESCO. Ukryta pośród skał bajeczna stolica królestwa Nabatejczyków powstała około 300 roku przed naszą erą. Petra. Wreszcie nastał dzień, w którym mieliśmy odwiedzić to niezwykłe miejsce. Z tego podekscytowania spać nie mogłam, bo myślami byłam już pośród wykutych w skale budowli. Kolejne marzenie z mojej listy właśnie miało się spełnić.

Ciężko było zwlec się z łóżka, ale wystarczyło tylko uświadomić sobie, jakie plany mamy na ten dzień, żeby szybko uporać się z poranną toaletą i zejść na śniadanie. Trzeba przyznać, że Jordańczycy potrafią oczarować podniebienia przyjezdnych – tak różnorodnych śniadań jak tam to chyba nigdzie nie mieliśmy. Gdy na stole wylądowały smażone jajka i pieczywo, zabraliśmy się za jedzenie. Jednak niepotrzebnie się tak pospieszyliśmy, bo jeszcze przez dobre kilka minut donoszono nam kolejne i kolejne miseczki z różnościami. Był jogurt, był za’taar, coś, co przypominało mi ogórka nadziewanego papryką (to akurat było mało zjadliwe…), oliwki i masa innych smakołyków. Nawet kawałek chałwy na deser się znalazł.

Do Petry mieliśmy około 2 kilometrów. Dystans zamierzaliśmy pokonać na piechotę, ale chłopak w recepcji od razu doradził, żebyśmy jednak wzięli samochód. O ile zejście do Petry byłoby całkiem przyjemne, o tyle powrót pod górę byłby mordęgą po całodziennym zwiedzaniu w upale. Z Wadu Musa do Petry prowadzą znaki, ale w pewnym momencie straciliśmy je z oczu. Akurat przed wojskowymi blokującymi jakąś drogę. Panowie od razu zorientowali się, czego szukamy i tylko pomachali dając znać, w którą stronę mamy jechać. Zaraz zaparkowaliśmy na darmowym parkingu i udaliśmy się do centrum odwiedzających. Nawet mając Jordan Pass trzeba tam zajrzeć – w kasie sprawdzono nam bilety, przy okazji proponując wykupienie biletów na pokaz „Petra by night”. Początkowo nawet się zbytnio nie zastanawialiśmy – gdzieś czytałam, że dodatkowy bilet na to widowisko kosztuje 5 JOD – ale miny nam zrzedły gdy usłyszeliśmy, że w kasie życzą sobie za to aż 17 JOD od osoby! Nie dość, że sam wstęp do Petry jest koszmarnie drogi, to jeszcze dodatkowo należy zapłacić 100 zł za to, żeby zobaczyć po zmroku wyryty w skale Skarbiec otoczony dziesiątkami lampionów. Po widzianych wcześniej zdjęciach wiadomo było, że to bajeczny widok, ale mimo wszystko stwierdziliśmy, że co to to nie. Zresztą na koniec i tak okazało się, że dzień był na tyle wyczerpujący, że zwyczajnie zabrakłoby nam sił. Następnym razem. (EDIT: Jeśli interesuje Was to widowisko, koniecznie zapoznajcie się z zamieszczonym poniżej komentarzem Małgosi! :) )

A jak w ogóle wyglądają ceny biletów do Petry? Są zróżnicowane nawet w zależności od tego, czy nocuje się w Wadi Musa (mieście będącym bazą wypadową) czy nie. Ceny obowiązujące jeszcze w październiku 2017 roku przedstawię na końcu drugiej części wpisu, w tym miejscu zdradzę tylko, że dwudniowe wejście (takie, jakie obejmowały nasze Jordan Pass kupione za 75 JOD) do Petry wiąże się z opłatą wynoszącą 55 JOD, czyli ok. 320 zł od osoby. To chyba najdroższe wejściówki, jakie kupiliśmy i o których kiedykolwiek słyszeliśmy… No ale być w Jordanii i nie zobaczyć Petry? W życiu! Jako ciekawostkę dodam, że Jordańczycy i rezydenci mogący legitymować się jordańskimi dokumentami, wchodzą do Petry za… 1 JOD… (5,85 zł).

Od miejsca, gdzie sprawdzane są bilety, do kanionu Al-Sik (Al-Siq) będącego wrotami do Petry, idzie się kawałek. Dystans można pokonać na grzbiecie konia, my jednak woleliśmy własne nogi. Mężczyźni zgromadzeni przy zwierzętach twierdzili początkowo, że przejażdżka jest w cenie biletu, ale ich usilnie nagabywania turystów wręcz bardziej zniechęcały. Później niektórzy z nich twierdzili, że niby ta darmowa z początku przejażdżka ma kosztować 3 JOD (ok. 18 zł). Wyczytałam jednak ze strony internetowej Petry, że „atrakcja” ta rzeczywiście jest w cenie biletu. Ale nawet w tej sytuacji zwyczajnie szkoda pokonać ten odcinek i nie zajrzeć do kilku miejsc, które są po drodze. Pozostałości mijane po trasie do kanionu Al-Sik nie są może zbyt imponujące, ale na pewno warte uwagi.

Poranek był naprawdę chłodny. W swetrze z długim rękawem, adidasach i spodniach rybaczkach było mi zimno. Mimo wszystko oznaczało to, że mamy idealne warunki na poznanie tego miejsca – na niebie nie było ani jednej chmury i wiadomo było, że temperatura podniesie się, ale nie będzie nas aż tak słońce piec.

Po kilkunastu dobrych minutach zejścia z górki trafiliśmy do wąwozu Al-Sik. Wąskie przejście szerokości od 3 do 12 metrów ma niesamowity klimat. Wyobraźcie sobie kilkumetrowy przesmyk, gdy nad Wami górują wysokie na 80 m skalne ściany, których końca nie widać… Co chwilę przeszkadzały nam jednak dorożki, którymi wozi się turystów nie będących w stanie dojść do Petry. W wąwozie zobaczyć można kolejne pozostałości dawnych czasów, ale poza wyciętymi w skale postaciami karawany, z których niewiele się ostało, lepiej nie liczyć na zbyt wiele. Ot czasem jakieś schodki, czy nisze, w których prawdopodobnie znajdowały się figurki nabatejskich bóstw. Prawdopodobnie wąwóz był niegdyś miejscem procesji religijnych.

Wydawać by się mogło, że miejsce to ukształtowane zostało przez wodę, ale nic bardziej mylnego. Al-Sik powstał na skutek ruchów tektonicznych, które podzieliły skałę – miejscami doskonale widać, że przeciwległe ściany pasują do siebie idealnie jak fragmenty jakiejś sporej układanki.

O ile wąwozem szło się całkiem znośnie (tłumów nie było, tylko te dorożki mąciły spokój), o tyle u wyjścia zaczął się sajgon. Ledwo wyjdzie się z wąwozu, natychmiast staje się przed najsłynniejszą budowlą Petry – wspaniałym, wysokim na 40 i szerokim na 25 metrów Skarbcem. Skarbiec (Treasury, Al-Chazna) rozsławiony został szczególnie przez film „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, w którym to był miejscem przechowywania mitycznego Świętego Graala. W rzeczywistości miejsce to było albo grobowcem, albo biblioteką. Nazwa wzięła się z wierzeń – tutejsi Beduini uważali, że w urnie umieszczonej na szczycie fasady, faraon ukrył swój skarb. Oczywiście żadnego skarbu nie ma, ale nazwa przyjęła się i tak już zostało. Mimo że było dość wcześnie, pod Skarbcem już były tłumy. Pośród tłumów odwiedzających zwinnie poruszali się Jordańczycy próbujący sprzedać arabskie bransolety i temu podobne pamiątki, do tego były też wielbłądy – do zdjęcia, do przejażdżki. Z informacji praktycznych – są tam też również i toalety. Są też i mężczyźni przebrani w historyczne żołnierskie stroje – za dodatkową opłatą można zrobić sobie z nimi zdjęcie.

Wejście do wnętrza Skarbca nie jest możliwe, więc po tym, jak przyjrzeliśmy się mu z zewnątrz, udaliśmy się w dalszą drogę.

Spod Skarbca idzie się Ulicą Fasad (Street of Facades). Droga ta prowadzi wzdłuż skalnych ścian, w których wykute zostały większe i mniejsze grobowce. Im mniejszy grobowiec, tym mniejsze było znaczenie pochowanej w nim osoby.

Im bardziej zagłębialiśmy się w skalne miasto, tym szerzej otwierałam oczy ze zdumienia. I z zachwytu. Przestały mi przeszkadzać ciągłe nagabywania o przejażdżkę na wielbłądzie albo ośle, których tam było pełno. Do niektórych wykutych w skale pomieszczeń można było zajrzeć. Wnętrza skalnych pomieszczeń specjalnego wrażenia nie robią – nie ma co oczekiwać zdobień czy zachowanych elementów wyposażenia, za to zobaczyć można w niektórych z nich np. wnęki, w których złożone były ciała zmarłych.

Za Ulicą Fasad trafiliśmy na pozostałości wykutego – a jakże – w skale teatru. W czasach świetności mógł pomieścić początkowo 3 tysiące widzów, ale po przyłączeniu Petry do rzymskiego imperium rozbudowano go – liczba miejsc zwiększona została do 8 tysięcy! Efektem rozbudowy było niestety zniszczenie wielu mniejszych grobowców… Teatr jest ogrodzony, nie ma możliwości wejścia na górę.

Po drugiej stronie zaczyna się rząd najbardziej okazałych grobowców Petry – są to wykute w I w. n.e. imponujące grobowce królewskie. Idąc dalej natrafić można na końcu na jeszcze jeden grobowiec powstały w II w. – wykuty został dla rzymskiego namiestnika Sextiusa Florentinusa. Do grobowców można zajrzeć, ale poza dużymi wykutymi w skale ciemnymi pomieszczeniami nie ma tam nic więcej poza echem.

Przy każdym z grobowców były stoiska z pamiątkami. Sprzedawcy i sprzedawczynie najróżniejszych pamiątek – bransolet, figurek, tradycyjnych jordańskich chust próbowali nas do siebie ściągnąć, ale w momencie odmowy wiedzieli, kiedy należy odpuścić. Nie było to jakoś specjalnie nachalne.

Spod grobowców mieliśmy udać się do punktu widokowego, z którego doskonale widać Skarbiec od góry. Przypadkiem podsłuchaliśmy rozmowę dwóch par – jedna wracała z góry, druga dopiero tam szła. Kobieta z tej pierwszej pary stwierdziła, że na górę idzie się jakieś 15 min., ale nie warto, bo nic tam nie ma, z kolei mężczyzna mówił o 50 min. Chyba nie odnaleźli tego miejsca, ale kłócili się o to, które z nich ma rację co do czasu przejścia. Niestety w związku z tym, że zaczęłam się gorzej czuć (silne kłucie w boku uniemożliwiało mi większy wysiłek), odpuściliśmy. Trasa na mapie wyglądała na dłuższą, więc zostawiliśmy ją sobie na kolejny dzień. W drodze na dół zaczepieni zostaliśmy przez młodego chłopaka, który po angielsku zapytał nas o drogę na ten punkt widokowy. Nie za bardzo mogliśmy coś doradzić, ale okazało się, że jego towarzyszka jest Polką. Od słowa do słowa okazało się, że podobnie jak my planują na najbliższe dni wizytę na pustyni Wadi Rum oraz pobyt w Akabie. Pogadaliśmy chwilę i każdy poszedł w swoją stronę. Nie spodziewaliśmy się, że za kilka dni znów się spotkamy, na dodatek w tym samym hotelu! A żeby było mało – okazało się później, że nocowali w Wadi Musa również w tym samym hotelu co my! Nie widzieliśmy się, bo następnego dnia zeszli na śniadanie później niż my, zauważyli tylko, jak odjeżdżamy. A żeby było mało – lecieliśmy z Paryża tym samym samolotem. Świat jest mały!

Zwiedzaliśmy, kręciliśmy się po okolicy aż wreszcie doszliśmy do ulicy kolumnowej, będącej niegdyś centrum miasta. Wokół zobaczyć można sporo ruin, ale zostawiliśmy je sobie na później.

Jako że poczułam się trochę lepiej, udaliśmy się w drogę do Al-Deir – monastyru. Trasa liczy ponoć ponad 900 stopni, więc dość porządnie może dać się we znaki kolanom. Zdążyło się zrobić gorąco, więc wspinaczka była nieco męcząca, ale na szczęście biegła głównie w cieniu.

Po drodze mijały nas osły z turystami na grzbietach. Należy na nie bardzo uważać, bo miejscami mogą zepchnąć z trasy. Ich poganiacze nie za bardzo przejmują się innymi osobami. Widzieliśmy kilka takich przypadków. Niestety ludzie bardzo często nie schodzą im z drogi, a przecież je słychać! Ciekawe, ile rocznie zdarza się tam różnych wypadków. Ponadto zwierzęta niestety są tam źle traktowane – ich właściciele bardzo często okładają je batami. Przy kasach była informacja, żeby zgłaszać takie sytuacje, ale komu i gdzie? I niby jak to poświadczyć i wskazać winnego okrucieństwa?

Na samej górze ukazał się nam bajeczny widok na największą budowlę Petry. 50 metrów wysokości i prawie tyle szerokości. Warto się przemęczyć, żeby to ujrzeć. Nazwa „monastyr” wzięła się od krzyży, które widnieją na ścianach wewnątrz. Miejsce to najprawdopodobniej było związane pierwotnie z kultem Duszara, ale w późniejszym czasie korzystali z niego chrześcijanie. Al-Deir powstał w II w. Aż dziw, że po tak wielu wiekach wciąż prezentuje się tak niesamowicie…

Na górze można usiąść i odpocząć. Teoretycznie siedziska są własnością mini-restauracji, ale nawet jeśli nic się nie zamówi, obsługa nie przegania. Mogliśmy więc w spokoju przyjrzeć się tej ogromnej architektonicznej perełce i pozwolić odpocząć nieco nogom. Zejście na dół wcale nie było mniej męczące. Schody są nierówne, więc dają porządny wycisk kolanom. Moje na dole miały serdecznie dość – dobrze, że nie wiedziałam jeszcze, jaki wycisk dostaną dodatkowo na koniec zwiedzania Petry.

Wracając ze szczytu wzgórza, na którym znajduje się monastyr, zobaczyliśmy taki oto ciekawy obrazek – groty wykute w miękkim piaskowcu przez budowniczych Petry służą obecnie jako… garaże. Od razu skojarzyło mi się to z bajkowym światem Flintstone’ów.

Gdy tak szliśmy w drugą stronę, znów mogliśmy liczyć na uwagę właścicieli osłów i wielbłądów. W końcu z ciekawości zapytaliśmy, ile kosztuje taka przejażdżka. Pierwsza rzucona cena – 10 JOD od osoby, tylko wzbudziła nasz śmiech. Prawie 60 zł za dojazd do wejścia do kanionu? Taaa… Finalnie stanęło na 8 JOD za dwoje (nieco ponad 45 zł), ale i tak podziękowaliśmy. Mieliśmy ciekawsze plany. W końcu pominęliśmy wcześniej całą masę ruin dookoła. Trzeba było to nadrobić.

CDN.

(Visited 247 times, 1 visits today)
Jordania: W Skalnym Mieście - Petra (część II)
Jordania: Morze Martwe, drugie podejście

Powiązane wpisy

20 Comments

  1. Sylwia

    Petra na mojej liście MUST SEE plasuje się na wysokiej pozycji. A dzięki Twojemu wpisowi zyskała co najmniej kilka dodatkowych punktów :)
    Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli!

    Odpowiedz
  2. Bookiecik

    Inny świat, dosłownie. Fantastyczne zdjęcia niesamowitego miejsca.

    Odpowiedz
  3. Magdalena

    Jestem pod ogromnym wrażeniem. Mam nadzieję że uda się mi się kiedyś tam dotrzeć ;)

    Odpowiedz
  4. Magdalena

    Jestem pod ogromnym wrażeniem. Mam nadzieję, że uda mi się tam kiedyś dotrzeć :)

    Odpowiedz
  5. Dagmara

    Piękne miejsce! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wybrać :)

    Odpowiedz
  6. traveLover

    Świetna relacja, bardzo pomocna, dziękuję i pozdrawiam :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Wkrótce będzie ciąg dalszy ;)

      Odpowiedz
  7. Malgosia

    Ponieważ nie byliście w Petrze wieczorem pozwolisz,ze uzupelnie Twojego bloga o to doznanie, bo to nie tylko oświetlony Skarbiec swieczkami.. a być może to kogos zachęci a być może nie:) otoz wejście otwierają ok 20.30 i warto być na początku tych ok kilkuset osob bo tu chyba liczba biletow jest ograniczona, ale tez z innych powodow. Otoz cala droga jeszcze przed wejściem do Siq oswietlona jest wzdłuż stojącymi na ziemi małymi lampionami ze swieczkami, w samym kanionie również, co już robi ogromne wrazenie, bo to jedyne swiatelka w trakcie tego spaceru. Idac na początku nie idzie się w tlumie ludzi, a na miejscu okazuje się ze dla tych „pierwszych” rozlozone sa dywaniki na ziemi, obsluga kaze nam na nich usiasc..i czestuje pyszna jordanska herbata :)takich szczesliwcow jest ze setka :)przed nami dziesiątki lampionów na ziemi, które uwaga – wcale nie oswietlaja Skarbca..to troche rozczarowanie na początek..ale..rozpoczyna się spektakl..jest prowadzący, który w jez angielskim opowiada o historii skarbca, jest muzyka grana na starożytnych instrumentach, jest również lokalny spiew…powiem, ze akustyka jest niesamowita! wszystko trwa około 40 minut..ale każdy chyba już zaczyna myśleć o tym..kiedy zobaczy pięknie oświetlona budowle..:) prowadzący jakby czytajac w naszych myślach..mowi, no to teraz kochani-jesli chcecie zobaczyć oswietlona swiatynie to..szable w dlon..:) czyli wszystkie flesze w ruch! :) co się oczywiście dzieje…na co on-zartowalem… :) macie 5 minut na zdjęcia i nagle wszystko pięknieje w blasku reflektorow !! no coz..kolejne dla mnie /już czwarte tego dnia/ przejście kanionem do wyjścia = nie wiem ile już kilometrow tego dnia w Petrze…to już zmeczenie…co nie znaczy, ze wracając w ciszy tych ogromnych skal..nie mysle sobie…WARTO BYLO! a w uszach brzmi jeszcze uslyszana tam muzyka..niestety miałam tylko jeden dzień dla Petry ale wykorzystany maksymalnie!
    ps zapraszam Monika również do mojego foto/albumu z Petry…jest obok tego który wrzuciłam w innym watku dot. Jordanii
    ps 2 dzięki za odnowienie wspomnień z tego pięknego kraju..bardzo fajnie opisujesz te swoje wyjazdy.. Podrozowisko to dobra robota! pozdrowienia :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Super, dzięki za uzupełnienie! Tego właśnie było potrzeba. Ta oświetlona droga wygląda malowniczo – załapaliśmy się na moment, gdy świeczki były zapalane ;) W kolejnym wpisie będzie zdjęcie, jak takie rozświetlone lampiony wyglądają na jednej ze skalnych półek. Odrobinę teraz żałuję, że się na to nie wybraliśmy, ale nie byliśmy na to przygotowani i niestety zmęczenie dawało już o sobie porządnie znać. Obawiam się, że po tylu wrażeniach, zwyczajnie bym gdzieś po drodze przysnęła ;) W końcu cały dzień – od rana do wieczora – spędziliśmy w Petrze non stop na nogach. Dla kogoś, kto całe dnie siedzi za biurkiem to już duży wyczyn :D No i ta cena… Jako że Petrę zwiedziliśmy dość dokładnie (wiadomo, wszystkiego na bank nie zobaczyliśmy, ale wydaje mi się, że to co obejrzeliśmy wystarczy), to przy następnej okazji wybierzemy się tam tylko na ten wieczorny pokaz. Szkoda, że nie informują w kasach, jak to dokładne wygląda (a przynajmniej nas nikt nie informował, bo na pytanie, co to takiego, otrzymaliśmy jedynie odpowiedź że to słynne widowisko z lampionami i Skarbcem…). Samo hasło „Petra by night” i rzucona do tego cena biletu naprawdę są mało zachęcające :/ Ale jak to sięmówi – co się odwlecze, się nie uciecze. Będzie powód, żeby wrócić. I dziękuję za miłe słowa! Staram się ;)

      Odpowiedz
      1. Malgosia

        no mój dzień w Petrze tez był intensywny od 9 rano..kilometry na nogach i wspinaczki po skalnym miescie…z mala przerwa na obiad i czekaniem na wieczorne wejscie…zakonczyl się ok 22.30, a potem jeszcze szukaniem miejsca na biwak..i rozbijaniem namiotow..i imieninami..Beaty bo to 8 marca był :)i obchodzeniem dnia kobiet -„wyprawowych” :) haha..w Jordanii szkoda czasu na nicnierobienie i sen..jestem zwolenniczką- odpoczynku inaczej:)
        stowa przy tych 300 to juz niewielka roznica..trzeba tylko pamietac ze to tylko 3 dni w tygodniu
        a może byliście w Malej Petrze? bo tam nie dotarlam.. czekam na druga czesc opowieści..

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          No to mamy tak samo – leżenie na plaży z drinkiem w ręku i nieruszanie się nigdzie poza hotel też nie dla nas. Im bardziej intensywnie, tym lepiej :D Chociaż akurat w Jordanii poddaliśmy się odrobinę lenistwu i tak jak Ci już chyba pisałam, spędziliśmy kilka dni na „nicnierobieniu”. Mam co do tego mieszane uczucia, bo niby trochę odpoczęliśmy, ale z drugiej strony czuję, jakbyśmy jednak zmarnowali tam za dużo czasu. Ale raz na jakiś czas można :) Mała Petra odwiedzona, będzie o tym w jednym z kolejnych wpisów ;)

          Odpowiedz
          1. Malgosia

            https://www.youtube.com/watch?v=vPWwAALL7M4
            tak się zlozyło..że moi przewodnicy udostępnili właśnie filmik z naszej marcowej wyprawy,…zobaczcie piekno Jordanii..dzielę się..dla podjęcia szybszej decyzji..że tam warto!! czy samemu czy z nimi…było intensywnie..chociaż drinki..tez były :) pozdrowienia ps..czekam na dalsze Wasze wspomnienia…

  8. Ryś

    Wow! To miejsce na prawdę robi wrażenie! Może i ceny wysokie, może wojsko po drodze, ale i tak warto! Nawet byłabym w stanie dopłacić za to wieczorne oglądanie w świetle świec. Czemu nie! :D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      My następnym razem dopłacimy ;) Odrobinę żałuję, że wtedy nie wybraliśmy się na to widowisko, ale z drugiej strony zmęczenie dawało tak w kość, że i tak byśmy zapewne wystarczająco tego nie docenili. Będzie powód, żeby wrócić :)

      Odpowiedz
  9. Aleksandra

    Mieliście naprawdę niesamowite widoki! Jordania robi naprawdę ogromne wrażenie :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Tak, to niezwykły kraj. A Petra to taka wisienka na torcie ;)

      Odpowiedz
  10. Łukasz

    Piękna wędrówka!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      W takich okolicznościach można wędrować bez końca :)

      Odpowiedz
  11. magdula

    Łaaaaaaaaaał! Wspaniałe miejsce, cudne zdjęcia! Pozdrawiam :))

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dzięki! :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close