Na podbój nieznanych lądów… இலங்கை!

இலங்கை oznacza nazwę pewnego niezwykłego kraju, do którego wybieram się w najbliższym czasie. Jakiego? Jeżeli czytaliście wpis z podsumowaniem roku 2014, to na pewno już domyślacie się znaczenia tych dziwnych znaczków :)

Po raz pierwszy postanowiliśmy wybrać się gdzieś poza granice Europy lub granice krajów Europę przypominających. Jeszcze nie tak dawno, szykując się do wyjazdu do Maroka w 2013 r. sądziłam, że będzie to wyprawa życia, totalna egzotyka i same nowości. Na miejscu okazało się, że Maroko owszem może nie jest zbyt europejskie, ale wpływy starego kontynentu są w nim odczuwalne. Tak więc jeśli chodzi o tą „totalną egzotykę”, to odrobinę mi jej zabrakło. Co oczywiście nie zmienia faktu, że Marokiem jestem zachwycona i liczę, że kiedyś tam wrócę.

Tym razem rzuciliśmy się na tak zwaną głęboką wodę. Wykorzystując okazję, jaka pojawiła się na koniec listopada (niesamowita promocja linii Air Serbia), upolowaliśmy bilety na… Sri Lankę. I w tym miejscu zagadka się rozwiązała: இலங்கை po tamilsku oznacza nazwę kraju położonego na wyspie zwanej Cejlonem. Sri Lanka to ta mała kropka po prawej stronie Indii ;) Cała wyspa jest niewiele większa od powierzchni Litwy.

Tak daleko jeszcze nigdy mnie nie wywiało. Sri Lanka była moim marzeniem już od dłuższego czasu, ale nigdy nie były to żadne konkretne plany. Bardziej przypominało to zastanawianie się, co by było gdybym tam kiedyś trafiła. Do tej pory ceny biletów lotniczych bardzo skutecznie mnie zniechęcały. Tym razem ze względu na niesamowitą okazję nie można było po raz kolejny powiedzieć „może kiedyś”. Decyzja została podjęta w ciągu kilkudziesięciu minut intensywnej burzy mózgów. Stało się – wylot już 15.01! Wychodzę z założenia, że marzenia trzeba spełniać tu i teraz, szczególnie gdy nadarza się ku temu tak doskonała okazja. Może nigdy więcej nie trafi się taka możliwość, może nie będzie warunków?

Lot odbywa się na pokładzie wspomnianych już samolotów linii Air Serbia (pod patronatem Etihad – jednej z najlepszych linii lotniczych świata). Wylatujemy z Warszawy, ale zanim dotrzemy do Kolombo, czekają nas dwie przesiadki. Pierwsza, ponad 12 godzinna – w Belgradzie. Wykorzystamy tę okazję na zwiedzenie serbskiej stolicy, dzięki czemu będzie można dodać kolejne państwo do listy europejskich krajów, które odwiedzę przed 30tką (mam podobne plany jak autorka jednego z polecanych przeze mnie blogów ;)). Mam nadzieję że pogoda w Serbii dopisze – według znalezionych dotychczas informacji, styczeń w tym państwie jest najmniej przyjemnym miesiącem ze średnią liczbą godzin słonecznych równą 2 na dzień…
Po krótkim zwiedzaniu serbskiej stolicy wylatujemy z Belgradu do Abu Zabi, gdzie mamy ponad 7 godz. wolnego czasu. Tam również nie będziemy gnić na lotnisku i wybierzemy się do miasta. Pogoda w Emiratach zapowiada się ciekawie – 25 stopni i bezchmurne niebo :) W sam raz na zobaczenie kilku miejsc, o których już od pewnego czasu myślę, ale o tym napiszę dokładniej w szczegółowej relacji z wyjazdu. W stolicy Emiratów czeka nas pierwsza zmiana czasu – zegarki przestawimy o 3 godz. do przodu.

Z Abu Zabi lecimy już wreszcie prosto na Sri Lankę – do Kolombo. Podobno loty na trasie Belgrad – Abu Zabi i Abu Zabi – Kolombo odbywały się kiedyś na pokładzie samolotu Etihad, ale czy tak będzie tym razem? Zobaczymy. Na pewno nie będę miała nic przeciwko takiej kombinacji, chętnie porównam sobie warunki panujące na pokładzie takiej linii z innymi znanymi mi dotychczas.

W Kolombo lądujemy wieczorem, po ponad 30 godz. podróży. Przy okazji przestawimy nasze zegarki o kolejne 1,5 godz. do przodu (różnica czasu między Polską a Sri Lanką wynosi 4,5 godz.). Zapewne będziemy tak wyczerpani, że odechce się nam nocnego szwendania się po mieście – na razie w planach jest doczłapanie się do hotelu znajdującego się blisko lotniska. Ale już następnego dnia zaczniemy naszą lankijską przygodę.

Już nie mogę się doczekać, bo od zawsze marzyłam, żeby zobaczyć dzikiego słonia (może nadarzy się okazja do nakarmienia małego słoniątka w sierocińcu?), uwielbiałam oglądać zdjęcia krajobrazów z herbacianymi polami po wschodzie słońca, chciałam powygrzewać się nad Oceanem Indyjskim i chociaż raz w życiu zobaczyć plaże, które pokazywane są w reklamach w tv. Teraz wszystkie te marzenia mają szansę się spełnić. Co prawda może czyhać na nas sporo zagrożeń (zaczynając od chorób tropikalnych – np. malarii i dengi, poprzez zwykłe problemy żołądkowe, niepogodę lub wręcz przeciwnie udar słoneczny, szalejących na drogach lankijskich kierowców, oszustów, na dzikich zwierzętach kończąc), ale przez ostatnie półtora miesiąca staraliśmy się przygotować jak najlepiej się dało.

Na początku grudnia zrobiliśmy zalecane szczepienia na błonicę, tężec, polio, krztusiec i dur brzuszny oraz pierwszą dawkę na żółtaczkę typu A+B (szczepienia przeciw WZW wykonuje się w trzech dawkach – 2 dawka następuje miesiąc po pierwszej, a trzecia – ostatnia – pół roku później). Żeby uodpornić się na żółtaczkę typu A+B wystarczą dwie dawki, ale ta trzecia jest kluczowa w uzyskaniu odporności na całe życie. Niestety drugie szczepienie na WZW nieco skomplikowało mi zapalenie oskrzeli, w trakcie którego zmuszona byłam brać antybiotyk. Warto zapamiętać, że szczepić się można około tygodnia po zaprzestaniu przyjmowania antybiotyków. W moim przypadku czekanie tylu dni nie było możliwe dlatego drugą dawkę przyjęłam 3,5 dnia po odstawieniu leków. Wcześniejsze zaszczepienie mogłoby skutkować niewiadomymi skutkami ubocznymi…
Poza szczepieniami, nakupiliśmy masę środków z 30% DEET na komary (niestety komary przyciągam jak mało kto…), kremy z filtrem i czapki/ kapelusz wylądowały w walizce w pierwszej kolejności razem z przejściówkami do gniazdek elektrycznych. Wyszliśmy z założenia, że nie będziemy kupować leków na malarię – w razie zachorowania i tak sami nie będziemy w stanie prawidłowo rozpoznać objawów, dlatego jeśli coś złapiemy, udamy się do tamtejszego lekarza. Zawsze zabieramy ze sobą podstawowe medykamenty, ale tym razem apteczka pęka w szwach… Wykupiliśmy standardowo ubezpieczenie obejmujące całą podróż. Na niepogodę mamy parasole i gigantyczne, niebieskie płaszcze przeciwdeszczowe.

Jeśli chodzi o cejlońskie warunki drogowe to jedynym rozsądnym rozwiązaniem pozostało wynajęcie samochodu z kierowcą (Joanna, jeśli to czytasz – dzięki wielkie za namiary ;) ). Po tym, czego się naczytałam w najróżniejszych relacjach z wypraw, nie chcę ryzykować jazdy lewą stroną wśród licznych piratów drogowych za nic mających jakiekolwiek przepisy czy zasady na drodze. Chętnie przekonałabym się, jak to jest prowadzić samochód po tej „odwrotnej” stronie, ale chyba jednak wstrzymam się z tym na razie, a przynajmniej nie będę eksperymentować na Sri Lance. Istnieje tam kodeks drogowy, ale podobno nikogo nie dziwi, jeśli ktoś jedzie pod prąd. Nawet policja podobno nie reaguje w takich przypadkach, bo jeśli jedziesz pod prąd to znaczy że musisz i już. Jedyną panującą tam zasadą jest zasada odważniejszego…
Chyba tylko w dwóch z przeczytanych dziesiątek relacji widziałam, żeby ktoś zdecydował się na samodzielne wynajęcie samochodu. W pierwszym przypadku skończyło się to na licznych obtarciach samochodu, a w drugim na poważnie wyglądającej stłuczce, gdy właśnie w ten wynajęty samochód wjechał autobus… To brzmi zachęcająco, prawda? Poza tym wszystkim „wynajęcie” kogoś z jego własnym autem zapowiada się wyjść dużo taniej niż samochód z wypożyczalni. Dodatkowym plusem takiego rozwiązania jest to, że o nic nie musimy się martwić – poza sprawnym i bezproblemowym (miejmy nadzieję) poruszaniem się po kraju, zyskujemy przewodnika oraz – jakby nie patrzeć – mobilną skrytkę na bagaże. Tak więc po co niepotrzebnie się stresować, w końcu ma to być urlop :) A nasz kierowca ma imponujące doświadczenie – w roli szofera pracuje od 22 lat!
Dobra, a tak serio to mimo wszystko mam pewne obawy…

Chcemy odwiedzić całkiem sporo miejsc, dlatego mapa wyprawy prezentuje się wstępnie tak:

Sri Lanka mapa

Ile z tego uda się zrealizować? Trudno powiedzieć. Jak już wspominałam, to pierwsza tak daleka wyprawa do tak innego miejsca niż wszystkie dotychczasowe. Będzie dobrze, jeśli uda się zrealizować przynajmniej 80% wstępnych założeń.

Wszystko co się nam przydarzy, opiszę niedługo tutaj. Niestety prawdopodobnie intensywność wyjazdu nie pozwoli mi na pisanie na bieżąco, ale spróbuję czasem coś wrzucić. Zapraszam też na profil fb. Relacja z Pragi po raz kolejny będzie musiała poczekać na swoje dokończenie ;)

A tymczasem trzymajcie za nas kciuki, żebyśmy wrócili cali i zdrowi z tych jakże egzotycznych wakacji! Wracam do pakowania walizek…

SRI LANKO – NADCHODZĘ! :D

Serbia: Pierwsza przesiadka w drodze na Sri Lankę – wizyta w Belgradzie

Powiązane wpisy

13 Comments

  1. radiX

    Polecam gorąco http://kusumsiritravels.pl – Polska wersja strony fantastycznego Kusumsirim który profesjonalnie i ciekawie pokaże Wam wszystko na Sri Lance. Skorzystałem w lutym 2015 roku i do teraz wspominam najfajniejsze wakacje…..

    Odpowiedz
    1. Natalia

      A jaki jest koszt usług Kusumsiritravels?

      Odpowiedz
      1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

        Niestety nie potrafię powiedzieć, ile obecnie Kusumsiri bierze za swoje usługi, ale my płaciliśmy po drobnych negocjacjach 55$. Wydaje mi się, że spokojnie można było próbować jeszcze zejść z tej ceny w dół

        Odpowiedz
  2. Martyna

    Świetnie prowadzony blog! Przepiękne zdjęcia, a czytanie postów strasznie wciąga :) W kwietniu również wybieram się ze znajomymi w te strony i rozważamy różne warianty środków transportu. Z tego co opisujesz wynika, że wynajęcie samochodu wraz z kierowca było dobrą decyzją. Mogłabyś podać namiar na tego Pana i napisać ile szacunkowo wyniosły Was jego usługi? Czy np w trakcie podróży dodatkowo opłacaliście mu noclegi i posiłki? Byłabym bardzo wdzięczna za odpowiedź:)

    Odpowiedz
    1. MonikaMonika (Autor posta)

      Bardzo dziękuję za miłe słowa, aż chce się dalej pisać! ;)
      Podobno najlepszą i najtańszą opcją na poznanie Sri Lanki jest korzystanie z publicznych środków transportu, ale jeśli chce się zobaczyć jak najwięcej w krótkim czasie, zdecydowanie polecam kierowcę. Właśnie ze względu na mało czasu nawet nie braliśmy już później pod uwagę innych opcji. Dziennie płaciliśmy kierowcy 55$ (z tego co zdążyłam się zorientować stawki wahały się od 50 do 60$, czasem nawet są jeszcze wyższe, ale trzeba się targować). Jeśli jedzie się w kilka osób (do Toyoty Kusumsiri zapakuje się pewnie co najmniej 6 os.), jest to bardzo opłacalne.

      W tych 55$ zawarte było już wszystko – paliwo, jego noclegi oraz posiłki, nie musieliśmy przejmować się praktycznie żadnymi dodatkowymi kosztami, a nawet kilka razy to kierowca kupił nam jakąś drobną przekąskę (rotti albo jakiś owoc). Tylko w Anuradhapurze płaciliśmy dodatkowo za parking. Samochód z kierowcą to na lankijskie warunki drogowe najlepsza opcja, poza tym nie musicie się wtedy przejmować gdzie, dokąd i jak dojechać – zostaniecie zawiezieni w każde miejsce, w które tylko sobie zażyczycie. Tylko trzeba uważać, bo kierowca najprawdopodobniej dodatkowo zarabia na tym, co kupicie w miejscu, do którego Was zawiezie. Takie są przynajmniej moje przypuszczenia. Jeszcze dzisiaj opublikuję kolejny post z kilkoma słowami na ten temat.

      Najlepiej będzie kontaktować się z Kusumsiri mailowo: kusumsiri55@gmail.com. Ma też swoją stronę: http://kusumsiritravels.com/index.html. Jeśli nie chcecie sami organizować noclegów, Kusumsiri może zrobić to za Was, tyle że wtedy jego propozycje dotyczyć będą hoteli w cenach 50-60$ za pokój dwuosobowy. Standard raczej jest bardzo dobry, ale jak dla nas było to stanowczo za dużo. Najdroższy nocleg jaki mieliśmy (znaleziony samodzielnie) kosztował bodajże 34$/2os.

      W razie jakichkolwiek dodatkowych pytań pisz śmiało, postaram się pomóc :) Pozdrawiam i życzę udanej wyprawy!

      Odpowiedz
      1. Kasia

        Piękny blog! Zaczytałam się wczoraj po same uszy :)
        Czy pamięta pani mniej więcej ile wyniosła plus minus cała wyprawa?

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          Cieszę się, że ta relacja tak wciągnęła ;) Jeżeli chodzi o pełny koszt, to niestety nie pamiętam, ile zapłaciliśmy za wszystko łącznie (koszt przywiezionych pamiątek zupełnie mi z głowy wyleciał). Ale składowo – kierowcy zapłaciliśmy za całą wyprawę ok. 600$ (paliwo, jego wyżywienie, noclegi i ogółem dostępność przez 24 godz. na dobę). Nasze noclegi kosztowały po uśrednieniu ok. 15-20$ za noc za pokój dwuosobowy, najczęściej ze śniadaniem. Pokój z łazienką i dostępem do Internetu. Najdroższe były wejściówki, o biletach wstępu piszę w poszczególnych wpisach (wraz z przeliczeniem na złotówki). Za lot zapłaciliśmy 1360zł za osobę(w cenę tę wliczone są przeloty Warszawa – Belgrad – Abu Zabi – Sri Lanka i z powrotem włącznie z oddzielnie wykupionym przelotem z bagażem z Budapesztu do Warszawy na pokładzie Wizz Air). Do tego należy doliczyć szczepienia, które stanowiły znaczny koszt, ale będą na pewno przydatne przy kolejnych wyjazdach. Dur brzuszny, wirusowe zapalenie wątroby A+B, łączona szczepionka na tężec, błonicę, polio, krztusiec – to był dla nas koszt aż 1090zł na osobę. Ale jak wspomniałam – szczepienia te będą też użyteczne przy kolejnych wyprawach, więc warto w nie zainwestować. I ogółem lepiej mieć je aktualne również w Polsce (no może poza durem) :)

          Odpowiedz
          1. Kasia

            Bardzo dziękuję za odpowiedź. Mam to szczęście, że pracuję w Wielkiej Brytanii i szczepienia mam za darmo (poza wścieklizną i japońskim zapaleniem mózgu), także trochę kosztów odpadnie :)
            Przeglądałam na początku oferty biur podróży i byłam niemalże zdecydowana na wyjazd z Rainbow za ok. 6000zł od osoby… ale po przeczytaniu pani bloga uświadomiłam sobie jedną podstawową rzecz. Pisała pani o zniecierpliwieniu lokalnego przewodnika, kiedy chcieliście się czemuś lepiej przyjrzeć, zrobić zdjęcie… to właśnie jestem ja – zawsze z tyłu, bo kwiatek, bo motylek… a jak zobaczę małpkę albo warana to przecież oszaleję. A zdjecie się samo nie wykadruje! Także próbuję właśnie zrobić kosztorys czy w tych powiedzmy 10-12tys zł, które wydałabym na wycieczkę z biura podróży, da sie zorganizować sensowne i swobodne wakacje :)
            Pozdrawiam i życzę udanego wyjazdu do Pragi (swoją drogą ja Pragę zwiedzałam w bardzo podobnym okresie i to co najbardziej pamiętam to -20 st na Hradczanach i kompletnie skostniałe kończyny. mam nadzieję, że dopisze lepsza pogoda :))

          2. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

            Szczepienie na wściekliznę może się przydać, chociaż i tak odradzam bliski kontakt z małpami. Lepiej nie ryzykować :) Japońskie zapalenie mózgu wydaje mi się zbyteczne.
            Reakcja na widok zwierzaków wcale mnie nie dziwi – jak pierwszy raz drogę przeszedł nam okazały waran, to aż mnie zamurowało. Kierowca stał na środku asfaltu, a ja gapiłam się szeroko otwartymi oczami jak gad znika w trawie. I tak przez cały wyjazd, za każdym razem gdy tylko warana widziałam ;) A taniec godowy dwóch węży? To było coś. Zostały mi dziesiątki zdjęć i kilka minut nakręconego filmu. Takich rzeczy się nie zapomina, ale i tak trzeba mieć chwilę, żeby zrobić zdjęcie, poobserwować. Szkoda ganiać pod czyjeś dyktando. Z własnego doświadczenia odradzam lokalnych przewodników. Lepiej kupić dobry przewodnik książkowy, poczytać o danym miejscu w Internecie. Ale jeżeli koniecznie ktoś chce zostać odprowadzonym, podaną cenę za usługę należy zbijać o co najmniej 3/4. 10-12tys.- rozumiem, że na dwie osoby – na spokojnie wystarczy, bez zbytniego oszczędzania na miejscu, ale oczywiście wszystko zależy od tego, gdzie się je, ile pamiątek się kupuje i oczywiście do ilu miejsc się wchodzi. Jak wspominałam we wpisach – wejściówki są bardzo drogie, ale jednak nie sposób pominąć tych najróżniejszych niezwykłych miejsc i warto przewidzieć w budżecie odpowiednią kwotę na poszczególne atrakcje.
            Do Pragi jadę niestety tylko służbowo, ale po cichu liczę, że któregoś wieczora uda mi się wyrwać na jakiś spacer po mieście :) Oby tylko pogoda nie kaprysiła, bo przy takich -20st. musi być ciężko ;)

  3. Elżbieta S.

    abyście wrócili cali i zdrowi:) a zwierzątka proszę pozostawić tam gdzie je zastaniecie :)

    Odpowiedz
    1. MonikaMonika (Autor posta)

      Kusząca była wizja posiadania gekona, ale jako że okazał się zdecydowanie za szybki, został w końcu w swoim naturalnym środowisku ;)

      Odpowiedz
  4. Milena Goc

    Powodzenia, uważaj na siebie i przywieź piękne wspomnienia!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Taki mam zamiar :D Dziękuję! Co prawda zdjęcia raczej nie oddadzą tego, co tam zobaczę, ale przynajmniej tym będę mogła się tutaj podzielić :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close