Kambodża: Banteay Srei i senne motyle


Dzień 11, 22.11.2016 część 1/3

Kolejny dzień i kolejne wrażenia z Angkoru. Postanowiliśmy wybrać się na wschód słońca zawierzając Kongowi, że wybierze dla nas najlepszą miejscówkę. Koło 4:00 zadzwoniły budziki. Zaopatrzeni w pakiety śniadaniowe z hotelu ruszyliśmy przed 5:00. Było niesamowicie ciemno i bardzo rześko, gdzieś na horyzoncie niebo rozrywane było błyskawicami. To był zły znak.

Po drakońsko wczesnej pobudce tuk tukiem pojechaliśmy nad Srah Srang. Jechaliśmy z pół godziny obserwując z niepokojem ciemne niebo, które co chwila rozbłyskało od dalekiej burzy. Jako że rześkie powietrze skutecznie nas rozbudziło, wykorzystaliśmy ten czas na dobranie się do naszych pakietów śniadaniowych w skład których wchodziły jajka, kilka cieniuteńkich plastrów pomidora, ogórka, masło i jabłko. Średnio się postarali. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wciąż było zupełnie ciemno. Poza nami i sprzedawczynią kawy i herbaty, nie było tam nikogo. Zaraz przyczepił się do nas jakiś mały szczeniak, który ciągle domagał się uwagi. Czekając na poranek co raz go głaskałam i drapałam, co przyjmował z ogromną radością. Z latarkami w telefonach doszliśmy do brzegu zbiornika. Więcej o Srah Srang możecie poczytać tutaj.

Gdy tylko zaczęło robić się jaśniej, zajęliśmy miejsce na schodach. Przybywało ludzi, ale widać było, że każda kolejna osoba rozczarowana jest widokiem. Takie wschody słońca można oglądać w dowolnym miejscu tak w Polsce jak i za granicą, niekoniecznie tak daleko od domu (jedyną różnicę robiła palma na pierwszym planie). Każdy z obecnych liczył na coś innego. Coś magicznego. A tu nie dość że sceneria taka sobie, to jeszcze słońce wzeszło za chmurami. Czasem nawet delikatnie kropił deszcz. Zapowiadało to niezbyt dobre warunki na ten dzień.

I faktycznie, aura przestała nas rozpieszczać. Gdy tylko dojechaliśmy do Banteay Srei, rozpadało się już na dobre. Wysiedliśmy na parkingu i udaliśmy się do wejścia. Zaraz nie wiadomo skąd znalazł się przy nas kilku-kulkunastoletni chłopak chcący sprzedać nam za kilka $ pocztówki. Nie mogliśmy się od niego odczepić. Ciągle tylko powtarzał, żeby kupić te pocztówki. Gdy nakazaliśmy mu iść do szkoły, odpowiedział, że niedługo idzie, już kończy i będzie szedł na lekcje. Guzik prawda. Nagabywał turystów nawet wtedy, gdy wychodziliśmy. Brudny, zaniedbany, widać że angielski znający tylko w kilku zdaniach powtarzanych na okrągło. Było nam go szkoda, ale z drugiej strony tą swoją natarczywością zupełnie odstraszał. W końcu jednak odpuścił, gdy udaliśmy się do toalet. Szybko znalazł inne „ofiary” – na parking zajechała wycieczka Niemców. Więcej o żebraniu dzieci i moralnych dylematach z tym związanych napisałam tutaj, więc zapraszam do lektury. Temat niestety nie jest biało-czarny…

Drugie niemiłe zaskoczenie czekało na nas już w świątyni. Strażnicy pilnujący porządku zażądali… łapówki. Najpierw padło pytanie, czy nie potrzebujemy przewodnika. Gdy odmówiliśmy, jeden z mężczyzn zaproponował, że za dodatkową opłatą wpuści nas za odgradzającą środkowe zabudowania linę. Za jak to nazwał zwiedzanie VIP zażyczył sobie 6$ za dwoje. Gdy zdziwieni taką postawą znów odmówiliśmy, panowie zaczęli się targować! Zeszli do 4$, ale i tak nie skusiliśmy się na ich ofertę. W tym momencie stwierdziłam tylko jedno: co się dziwić dzieciom, skoro dorośli podchodzą w ten sposób.

Na chwilę deszcz dał spokój, jedynie drobno kropił, więc postanowiliśmy jak najszybciej zobaczyć tę świątynię. Położona jest daleko od Siem Reap – 36 km najkrótszą drogą – ale naprawdę warto tu przyjechać. Nie jest duża, ale mnogość świetnie zachowanych szczegółów powala na kolana. Trochę żałuję, że nie przyjrzeliśmy się wszystkiemu z bliska, ale konieczność zapłaty haraczu jakoś zupełnie nie szła w zgodzie z naszymi zasadami.

Banteay Srei jest piękna! Jeśli tylko będziecie w okolicy, koniecznie wybierzcie się do tej świątyni.

Następnego odwiedzonego miejsca w ogóle nie planowaliśmy. W trakcie jednej z wcześniejszych rozmów Kong dopytał, czy lubię motyle. Zauważył, jak każdorazowo uganiam się za każdym gatunkiem. Gdy odpowiedziałam, że zawsze interesuje mnie świat żywych stworzeń w każdym odwiedzanym miejscu, zaproponował nam wizytę w Butterfly Center. Centrum motyli znajduje się w niedalekiej odległości od Banteay Srei. Czynne jest od 9:00, ale zrobiono dla nas wyjątek i mogliśmy tam zajrzeć jeszcze przed czasem. Rozpadało się na dobre, szanse na zobaczenie fruwających piękności w otoczonej siatką wolierze były niewielkie, ale miało to swoje plusy. Motyle siedziały na liściach i siatce niezbyt skore do przemieszczania się. Znów byliśmy sami. Pracownik centrum dał nam parasole i oprowadził nas po ośrodku. Parasolki jednak tylko przeszkadzały, więc zaraz je złożyliśmy.

Pokazano nam skrzynkę, do której pracownicy zbierają poczwarki i przyczepiają je do patyczków. Gdy owady przepoczwarzą się, są wypuszczane. Widzieliśmy również klatki, w których pasione są gąsienice. Zbiera się je i umieszcza wraz z innymi w tych skrzynkach, podaje liście, a gdy się przepoczwarzą, lądują w tej pierwszej skrzynce. Mieli tam również gigantyczne patyczaki, które ponoć zjada się na Filipinach.

W trakcie spacerowania wśród roślin nieco zmokliśmy, ale deszcz dopiero miał dać nam w kość. W trakcie przejazdu kierowca zamknął wszystkie burty tuk tuka, inaczej bylibyśmy całkowicie przemoczeni. Sam zmókł niemiłosiernie, ponieważ nie miał nad sobą żadnego daszka. Rozłożył w końcu nad głową parasol, ale niewiele to dawało, szczególnie że już miał wszystko totalnie przemoczone. Stwierdził jednak, że jedziemy dalej, a deszcz i tak nie popsuje nam zabawy. Podziwiam za upór, ja w takich warunkach chyba bym się poddała.

Spełnił też swoją obietnicę. W trakcie przejazdu przez wieś obiecał, że pokaże nam, jak otrzymuje się cukier palmowy. W kolejnej mijanej wiosce zatrzymał się przy ulicy, przy której stało kilka kobiet. Prowizoryczne stragany uginały się od plastikowych pojemników pełnych palmowych cukierków. A raczej palmowego cukru uformowanego w owalne słodkości. Sok wygotowuje się w dużych garach, a później formuje w kulki. Za 3$ kupiliśmy taki pojemnik, do końca wyjazdu podjadając nieco cukru. W domu niestety bardzo szybko to spleśniało… Kobieta sprzedawała również miseczki i sztućce wykonane z palmowego pnia. Koszt takiej miseczki to 4$. Głupio było się targować, więc przystaliśmy na podane ceny. Ale na pewno były znacznie zawyżone.

W następnej kolejności czekały nas kolejne świątynie z tak zwanego dużego kółka – big circle.

Kambodża: Ostatnie chwile w bajecznym Mieście
Kambodża: Khmerska wieś i Phnom Bok

Powiązane wpisy

5 Comments

  1. Monika Żurawska

    Szkoda tych targujących się dzieci, ale wydaje mi się, że zmuszają je do tego dorośli, a nawet jeśli nie, to pewnie jedyne źródło utrzymania. Czasami zdarza się, że mamy za wysokie oczekiwania co do pewnych miejsc i potem czujemy się zawiedzeni, z tego powodu, staram się nigdy nie oczekiwać cudów i własnie dlatego praktycznie zawsze jestem zadowolona z każdej wycieczki:D Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
  2. Enjoye

    Bardzo nas kusi ta Kambodża i Angkor przede wszystkim. Mamy w dalszych planach :) Ciekawa relacja :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Angkor o punkt obowiązkowy jeżeli kiedykolwiek zawitacie do tej części świata :)

      Odpowiedz
  3. Almost Paradise

    Rzeczywiście ta świątynia jest niesamowita! Mam nadzieję, że uda mi się tam kiedyś wrócić na dłużej. My odpuściłyśmy sobie wschód słońca, ale zapolowałyśmy na zachód słońca nad Angkor Wat.
    Szkoda, że spotkały Was takie nieprzyjemne sytuacje. Niestety to biedny kraj, a bieda rodzi patologie.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Następnym razem zdecydowanie wybierzemy się na zachód – wschód słońca, szczególnie w takim miejscu nie jest niestety ciekawym przeżyciem…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close