Sri Lanka: Ogrody przypraw w Matale


Wyświetl większą mapę

20.01.2015 – dzień 6 – cz. 2/2

SIGIRIJA – MATALE – KANDY

Po zejściu z Sigiriji, kierowca zawiózł nas do okolicznej restauracji. Po wspinaczce byliśmy niesamowicie głodni. Jednak ta restauracja była chyba najgorszym wyborem w trakcie całego wyjazdu. Mając już nieco dość rice & curry, skusiliśmy się na ciekawie brzmiącą potrawę – chopsey z warzywami i chopsey z warzywami i kurczakiem.

Chopsey

Raczej to danie należy bardziej do kuchni chińskiej niż lankijskiej. Były to po prostu smażone warzywa – kapusta, cebula, marchew, ziemniaki i fasolka z dodatkiem niewielkiej ilości kurczaka i ryżu. Ja skusiłam się na same warzywa. Było to zjadliwe, ale nic poza tym. Po obiedzie po raz pierwszy musieliśmy długo czekać na naszego kierowcę – chyba się gdzieś z kimś zagadał, bo tym razem nawet nie przychodził tak często i nie sprawdzał, czy już skończyliśmy. W końcu jakiś inny kierowca  – widząc, że na kogoś czekamy – go ściągnął.

Jadąc w kierunku Matale kilkukrotnie mijaliśmy tzw. bull cart – wozy zaprzężone w woły. Kusumsiri zachęcał nas do skorzystania z tej atrakcji, ale tym razem darowaliśmy sobie taką przejażdżkę.

Bull cart

Będąc w okolicach Matale, warto zajrzeć do jednego z tamtejszych ogrodów przypraw (zwanych ogrodami ajurwedyjskimi). Ogrody są bardzo ciekawą atrakcją – można w nich obserwować demonstracyjną uprawę roślin, które znane są pod nazwami wielu przypraw, które używamy na co dzień w kuchni. Nigdy nie widziałam rosnącej wanilii, pieprz po raz pierwszy zobaczyłam pierwszego dnia pobytu na wyspie. Zapytana o kardamon, nie powiedziałabym, że to bylina, której owoce zbierane są ręcznie tuż przy ziemi. Gdyby ktoś pokazał mi gałkę muszkatołową w przepołowionym owocu, w życiu nie wpadłabym na to co to jest. Podróże kształcą :) Kierowca zawiózł nas do takiego miejsca. Po krótkim przedstawieniu się sobie z przewodnikiem, zostaliśmy poczęstowani na dzień dobry herbatą z dodatkiem różnych ziół pozyskiwanych w tym miejscu. Zazwyczaj herbatę słodzę, ale ta smakowała mi nawet bez żadnych dodatków. Przewodnik zaczął swoją opowieść prezentując dokładnie każdy mijany gatunek i tłumacząc, w czym dana roślina znajduje zastosowanie. Wiele gatunków znanych jako przyprawy, ma również działanie lecznicze.

Matale (30)

Pierwszą rośliną, jaką pokazał nam przewodnik był wspomniany już kardamon. Jest to bylina mająca wiele wspólnego z imbirem, ponieważ należy do tej samej rodziny imbirowatych. Jego pełna nazwa brzmi kardamon malabarski, ale nazywany jest również cejlońskim, długim oraz indyjskim. Dziko występuje w Indiach i na Cejlonie, w Chinach i Indonezji. Kardamon służy jako jedna z najdroższych na świecie (tuż po szafranie) przypraw. Jego smak jest łagodny o zdecydowanie korzennej nucie. Przyprawa ta dodawana jest do herbaty lub kawy – wzmacnia w ten sposób ich smak oraz działanie pobudzające. Kardamon znajduje również zastosowanie w medycynie – służy pobudzaniu apetytu. Cała roślina wygląda niepozornie. Gdybym zobaczyła ją gdzieś indziej, prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią żadnej uwagi.

Następnie przeszliśmy pod spore drzewo. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć jak wygląda cynamonowiec cejloński. Uwielbiam cynamon! Gorąca herbata z dodatkiem cynamonowej kory, szarlotka ze startym cynamonem… hmmm… Uwielbiam jego zapach i smak. Kora charakteryzuje się ogromną zawartością tanin, wykazuje więc właściwości antyseptyczne i grzybobójcze. Korę z cynamonowca pozyskuje się 2-3 razy do roku w trakcie pory deszczowej. Ścięte gałązki pozbawia się kory zewnętrznej i resztek łyka. Otrzymane paski suszy się na słońcu, gdzie przybierają charakterystyczną barwę i zwijają się tworząc laski cynamonu. Z kory cynamonowca uzyskuje się również olejek zawierający aldehyd cynamonowy, który stosowany jest w przemyśle spożywczym oraz w kosmetyce. Znajduje również zastosowanie w medycynie naturalnej – dodaje się go do maści (rozgrzewających i pobudzających), stosowany w jamie ustnej działa drażniąco przez co wzmagane jest wydzielanie soków żołądkowych.

Przewodnik skubnął kawałek kory i dał nam powąchać.Tego zapachu nie da się pomylić z niczym innym.

Następnie udaliśmy się do muszkatołowca korzennego, który jest źródłem znanej nam dobrze gałki muszkatołowej. To dość duże drzewo wydające niewielkie okrągłe owoce. W środku każdego owocu znajduje się brązowe nasiono otoczone czerwoną osnówką, która również służy jako przyprawa (jest nawet cenniejsza od samego nasiona).

Na Sri Lance byliśmy poza muszkatołowym sezonem. Na drzewie ujrzeliśmy raptem dwa pozostawione owoce. Gałka muszkatołowa przygotowywana jest przez suszenie. Gdy owoce dojrzeją, zdejmuje się z nasion koronkową osnówkę i suszy się ją, uzyskując w ten sposób tzw. „kwiat” lub „macis”. Nasiono po wysuszeniu oddzielane jest od łupiny. Muszkatołowiec znajduje zastosowanie w kuchni, ale także w przemyśle farmaceutycznym i perfumeryjnym (z nasion gorszej jakości wytłacza się olej zwany masłem muszkatołowym). Drewno tego drzewa znajduje zastosowanie w meblarstwie.

Matale (6)

W trakcie dalszego oprowadzania pokazano nam również roślinę, z której wytwarzany jest krem na usuwania owłosienia. Podobno wystarczy kilkukrotna aplikacja takiego kremu, żeby włosy przestały zupełnie odrastać. Niestety nazwy rośliny nie zapamiętałam, ale wyglądało mi to na jakąś jukę.

Matale (7)W ogrodzie uprawiane są również ananasy. Na Sri Lance rosną dwie odmiany tego owocu – jadalny (Ananas comosus) i rzadziej spotykany czerwony (Ananas bracteatus). Na straganach można spotkać chyba tylko tą zieloną odmianę. Z czerwonego ananasa w ogrodzie robiony jest sok, który po zmieszaniu z kilkoma innymi wyciągami tworzy miksturę na odtrucie i przywrócenie równowagi organizmu. Ponadto sok z ananasa ma właściwości odchudzające.

Ananasy nie tylko odchudzają, ale także dzięki zawartości biotyny (wit. H) zapobiegają tyciu. Usprawniają również działanie układu pokarmowego – wspomagają funkcje trzustki, pomagają osobom cierpiącym na dolegliwości jelitowo-żołądkowe i na wątrobę. Regulują również pracę układu krwionośnego (łagodzenie objawów choroby wieńcowej, rozpuszczanie skrzepów). Jednak na ananasy powinny uważać kobiety w ciąży – spożycie niedojrzałych owoców może doprowadzić do poronienia.

Podobno sok z ananasa wypity z rana po sowicie zakrapianej imprezie uwalnia od kaca ;) To nie koniec cudownych właściwości tych owoców – dzięki zawartości kwasów AHA znajdują zastosowanie w kosmetyce. Służą złuszczaniu, rozjaśnianiu, mają działanie przeciwtrądzikowe i spłycają zmarszczki.

Obok ananasów rosło spore drzewo. Okazało się, że był to kakaowiec. Drzewa te dorastają do 7m wysokości, a owoce wyrastają bezpośrednio z pnia lub starych gałęzi. W środku owoców, pośród miąższu ukryte są nasionka, bez których nie byłoby moich ulubionych słodyczy – wszystkiego, co zrobione jest z czekolady. Z nasion poza kakao wytwarza się również masło kakaowe.

Matale (8)

Po raz pierwszy widziałam też uprawę aloesu. Aloes należy do rodziny sukulentów. Jego sok stosuje się w celach leczniczych – aplikowany bezpośrednio na ranę przyspiesza gojenie. Poza tym aloes ma silne działanie przeczyszczające oraz wzmaga procesy żółciotwórcze.

Matale (9)

Przechodząc do kolejnej rośliny, zatrzymaliśmy się na chwilę przy jakimś pnączu. Zostaliśmy zapytani czy wiemy co to jest. Mój stan wiedzy o roślinach przyprawowych został boleśnie obnażony, bo oczywiście nie miałam pojęcia przy czym stoimy. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wśród liści rosną długie zielone laski. To nie mogło być nic innego jak tylko wanilia! Zawsze myślałam że przyprawa ta rośnie naturalnie na drzewie lub ewentualnie jakimś krzewie. Okazało się jednak, że wanilia to pnącze należące do rodziny storczykowatych. Zielone owoce wcale nie pachną znanym nam silnym zapachem, ponieważ nabierają go dopiero po procesie obróbki. Proces ten zajmuje ok. 6 miesięcy. Po czasie tym owoce pnącza nabierają czarnej barwy i charakterystycznego aromatu. Wanilia to wśród przypraw mój ulubiony zapach nr 2 :)

Od wanilii przeszliśmy do kolejnego pnącza – pieprzu czarnego, czyli jednej z najpopularniejszych na całym świecie przypraw. Pieprzu na Sri Lance rośnie całe mnóstwo. Wystarczy zatrzymać się gdzieś przy drodze i rozejrzeć dookoła (już pierwszego dnia w drodze do sierocińca słoni widzieliśmy oplatający drzewo pieprz). Rodzai pieprzu również jest całe mnóstwo – zaczynając od dobrze znanego nam czarnego po inne gatunki, które służą również jako używka – np. betel czyli pieprz żuwny, którego liście chętnie przeżuwane są przez Lankijczyków. O tym, że ktoś właśnie przeżuwa takie liście świadczy czerwony kolor śliny (betel zabarwia ślinę na czerwono, a zęby na czarno). Betel używany jest przez ludzi w celu tłumienia głodu ale również i pobudzania apetytu. Dodatkowo zmniejsza nudności i pomaga w leczeniu biegunki. Żeby tego było mało, działa również orzeźwiająco i lekko podniecająco, zabija też pasożyty i charakteryzuje się właściwościami bakteriobójczymi w układzie pokarmowym. We wschodniej medycynie naturalnej służy do wzmacniania zębów, ale paradoksalnie w wyniku częstego żucia może powodować ich wypadanie oraz sztywnienie szczęki. Dodatkowo nadmierne spożycie grozi astmą, atakiem serca lub rakiem płaskonabłonkowym błony śluzowej jamy ustnej.

Przewodnik po raz kolejny chciał nas zaskoczyć, pytając o to jakie znamy rodzaje pieprzu. Gdy wymieniłam czarny, biały, czerwony i zielony, padło kolejne pytanie – z jakich roślin jest uzyskiwany. W tym miejscu nie dałam się zagiąć i odpowiedziałam, że wszystkie te kolory mogą pochodzić z jednej i tej samej rośliny, ponieważ różnią się jedynie stopniem dojrzałości i – ewentualnie – sposobem przetworzenia. Pan był zaskoczony, bo chyba nie spodziewał się poprawnej odpowiedzi :) I tak – pieprz czarny uzyskuje się z owoców niedojrzałych, ale suszonych i poddanych fermentacji. Pieprz zielony to niedojrzałe nasiona marynowane w kwasie (octowym lub mlekowym) lub też konserwowane solanką. Pieprz czerwony to wysuszone, w pełni dojrzałe owoce. Pieprz biały z kolei uzyskuje się z owoców dojrzałych po usunięciu otaczającej je łupiny. Ot i cała tajemnica.

Matale (12)

Tuż obok pieprzu rosło drzewko z dużymi liśćmi i czerwonymi, dojrzałymi owocami. Tym razem mogliśmy podejrzeć uprawę kawy. Jak wiadomo kawa działa pobudzająco.

W cieniu drzew obok rosły więdnące liście. Początkowo moją uwagę zwróciły wystające z ziemi kłącza – pomyślałam, że to imbir. Jednak po przyjrzeniu się tym kłączom można było zauważyć, że roślina ta należy do imbirowatych, ale imbirem nie jest. Okazało się, że oglądamy właśnie kurkumę zwaną ostryżem, szafranicą lub żółcieniem. Kurkuma znajduje zastosowanie w sztuce kulinarnej, jest m.in. składnikiem curry. Stosuje się ją również w lecznictwie – przyspiesza gojenie ran, leczy niestrawność żołądka, wspomaga leczenie pęcherzyka żółciowego i nerek. Charakteryzuje się silnym działaniem zwalczającym wirusy, bakterie i grzyby.

Niedaleko kurkumy rósł nieco zwiędnięty imbir. Imbir stosuje się jako przyprawę, ale służy również produkcji bardzo popularnego na Sri Lance piwa imbirowego (swoją drogą z piwem ma to niewiele wspólnego, ale jeśli ktoś lubi imbir – napój ten mu posmakuje tak samo jak i mi smakował).

Matale (19)

Przechodząc wąskimi ścieżkami wśród tropikalnej roślinności mogliśmy przyjrzeć się również migdałowcowi – przewodnik wskazał nam dwa niewielkie migdały, ale nie poświęcił zbyt wiele czasu na opowieść o tym gatunku.

Matale (20)

Nasz przewodnik pokazywał nam w międzyczasie jeszcze inne rośliny mające głównie właściwości zdrowotne, ale niestety było tego tyle, że ich nazw nie byłam w stanie spamiętać…

Matale (23)

Matale (5)

Kolejnego „chwasta” dobrze zapamiętałam, bo nie raz jego liście odszukiwałam w jedzeniu podawanym nam w trakcie wyjazdu i odkładałam je na bok. Chodzi o liście curry, czyli liście drzewa Bergera koenigii zwanego curry tree.  Zielenina dodawana jest do curry, ale w kilku miejscach smak tych liści nie za bardzo mi odpowiadał. Zanim jednak dowiedzieliśmy się co to jest, przewodnik zrobił nam test na rozpoznawanie zapachów. Testu oczywiście nie zdaliśmy… Ale tym razem zadanie było wyjątkowo trudne, bo zapach tych liści nie bardzo kojarzył mi się z przyprawą. Mimo nazwy, liście te nie są obowiązkowym składnikiem mieszanki curry. Stosowanie ich wpływa na obniżenie poziomu cholesterolu we krwi.

Chwilę poświęciliśmy również kauczukowcowi. Te wiecznie zielone drzewa uprawiane są na plantacjach w celu pozyskiwania ich soku mlecznego (lateksu), który później przerabiany jest na kauczuk naturalny.

Matale (27)

Jedną z ostatnich roślin pokazanych nam przez przewodnika był sandałowiec biały. Z drzewa tego otrzymuje się pięknie pachnący olejek sandałowy. To jeden z najbardziej pożądanych zapachów w przemyśle perfumeryjnym. Ponadto charakteryzuje się działaniem antyseptycznym i uspokajającym. Stosowany w aromaterapii łagodzi depresje, bezsenność i napięcia nerwowe. Leczy również katar, kaszel, podrażnienia gardła i zapalenia skóry.

Matale (28)

Zmierzając do końca wycieczki, przewodnik zatrzymał się przy ciekawym drzewie flaszowca. Gatunków flaszowców jest całe mnóstwo i większość z nich jest jadalna. Bardzo miękkie owoce spożywa się na surowo – są słodkie i wypełnione mnóstwem twardych brązowych nasion. Podobno flaszowiec wpływa na wydzielanie mleka przez karmiące matki. Jego kora ma właściwości antybakteryjne i antynowotworowe. Działa również przeciwwrzodowo. Mieliśmy szczęście, po na drzewie, na niskiej wysokości dojrzewał powoli duży owoc najprawdopodobniej flaszowca miękkociernistego.

Matale (29)

Na koniec przewodnik pokazał nam drzewo goździkowca korzennego (czapetka pachnąca). Nie znałam angielskiej nazwy goździków, ale wystarczyło spojrzeć na kwiat żeby od razu wiedzieć, o czym jest mowa. Z goździkowca pozyskuje się przyprawę – w tym celu zbierane są częściowo rozwinięte pączki kwiatowe, które następnie się suszy. Goździki wspomagają trawienie, łagodzą niestrawność oraz mogą być stosowane jako środek odkażający. Żucie goździków wspomaga leczenie stanów zapalnych jamy ustnej i gardła, łagodzi bóle zębów i usuwa nieświeży oddech. Z drzewa uzyskuje się również olejek goździkowy, który jest doskonałym antyoksydantem o działaniu pobudzającym i rozkurczającym stosowanym w przemyśle farmaceutycznym i spożywczym.

Matale (35)

Oczywiście nie mogło zabraknąć tam wszechobecnych palm kokosa królewskiego.

Matale (34)

Niestety w ogrodzie zapomniałam zupełnie o możliwej obecności komarów przez co nie popryskałam się środkiem odstraszającym te bestie. Oczywiście kilka komarzyc postanowiło skorzystać z łatwego, darmowego posiłku co skończyło się niesamowitym swędzeniem. Przewodnik zauważył moje pogryzione nogi i czymś mi każde miejsce ugryzienia posmarował. Wyobraźcie sobie, że po kilku minutach swędzenie zupełnie ustało. Zaproponowano nam godzinny masaż ajurwedyjski, ale odmówiliśmy. Niestety nie wiem, ile mogla kosztować ta przyjemność.

Po wizycie w ogrodzie mogliśmy dokonać zakupów produkowanych na miejscu specjałów – przypraw oraz najróżniejszych specyfików mających wpływać na poprawę zdrowia (olejków, syropów, kropli i wielu innych). W sklepiku można było kupić olejki aromatyczne, perfumy, środki odtruwające organizm, zmniejszające nadciśnienie, pomagające w odchudzaniu, redukujące cellulit, służące porostowi włosów, leczące problemy układu pokarmowego i wiele innych. Niektóre zastosowania środków brzmiały wręcz „magicznie”. Można było również kupić tam olej z kokosa królewskiego. Przewodnik przy okazji wyjaśnił mi tajemnicę piękna włosów mieszkanek Sri Lanki. Kobiety na wyspie pielęgnują włosy właśnie tym olejem. Na olej się skusiłam… nie zaszkodzi spróbować :) Ceny jednak były tam niesamowicie wysokie, dlatego nasze zakupy były bardzo skromne. Na szczęście zasada jest taka, że przewodnik po ogrodzie oprowadza za darmo licząc jednak na dokonanie późniejszych zakupów. Mimo panującej zasady, nasz przewodnik na koniec upomniał się o napiwek. Jako że dokonaliśmy zakupów w sklepiku, napiwku nie zostawialiśmy.

Przykładowe ceny specyfików: olej na porost włosów – ok. 70zł za małe opakowanie (2490 rupii), olejek cynamonowy – ok. 25zł (900 rupii), krem do depilacji – ok. 73zł za słoiczek (2600 rupii), eliksir na przywrócenie równowagi organizmu – ok. 140zł za małą butelkę (5000 rupii), olej do masażu – ok. 112zł (3990 rupii), syrop na kaszel – ok. 77zł (2750 rupii), szampon aloesowy – ok. 44zł (1550 rupii). Drogo jak nie wiem co…

W sklepiku moją uwagę zwróciła przyprawa o nazwie „gamboge”. Na pytanie co to, uzyskałam odpowiedź, że jest to przyprawa używana po rozpuszczeniu w niewielkiej ilości gorącej wody jako środek zagęszczający i zakwaszający m.in. białe curry oraz marynaty do mięs i ryb. Po powrocie do Polski wyczytałam, że gumiguta (bo tak brzmi polska nazwa – swoją drogą pierwszy raz zetknęłam się z tym słowem), to odparowany sok mleczny pochodzący z drzew rodzaju Garcinia. Niegdyś używany był jako farba, obecnie służy jako środek przeczyszczający… Jak na razie nie odważyłam się użyć tej ciekawostki w swojej kuchni ;)

Zanim ruszyliśmy do Kandy, zatrzymaliśmy się jeszcze w dwóch świątyniach. Jedna z nich – hinduistyczna Sri Muthumariamman Kovil – oznaczała chodzenie boso po przyjemnie chłodnej posadzce, druga – buddyjska – znaczyła wspinaczkę. Świątynia hinduistyczna była chyba najładniejszą hinduską świątynią, jaką widzieliśmy na Sri Lance. Wstęp do niej kosztował 250 rupii (ok. 7zł). Świątynię turyści mogą zwiedzać prawie w całości. Wyjątkiem jest jedynie jej centralna część, do której wstęp mają jedynie wierni. Akurat tak się złożyło, że trafiliśmy na jakieś niewielkie nabożeństwo, w którym uczestniczyła garstka Lankijczyków.

Matale (13)

Musiała zostać niedawno odnowiona, bo kolory aż kipiały ze wszystkich elementów – figurek bóstw, zwierząt i ornamentów roślinnych.

Matale (15)

Kobiety przed wejściem do świątyni muszą przestrzegać wielu zasad i starannie okryć swe ciała. Jak widać mężczyzn obowiązują nieco inne zasady:

Matale (19)

Po Sigiriji mieliśmy dość schodów, dlatego drugą świątynię – Aluvihara – potraktowaliśmy bardzo po macoszemu. Trochę teraz żałuję, ale będzie przynajmniej co zobaczyć przy okazji następnej wizyty na wyspie. Nie wspięliśmy się na górę, pokręciliśmy się jedynie odrobinę po niższym poziomie.

Robiło się już późno, więc należało się zbierać.

Ponownie mieliśmy problem z dotarciem do zarezerwowanego na nocleg miejsca. Niesamowicie stromą ulicą pokonaliśmy chyba kilkadziesiąt zakrętów, Kusumsiri kilkanaście razy wydzwaniał do właścicielki obiektu – widać było, że znów zaczyna się lekko denerwować. A ja znów wolałam milczeć, ponieważ ponownie to ja byłam winna wyszukaniu tejże lokalizacji ;) Ale w końcu się udało. Pokój był świetny, ale niestety w łazience był spory problem ze spłuczką. W związku z tym zamieniono nam pokój na dużo lepszy, z łazienką rozmiarami przypominającą ten pierwszy pokój. Niestety tam też był problem ze spłuczką… Jednak już dalej nie wybrzydzaliśmy – mieliśmy tam zostać tylko jedną noc. Jak tylko weszłam do pokoju, od razu ruszyłam do otwartego na oścież okna, żeby je zamknąć. Kto otwiera tam okno po zmierzchu nie mając siatek przeciw owadom… Przecież to idealne zaproszenie dla komarów! Nasza gospodyni zareagowała na to śmiechem. Po chwili wyjaśniła mi, że w tym regionie nie mają komarów i dlatego też możemy bezpiecznie spać przy otwartym oknie bez moskitiery. Początkowo nie do końca jej wierzyłam, ale w końcu sama się przekonałam, że faktycznie nic nie miało zamiaru wlecieć do pokoju. W końcu jednak i tak noc minęła przy zamkniętym oknie, bo zerwał się bardzo silny wiatr.

CDN.

 

Sri Lanka: Ząb Buddy
Sri Lanka: Wspinaczka na lwią skałę

Powiązane wpisy

1 Comment

  1. Mamutek

    Bardzo ciekawy wpis i jak zwykle piękne zdjęcia. Pierwszy raz widziałam kwiaty goździkowca w takiej postaci. Wcześniej też nie wiedziałam, że betel to pieprz. Cóż człowiek całe życie się uczy ;)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close