Kambodża: Ostatnie chwile w bajecznym Mieście


Dzień 11, 22.11.2016 część 2/3

Przyszła pora na ostatnie chwile w Angkor i ostatnie świątynie z dużego kółka. Jedną z nich była Preah Khan – świątynia, w której dość szybko się zgubiliśmy… Kong nie ostrzegał nas, że miejsce to jest tak bardzo rozbudowane, więc wystarczyła chwila nieuwagi, żeby stracić orientację.

A tej chwili nieuwagi przyczyniła się pewna polska para, którą spotkaliśmy w jednym z korytarzy. Tak się zagadaliśmy, że zupełnie zapomnieliśmy, w którą to stronę powinniśmy iść. Początkowo zwiedzanie ruin wydaje się być proste, ale im dalej się idzie, tym bardziej droga się komplikuje. Zawalone przejścia, postawione jakby przypadkowo budynki i liczne rozwidlenia sprawiają, że naprawdę nietrudno się tam zgubić. Niestety zbyt dokładnie nie zwiedziliśmy tego miejsca. Po wyjściu nagle znaleźliśmy się jednak po stronie, po której kompletnie nie mogliśmy znaleźć naszego kierowcy. Szybko zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak – fosa wyglądała inaczej. Ale dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się murom z dwóch różnych stron.

Preah Khan to duża świątynia zajmująca powierzchnię prostokąta o wymiarach 700 na 800 metrów. Dookoła znajdują się fosy. Do świątyni wchodzi się groblami, których strzegą bezgłowe lub prawie pozbawione głów postacie. Postacie są pozbawione oblicz w wyniku celowego działania. Przy alei olbrzymów zniszczono wszelkie możliwe symbole religijne po tym, jak po śmierci króla Dżajawarmana VII zapanowały antybuddyjskie nastroje. Król odpowiedzialny był za zmianę religii z hinduizmu, co nie do końca spodobało się klasie arystokratycznej.

Świątynia została jedynie oczyszczona z zarastającej ją dżungli, nie odbudowano jej, jednak wiele elementów zostało podpartych drewnianymi podporami. Mam wrażenie, że miejsce to będzie ulegało coraz szybszym procesom zniszczenia. A szkoda…

Gdy tak błądziliśmy pośród starych murów, moją uwagę zwraca niesamowita ważka wyglądająca tak, jakby ktoś uciął jej końcówki skrzydeł. Jednak było to bardzo mylne wrażenie – końce pozostały niewybarwione!

Gdy już odnaleźliśmy naszego tuk tuka, udaliśmy się do kolejnej świątyni – położonej na wyspie maleńkiej Neak Pean. Zanim jednak ruszyliśmy na zwiedzanie, mąż chciał u okolicznych sprzedawczyń zakupić butelkę wody. Kobiety gotowe były pobić się o klienta! Gdy tylko zbliżył się do jednej, zaraz obstąpiły go inne. Zaczęły się kłócić, u kogo i co ma kupić! Mieliśmy ochotę odpuścić zakupy i po cichu wycofać się z tego zgiełku. Okazję zarobku zwęszyła również nieco oddalona kobieta sprzedająca banany. Jak tylko zobaczyła co się dzieje, zaraz ruszyła pędem w stronę zgromadzenia. Nam jednak chodziło tylko o butelkę wody… Nasz kierowca był równie zdziwiony jak my (można rzec, że nawet zniesmaczony) tym zachowaniem. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy.

Tak w ogóle to szkoda, że przy tych wszystkich świątyniach głównie sprzedawane są ubrania i inne pamiątki. Żeby były tam niewielkie stoiska z ulicznym jedzeniem, ludzie byliby raczej bardziej zainteresowani zakupami. Przecież chętniej sięgnie się po smaczną lokalną przekąskę, niż kolejne spodnie w słonie za dolara. Niestety przekąsek praktycznie wszędzie brakowało.

Wracając do Neak Pean… Żeby tu dojść, trzeba pokonać długi drewniany most przerzucony nad okresowym, płytkim jeziorem. Wody w listopadzie trochę było, ale i tak można było podglądać wodorosty i przyklejone do nich duże  ślimaki.

Neak Pean to jedno z tych miejsc, w których zbytnio się nie nachodzimy. Tu wszystko jest mniejsze, pozbawione swojej monumentalności i wzniosłości. Nie znaczy to jednak, że miejsce nie jest ciekawe. Nazwa tego miejsca oznacza „skręcone nagi” – nagi to węże które znajdują się u podstawy kolistych schodów, na których szczycie zbudowane zostało sanktuarium. Miejsce to ponoć jest magiczne, miało leczyć wszelkie choroby. W czasie pory deszczowej świątynia otoczona jest wodą.

Trzecią świątynią była niepozorna wydawać by się mogło Ta Som zbudowana pod koniec XII wieku. W porównaniu do Preah Khan jest ona naprawdę niewielka. To miejsce również nie zostało odrestaurowane, umocniono jedynie najbardziej rozsypujące się fragmenty. A jest ich tam sporo – chodząc pomiędzy murami ma się wrażenie, że świątynia ta została zbudowana wręcz niedbale. Na wejściu przywitała nas brama z obliczami Buddy królującymi nad naszymi głowami.

W Ta Som też daliśmy trochę ciała. Miejsce to kojarzone jest głównie z bramą, nad którą góruje wielkie drzewo z długimi korzeniami podporowymi sięgającymi ziemi tuż przed wejściem. Byliśmy tuż przy tej bramie, tyle, że staliśmy po jej wewnętrznej stronie nie wychodząc poza mury świątyni. A żeby zobaczyć te korzenie, należało właśnie przejść przez to wejście… Kolejny punkt do odhaczenia przy kolejnej wizycie w Angkorze.

Na koniec zostały nam dwie bardzo podobne do siebie świątynie – obie wybudowane z cegły bez użycia zaprawy murarskiej! Wszystkie późniejsze budowle powstawały już jedynie z kamienia. Pierwszą z odwiedzonych przez nas był Wschodni Mebon wybudowany w 952 roku.

Wschodni Mebon to budowla o kształcie piramidy, z pięcioma wieżami ustawionymi na szczycie górnego tarasu. Odkryte tutaj inskrypcje oddają hołd trójcy hinduistycznej, co jest naprawdę wyjątkowe – inskrypcje w innych miejscach poświęcone są tylko i wyłącznie kolejnym władcom nakazującym wybudowanie danego przybytku. Jednak Radżendrawarman był bardzo tolerancyjnym królem. Na polecenie władcy w świątyni tej znajdował się ogromny wykonany z brązu posąg boga Wisznu – można go obecnie zobaczyć w paryskim muzeum Guimet.

Na rogach świątyni do dzisiejszych czasów zachowały się ogromne rzeźby przedstawiające zwierzęta – głównie słonie.

Na koniec została nam prawie bliźniacza do Wschodniego Mebonu świątynia Pre Rup. Ta budowla powstała na planie prostokąta w 961 roku. Wschodni Mebon wież miał pięć, Pre Rup natomiast sześć, ostatnia jednak nigdy nie została dokończona. Pre Rup zwana jest sarkofagiem – być może w miejscu tym palono niegdyś ciała królów.

 

I to była ostatnia świątynia, którą widzieliśmy w trakcie pierwszej wizyty w starożytnym mieście Angkor. Akurat jak na złość na koniec zwiedzania pogoda nieco się polepszyła… Co prawda niebo wciąż było zasnute chmurami, ale przynajmniej przestało padać.

Trzeba było wracać do Siem Reap. Wieczorem mieliśmy opuścić miasto, ale do naszego nocnego autobusu do Phnom Penh zostawało nam wciąż dobre kilka godzin, które mieliśmy zamiar spożytkować na zwiedzenie naszej bazy wypadowej oraz prysznic przed podróżą. Gdy wracaliśmy, okazało się, że możemy liczyć jeszcze na co najmniej dwie atrakcje. Najpierw poprosiliśmy Konga, żeby zabrał nas do warsztatu, gdzie wytwarza się ręcznie różne pamiątki. Druga propozycja wyszła od Konga, bo wiedział, że chcielibyśmy zobaczyć pokaz tradycyjnych khmerskich tańców. Impreza taka jest droga – wcześniejsze opcje kosztowały nawet 40$ od osoby. Kierowca powiedział jednak, że może zabrać nas do restauracji, w której pokaz taki kosztuje 12$ i w cenę wliczona jest kolacja w postaci bufetu. Czy mogliśmy to odpuścić? Oczywiście że nie!

Kambodża: Wieczór tradycyjnych tańców khmerskich
Kambodża: Banteay Srei i senne motyle

Powiązane wpisy

6 Comments

  1. Zastrzyk inspiracji

    Ale genialne miejsce, piękne zdjęcia i niesamowity klimat. Zazdroszczę :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Do tej pory nie wierzę, że tam byłam :) Polecam!

      Odpowiedz
  2. WolnymKrokiem

    Faktycznie nie dałabym 40$ za pokaz tańca, ale 12$ z kolacją już pewnie tak.. :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      I to jeszcze z jaką kolacją! :D

      Odpowiedz
  3. Asia

    Cudowne zdjęcia! To jedno z moich podróżniczych marzeń, zazdroszczę :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Marzenia się spełnia, więc trzymam kciuki, że i Ty kiedyś zobaczysz to miejsce na własne oczy :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close