Kambodża: Khmerska wieś i Phnom Bok

Dzień 10, 21.11.2016 część 2/2

Wspominałam już, że pomysł Konga z zabraniem nas na kambodżańską wieś był strzałem w dziesiątkę? Po wizycie w Kampong Phluk właśnie tego potrzebowaliśmy najbardziej. Ludzkiej życzliwości, uśmiechu, braku nastawienia tylko na branie, chęci wyciągnięcia od naiwnych turystów jak najwięcej $$$. Ponadto z racji wykształcenia zawsze jakoś lepiej czuję się na łonie natury. To był cudowny przerywnik w tej podróży. 

Gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, Kong pokazał nam roślinę, z której wyplata się maty służące za dywany w domach. Przy okazji dowiedzieliśmy się również, że w Kambodży wielu celom służy palma – można z tego drzewa otrzymać cukier (kierowca miał nam również pokazać gdzieś przy okazji, w jaki sposób się go otrzymuje), sok, z liści wypleść maty, dachy chałup, pojemniki, koszyki. Mistrzostwem dla mnie były różne koszyczki, w które pakowane były pamiątki – świeczki, przyprawy czy nawet zakupione w Siem Reap obrazy. Samo takie opakowanie jest pamiątką samą w sobie. Do tego spożywa się również owoce. Oglądaliśmy pola, na których powoli dojrzewał ryż, a wkoło była cisza przerywana jedynie bzyczeniem nielicznych komarów. Jedyne co mnie zdziwiło to to, że na wsi brakowało dzikiego życia – ptaków, gryzoni. Były tylko owady.

Oszałamiająca przyroda, porośnięte ryżem pola… Widoki był niesamowite, ale uwagę przykuwali szczególnie mieszkańcy. Zbyt wiele nie mieli, ale witali nas szerokim, prawdziwym uśmiechem. Dzieciaki podbiegały do drogi i machając do nas krzyczały głośne „hello”. Żadnych wyciągniętych rąk czy prób opchnięcia przedrożonych pamiątek. Swoją zabawę przerywały tylko dlatego, że były nas ciekawe na równi mocno, jak my ich. Były umorusane, w brudnych ubrankach, bez butów, ale mimo wszystko na swój sposób szczęśliwe tak, jak to tylko dzieci potrafią być w tak trudnych warunkach.

Mijaliśmy kolejne ledwo trzymające się domy, kolejne gospodarstwa, mieszkańców, kolejne woły szukające ochłody i schronienia od insektów w rowach z wodą. Mogłam tam zostać. Wcale nie miałam ochoty na powrót do świata, w którym turysta oznacza chodzącą kasę.

Powoli trzeba było jednak wrócić z tej krainy ciszy i spokoju. Kong widząc nasz zachwyt nad miejscami, do których rzadziej docierają inni turyści, zabrał nas w sobie znany zakątek. Początkowo nic nie chciał nam zdradzić poza tym, że jedziemy do miejsca, którego od wielu lat sam nie widział. Po długiej jeździe w oczekiwaniu na to, co nas czeka w następnej kolejności, zatrzymaliśmy się na jakimś utwardzonym placu, przy którym znajdował się maleńki sklepik z napojami i toalety. Standardowo korzystając z toalet w Angkorze należy pokazać bilet zezwalający na wstęp do świątyń (inaczej toalety są płatne – 50 rieli dla lokalsów i 200 dla turystów (jakieś 20 groszy…)), w tym miejscu jednak mężczyzna pilnujący porządku tylko machnął ręką. Był niesamowicie znudzony, w końcu chyba naprawdę niewiele osób przewija się przez to miejsce więc i nic ciekawego się nie dzieje.

Ani jednego samochodu, ani jednego „białego” człowieka. Tylko kilku lokalsów i biegające dookoła kury z maleńkimi kurczaczkami. I takie widoki po drodze na górę:

Kong wyjaśnił, że czeka nas wspinaczka po schodach na szczyt wzgórza. Jasne, nie ma problemu. Dzień był suchy i upalny – sądziłam, że w cieniu drzew wdrapanie się na górę nie będzie trudne. O jakże ja się myliłam… Wspinaczka była nieziemsko wyczerpująca. Mimo upału, w powietrzu właśnie wśród tych drzew, a raczej gąszczu różnych chaszczy, czuć było niesamowitą wilgotność. Było gorąco, ale schody były mokre. Tak samo jak i ja. Po porannym prysznicu włosy dawno zdążyły mi wyschnąć, ale mniej więcej w połowie schodów mogłam je znów wyżymać. Dosłownie – kapały mi z nich krople… Kong tym razem poszedł z nami. Gdy zażądałam przerwy, z autentyczną troską w oczach martwił się, czy aby na pewno był to dobry pomysł, żeby zabrać nas do tego miejsca. Sam się już widocznie lekko spocił, więc możecie sami zrozumieć, jaki to był wysiłek. Ani wcześniej, ani później nie zauważyłam u niego nawet kropelki potu. Ze mnie lało się strumieniami. Na szczęście w miejscu, w którym się zatrzymaliśmy, mogliśmy podziwiać przepiękne widoki roztaczające się na okolicę. Byliśmy tam tylko my i ewentualnie jaszczurki oraz różne inne stwory.

Resztką sił doczołgałam się na górę. Gdy już myślałam że to koniec mordęgi, okazało się, że wciąż jeszcze pozostał niewielki fragment trasy pod górę. Kong zarządził jednak przerwę wykorzystując chwilę na odpoczynek i rozmowę ze strażnikiem, którego zastaliśmy pod jakimś daszkiem. Mężczyzna zwrócił uwagę na moje odsłonięte ramiona, ale szybko wyjaśniliśmy, że na podejście do świątyni mam zabrany z rana sweter, który zaraz założyłam. Gorąco było jak nie wiem, ale tylko tym mogłam się okryć – uszanowanie miejsca i uczuć mieszkańców było ważniejsze niż chwila dyskomfortu. Długo tam jednak nie posiedziałam. Obok nas przeleciał jakiś motyl, którego wcześniej nie widziałam, więc zaraz zerwałam się na równe nogi żeby go sfotografować. Strażnik musiał mieć ze mnie niezły ubaw – wyczerpana, ubrana w sweter Europejka mokra od potu i ganiająca za jakimiś owadami… Swojego rozbawionego spojrzenia nie był w stanie ukryć..

Na szczycie wzniesienia, od którego nazwę ma świątynia – Phnom Bok – Kong przyznał się nam, że ostatni raz był w tym miejscu 10 lat temu. Chciał przy okazji pokazania nam tych ruin sprawdzić, czy w ogóle warto tam przywozić innych turystów. Oj było warto. Mimo że wejście było bardzo męczące, szybko o tym zapomniałam.

Byliśmy tam tylko my, stare mury i drzewa porastające pozostałości budowli. Wieże z wyrastającymi z nich gałęziami wyglądają, jakby miały jakieś dziwne fryzury poczochrane przez matkę naturę. Co ciekawe, drzewa te na szczytach świątyni wyglądały inaczej niż te rosnące w normalnych warunkach. Plumerie – bo o nich mowa – były strasznie skarłowaciałe i prawie pozbawione kwiatów. Te, które rosły normalnie w ziemi miały normalnie, wysokie pnie i kwitły już nieśmiało pierwszymi kwiatami.

Phnom Bok powstała między IX a X wiekiem za panowania króla Yasowarmana na wzgórzu mającym 212 m wysokości. Ze świątyni zbyt wiele się nie uchowało – zawalonych budynków nikt nie próbuje odrestaurować – ale wciąż można podziwiać tam kilka ciekawych detali takich jak dobrze zachowane płaskorzeźby czy różne żłobienia. Wiele elementów z tej budowli znajduje się obecnie w paryskim muzeum Guimet. Największym czarem Phnom Bok jest jednak ta cisza i uczucie, jakby czas zatrzymał się w miejscu…

Phnom Bok znajduje się jakieś 25 km od Siem Reap – kawałek drogi, ale warto się tam zatrzymać chociaż na chwilę. To jedno z trzech wzgórz, na których królowie pobudowali niegdyś świątynie. I chyba to miejsce jest najmniej znane wśród turystów, najbardziej tajemnicze i dzikie, przez co najciekawsze. Pozostałe dwie świątynie to Phnom Bakheng (z jej szczytu obserwuje się zachody słońca nad Angkor Wat) i niewidziana przez nas Phnom Krom. Po zdjęciach znalezionych w Internecie wnioskuję jednak, że ta ostatnia jest niezbyt interesująca.

Gdy udaliśmy się w drogę powrotną, trafiliśmy na niewielkie kwitnące już drzewko plumerii:

Zejście z góry niby miało być łatwiejsze, aż tak mokra nie byłam, ale za to czułam te wszystkie schody na kolanach. Tym gorzej, bo nie byłam w turystycznych butach, tylko zwykłych sandałach. Co warto ze sobą zabrać do tego miejsca? Dobre buty i spray na komary. Jest ich tam cała masa.

Przyszła pora na obiad. Kong obiecał zabrać nas do swojej rodzinnej wioski, w której znów zatrzymaliśmy się w jakimś turystycznym miejscu. Padło na restaurację Ancient, gdzie zamówiliśmy tym razem „Angkor stew”, sajgonki oraz piwo. Za całość zapłaciliśmy 17,5$. Potrawka nie zapadła mi w pamięć, ale sajgonki były naprawdę dobre.

Nasz kierowca dość długo się tam zasiedział, więc po posiłku postanowiliśmy zwiedzić pobliską świątynię. Było nam to bardzo na rękę. Tuż obok restauracji można było skręcić z głównej trasy do świątyni Banteay Samre. Tak też zrobiliśmy. Poza nami było tam niewiele osób. Oczywiście przy zjeździe z głównej drogi do ruin czyhały na turystów dzieci, ale dziwnym trafem nas ominęły. Może nie wyglądaliśmy zbyt bogato, a może Kong zdążył szepnąć już jakieś słówko, że do nas nie warto podchodzić?

Banteay Samre powstała na polecenie króla Surjawarmana II w połowie XII w. Zrekonstruowano ją w latach 30 XIX wieku. Wejście nie wygląda imponująco, ale w środku to już zupełnie inna bajka. Świątynia zachowała się w świetnym stanie, co szczególnie dobrze widać po bogatych zdobieniach. Wszystkie budynki wewnątrz murów zbudowano na podwyższeniu – ponoć w czasach świetności tej świątyni była tam wewnętrzna fosa!

Z Banteay Samre wiąże się ciekawa legenda. Khmerowie uwielbiają różne takie historie. W ludzie Samre był sobie niegdyś rolnik, który z pozyskanych w nadprzyrodzony sposób nasion uzyskiwał smaczne, słodkie ogórki. Po pierwszych zbiorach poszedł uczcić króla, który tak rozsmakował się w plonie rolnika, że zażądał, żeby rolnik od tej pory całe zbiory oddawał tylko jemu. Pewnego razu przez trudne warunki pogodowe plon był znacznie niższy, przez co król postanowił osobiście udać się do rolnika, żeby się z nim rozmówić. Mężczyzna uznał go jednak za złodzieja i zabił. Gdy tylko zorientował się, co zrobił, postanowił zakopać ciało króla na środku swojego pola. Król nie miał syna, więc w związku z jego śmiercią sukcesja tronu, czyli również i stabilność kraju, zostały zagrożone. Królewscy urzędnicy nie mogąc zdecydować, kto następny powinien przejąć władzę, postanowili zostawić wybór losowi – wezwali „słonia zwycięstwa”, żeby ten wskazał, kto powinien zasiąść na tronie. Paradoksalnie słoń zatrzymał się w celu pożywienia się ogórkami na polu rolnika, który zabił króla. Zatrzymał się, pozdrowił chłopa trąbą i delikatnie uchwyciwszy go, usadził go sobie na grzbiecie. Zwierzę wybrało, więc rolnika obwołano nowym królem. Chcąc uhonorować swojego poprzednika nowy władca postanowił wykopać jego ciało i pochować je z największymi, należnymi mu honorami w trakcie obrzędów prowadzonych w świątyni Pre Rup, dostojników jednak oburzyło jego zachowanie, oskarżyli go o łamanie tradycji. Nowy król opuścił pałac i zbiegł w okolice Banteay Samre. Wezwał tam jednak wciąż lojalnych staremu królowi urzędników, gdzie wszystkich ich ściął. Od tamtej pory długo panował w pokoju dla swojego ludu.

Po wizycie w świątyni, gdy mieliśmy już wracać do Siem Reap, Kong zawiózł nas do swojego rodzinnego domu! Mieliśmy okazję poznać jego rodziców i rodzeństwo. Przy okazji dowiedzieliśmy się również, że on sam mieszka w wynajętym pokoju w Siem Reap wraz z żoną i małym synkiem. Obeszliśmy dookoła dom i ogród podziwiając coraz to inne rośliny uprawiane przez gospodarzy – mango, bananowce i wiele innych. Pochwalił się też papają, którą sam osobiście posadził. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że papaje i bananowce rosną oddzielnie jako osobniki męskie i żeńskie. Tylko z żeńskich oczywiście możliwe jest uzyskanie owoców. Do tego jeszcze dostaliśmy również małą limonkę i jeszcze nieco niedojrzałe pomelo z przykazem, żeby zjeść je z solą, cukrem i chilli. Po drugiej stronie ulicy przyglądała się nam kobieta z dzieckiem na ręku. Wzbudziliśmy niemałe zainteresowanie.

Na Banteay Srei zabrakło tego dnia czasu. Może i dobrze, bo dzięki temu odwiedziliśmy wiele równie ciekawych miejsc. Kong poprosił nas, żebyśmy słowem nie wspominali w hotelu, że nie widzieliśmy tej świątyni. Miał nas tam zabrać nieoficjalnie następnego dnia.

Wieczór spędziliśmy w hotelu. Następnego dnia mieliśmy opuścić Siem Reap, więc w recepcji kupiliśmy bilety na nocny autobus do Phnom Penh. Z biletami w ręku wróciliśmy do pokoju – przyszła pora na świętowanie moich urodzin. Jako że nigdzie nie mogliśmy znaleźć tortu, za takowy posłużyły kupione poprzedniego dnia robaczki ;)

Czy taka kolacja może być smaczna? Nie wypowiem się, bo smak można poznać wtedy, gdy się wgryzie nieco w posiłek. Wąż był strasznie wysuszony, ledwo dało się go pogryźć. Przez to i smak jakoś mi uciekł. Skorpion i pająk? Zaczęliśmy od tego pierwszego. Odrobinę czegoś przypominającego mięso znaleźliśmy w odwłoku, ale była to tak niewielka ilość, naprawdę nie dało się poczuć tego smaku. Do tej pory nie rozumiem, jak turyści mogą jeść skorpiona wraz z jego pancerzem. W czasach głodu mieszkańcy na pewno nie mieli żadnego wyboru, liczył się każdy fragment, ale obecnie? Chityna jest bardzo trudna do pogryzienia, poza tym ludzki żołądek nie jest w stanie jej przetrawić. Po pierwszej próbie przeżucia kawałka pancerzyka, darowaliśmy to sobie. Przyszła pora na tarantulę. Chyba nie zaskoczę Was stwierdzeniem, że tutaj też nie było co zjeść. Pochrupaliśmy owłosione odnóża, ale naprawdę jedzenie pancerza jest mało ciekawym doświadczeniem. Brak temu smaku czy jakiegoś wyraźniejszego zapachu. Mdłe to było jak nie wiem. Jedyna w odwłoku można było zjeść co nieco, ale miało to dziwną kremową konsystencję… Jeżeli chodzi o pokonanie obrzydzenia i strachu przed pająkami, wyszłam z tego pojedynku zwycięsko. Na pewno więcej nie będę miała wątpliwości, czy dam radę to jeszcze zjeść, ale z drugiej strony jakiegoś celu w ponownym próbowaniu tych „przysmaków” nie widzę.

Świeczkę zdmuchnęłam z myślą, że był to niezwykły dzień. Takich urodzin jeszcze nigdy nie miałam. Niby nie wszystko poszło po naszej myśli, nie wszystko nas zachwyciło, ale na pewno dzień ten zachowam na długo w swojej pamięci. W końcu nieczęsto ma się tort z pajęczaków gdzieś na drugim krańcu świata ;)

Kambodża: Banteay Srei i senne motyle
Kambodża: Kampong Phluk - pływająca wioska

Powiązane wpisy

11 Comments

  1. Justyna

    Chyba nie odważyłabym się zjeść węża ;)
    Zdjęcia wspaniałe, marzą mi się podróże w tak egzotyczne zakątki globu!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dla mnie zdecydowanie trudniejsze było spróbowanie pająka ;)

      Odpowiedz
  2. Adko

    Wspaniałe widoki. Zazdroszczę, szkoda, że w te wakacje pomysł już w realizacji, ale trzeba będzie przemyśleć plany na kolejny rok :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Polecam na czas naszej późnej jesieni lub zimy! :)

      Odpowiedz
  3. Linoryt

    Jestem pod ogromnym wrażeniem. Takie teksty powinny być wykorzystywane jako fragmenty podręczników do geografii w szkołach :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Hehe… dzięki! ;)

      Odpowiedz
  4. Iwona

    Fajnie czyta się takie relacje :) Ja kocham wioski i wszędzie, gdzie jadę chcę bywać właśnie w takich miejscach.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Ja też zdecydowanie wolę takie miejsca – można podejrzeć nieco prawdziwego życia mieszkańców. No i nie ma tam non stop rozpychających się tłumów…

      Odpowiedz
  5. jacek

    Moniko, jak zwykle świetna opowieść

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dzięki!

      Odpowiedz
  6. Justyna

    Miałam znajomego, który pochodził z Kongo :) Byliśmy jednak dzieciakami i zbyt wiele się od niego nie dowiedziałam XD Zazdroszczę wyprawy!

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close