Islandia: Golden Circle i zupa warta fortunę

Dzień 2, 9.03.2017 cz. 2/3

Golden Circle, czyli tak zwany Złoty Krąg, to najbardziej popularna atrakcja Islandii. A raczej zbiór atrakcji, ponieważ jest to trasa wiodąca pomiędzy parkiem narodowym Þingvellir (Thingvellir), wulkanicznym jeziorkiem, malowniczymi wodospadami i widowiskowymi gejzerami. Golden Circle jadą zobaczyć praktycznie wszyscy odwiedzający wyspę, przez co może być tam naprawdę tłoczno (latem). W żadnym innym miejscu nie spotkaliśmy tylu osób co tam, ale jako że byliśmy poza sezonem – nie mogę narzekać, że tłumy dały mi w kość. Owszem, ludzi było więcej, ale wciąż do ścisku było daleko. 

Spotkałam się z opinią, że Złoty Krąg jest oklepany, ale zupełnie nie zgadzam się z tym stwierdzeniem! Może i jest najpopularniejszą atrakcją, najbardziej znanym i przewijającym się przez wszystkie blogi miejscem, ale mimo wszystko to kwintesencja Islandii. Jeśli na wyspie macie spędzić tylko dzień lub dwa, grzechem byłoby nie wybrać się w trasę po Golden Circle.

Nasz objazd po Złotym Kręgu zaczynamy inaczej niż większość osób przybywających na wyspę. Najczęściej ludzie odwiedzają na początek park narodowy Þingvellir (Thingvellir). My trafiamy całkiem przypadkowo najpierw do Kerið (Kerid). To wulkaniczne jeziorko. Jezioro jak jezioro – niby co może być w nim niezwykłego? Ano to, że ten niewielki zbiornik powstał w kraterze wygasłego wulkanu Grimsnes. Zaparkowaliśmy na ostatnim wolnym miejscu niezbyt dużego parkingu i udaliśmy się do kasy zorganizowanej w postawionym przy ścieżce kontenerze. Wstęp kosztował 400 koron (około 15 zł) od osoby – było to jedyne miejsce, do którego wejście było płatne. Władze Islandii ponoć zastanawiają się nad biletowaniem wstępu do swoich atrakcji, jednak nie wiem, czy plany te przybrały już jakąś konkretniejszą formę.

Krater można obejść dookoła, jednak jako że w marcu ścieżka była od połowy drogi bardzo oblodzona, odpuściliśmy sobie ryzyko zjechania w dół. Widoki podziwialiśmy do tego momentu, do którego dało się przejść bez poślizgu. Lód pokrywał nie tylko ścieżkę, ale i taflę wody. Surowy krajobraz dookoła, zimowa sceneria – to było coś pięknego.

Jako że na Islandii wciąż panowała zima, nie mogliśmy podziwiać różnokolorowych zboczy – wszystko było przykryte śniegiem. Latem jednak zobaczyć tam można paletę barw czerwieni i zieleni. Kerið przy stosunkowo niewielkiej długości i szerokości (270×170 m), jest bardzo głębokie – ma aż 55 m! Latem można zejść na dół, zimą niestety schody są nieczynne.

Po kraterze udaliśmy się w poszukiwaniu wodospadu Bruarfoss. Jest to mniej znany, ale naprawdę warty uwagi wodospad. Początkowo mieliśmy spory problem z trafieniem do niego, ponieważ nawigacja posyłała nas non stop w zamknięte szlabanami dróżki. Już mieliśmy się poddać, gdy w końcu trafiliśmy na otwartą drogę, którą mimo tabliczek o własności prywatnej dojechaliśmy do szlaku. Prawdopodobnie jakby w wypożyczalni wiedzieli, że na takie wertepy wypuściliśmy się naszym Hyundaiem, to obarczyliby nas dodatkową opłatą – wiele podobnych dróg miało ustawione znaki, że można nimi przejechać tylko samochodem z napędem 4×4. My jednak wolno, ale bez żadnego problemu dotarliśmy do miejsca, z którego trzeba iść dalej na piechotę. Zaraz za nami czaił się kolejny kierowca – chyba mieli podobny problem ze znalezieniem odpowiedniego przejazdu.

Wyposażeni na wszelki wypadek w kolce na buty ruszyliśmy wydeptaną wąską ścieżką przed siebie. Na szczęście błoto na ścieżce zamarzło, inaczej nie dałoby rady tamtędy przejść. Szliśmy pośród krzaków, przeszliśmy przez mostek na jakiejś rzece i znaleźliśmy się zaraz na miejscu.

Tego się nie spodziewałam. Miejsce to zaznaczyła na naszej mapie punktów do zobaczenia bez wcześniejszego sprawdzenia, jak dokładnie wygląda. Czekała nas bardzo miła niespodzianka. Wodospad Bruarfoss to tak naprawdę setki, jeśli nie tysiące maleńkich strumyków spadających do rozpadliny w ziemi powstałej prawdopodobnie na skutek trzęsienia ziemi. Woda w szczelinie ma niesamowity błękitny kolor napowietrzony tysiącami drobnych pęcherzyków. Wygląda to niesamowicie! Właziłam w jakieś krzaczory, żeby tylko uwiecznić to miejsce na zdjęciu. Nie byłam zresztą sama. Wiele osób czatowało na idealny kadr ze statywami, niektórzy zeszli nawet po śliskiej ścieżce bliżej wody. Szum wody działał na mnie odprężająco. Miałam ochotę przysiąść na brzegu mostka przerzuconego przez rzekę Brúará i patrzeć na ten cudowny widok.

Niestety tak mnie te widoki oczarowały, że dopiero w hotelu zorientowałam się, że bawiąc się różnymi opcjami, mocno przekombinowałam. Wszystkie zdjęcia zawsze zapisane mam w wysokiej jakości plikach JPG i w RAW (pozwalających zarejestrować więcej szczegółów), ale przypadkiem przestawiłam jakość rejestrowanego obrazu na minimum, dodatkowo bez RAW. Zorientowałam się za późno… Nieświadoma zmienionych ustawień aparatu w amoku zachwytu nad wyspą robiłam kolejne i kolejne zdjęcia w nowych odwiedzanych miejscach.

Na przykład na terenie Geysir – gejzeru, który dał nazwę wszystkim innym gejzerom na świecie. Kolejnym przystankiem w naszej podróży po południowej części wyspy był właśnie rejon Haukadalur słynący z tryskających naturalnie z podziemi fontann wody. Nie obyło się tam bez wpadki… Przyznam szczerze, że przed wyjazdem nie doczytaliśmy niektórych informacji. Słyszałam tylko, że jest tam gejzer, który wybucha regularnie co 5-8 min. Ok, jest gejzer, jest i Geysir. Staliśmy jak te sieroty wraz z dwójką spotkanych Polaków oraz kilkoma innymi osobami czekając na wybuch tego największego gejzeru Islandii. Powierzchnia wody parowała, czasem miało się wrażenie, że coś drgnęło, ale nic istotniejszego się nie działo. Dopiero po dłuższym czasie coś mnie tknęło, żeby doczytać jak to jest z częstotliwością wyrzutów wody. No tak… Geysir ostatni raz wybuchł w…. 2005 roku :) Podzieliliśmy się tą informacją z towarzyszami naszej niedoli (cała nasza czwórka zmarzła tam niesamowicie), po czym odwróciliśmy się na pięcie i poszliśmy do położonego obok gejzeru Strokkur. Że też wcześniej nie dały nam do myślenia te tłumy stojące właśnie tam. Tak to jest, jak się czegoś nie sprawdzi. Wszyscy stojący dłużej pod Geysirem sądzili, że ten drugi gejzer wybuchający co chwila, jest po prostu kolejną atrakcją w tym miejscu. Mhm. Okazało się, że jest jedynym tak spektakularnym gejzerem, pozostałe wyrzucają z siebie raptem kilkanaście – kilkadziesiąt centymetrów wody. I to też nie zawsze. A Geysir uparcie pozostaje uśpiony. Nie znaczy to jednak, że kiedyś nie wystrzeli, więc może ktoś z Was będzie miał to szczęście?

Przy Strokkurze zbierają się tłumy, dlatego (w marcu przynajmniej) warto wybrać się w to miejsce ok. godz. 16:00, gdy już większość odwiedzających sobie pojechała. Wokół gejzerów zobaczyć można liczne bajorka, z których paruje woda. Czuć tam dość intensywnie siarkowodór.

Strokkur wyrzuca wodę na wysokość 20-30 metrów. A w ogóle w jaki sposób powstaje ten widowiskowy spektakl natury? W dużym skrócie polega to na tym, że woda wypełniająca głęboki kanał ogrzewana jest przez znajdującą się pod spodem magmę. Nagromadzenie ciśnienia powoduje wytryśnięcie wodnej fontanny wysoko w górę. Po wybuchu woda ochładza się, wraca z powrotem do kanału i sytuacja powtarza się. Na częstotliwość procesu ma więc ogromny wpływ temperatura.

Byłam okropnie przemarznięta (mimo puchówki!), ale po pierwszym wybuchu widzianym z tak małej odległości (Strokkur odgrodzony jest od ścieżki sznurkiem, ale można podejść naprawdę blisko) nie mogłam stamtąd tak po prostu odejść. Chciałam więcej – mogłam patrzeć na powtarzające się wybuchy raz po razie. Obserwowanie lekko falującej powierzchni oczka wodnego, pojawianie się pod wściekle niebieską powierzchnią wody wielkiego purchla powietrza, który zwiastował, że za ułamek sekundy gejzer wystrzeli, erupcja i finalne rozwianie drobinek pary wodnej po okolicy miały w sobie coś tak magicznego, że nie mogłam oderwać oczu od tego widowiska. Stałam tam jak zaczarowana niecierpliwie oczekując kolejnych wybuchów.

A oto i Strokkur i kilka etapów z jego erupcji:

Zimno jednak dawało się we znaki coraz mocniej. Postanowiliśmy, że jeśli czas pozwoli, wrócimy tam jeszcze w drodze powrotnej. Tymczasem trzeba było się ogrzać. Najlepszym do tego miejscem był pobliski wielki sklep z pamiątkami. Rozglądaliśmy się za czymś, co mogłoby przypominać nam później o naszej islandzkiej przygodzie, ale niestety ceny zwalały z nóg. Zwykła pocztówka kosztowała prawie 5 zł! Dobrze, że toaleta była bezpłatna.

W trakcie pobytu przy gejzerach tak strasznie zmarzliśmy, że nie pozostało nam nic innego, jak zjedzenie czegoś gorącego. Herbata w termosach dawno wystygła, do przyjazdu na kolejny nocleg wciąż mieliśmy wiele godzin no i zaczynało nam już burczeć w brzuchach. Zajrzeliśmy do przysklepowej restauracji – tak jak się spodziewaliśmy, ceny był astronomiczne. Nie pozostało nam jednak nic innego, jak zamówienie czegokolwiek, bo wizja czekania na gorący posiłek do wieczora była średnio pocieszająca. Skusiliśmy się ostatecznie na zupę rybną oraz tradycyjną islandzką zupę mięsną z baraniną (dość intensywnie było w niej czuć owcę). Cena jednej zupki? 1990 koron islandzkich czyli 75 zł za niezbyt dużą miseczkę! Była to najdroższa zupa, jaką kiedykolwiek jadłam. I jedyne danie, na które skusiliśmy się na Islandii. Zawsze staramy się próbować lokalnej kuchni, ale przy tamtejszych cenach było to prawie nierealne. Zupy jednak były pyszne i pomogły nam się natychmiastowo rozgrzać. Szczególnie do gustu przypadła mi zupa rybna wzbogacona dużą ilością majeranku – po raz pierwszy jadłam takie połączenie.

Po wybuchającym co kilka minut Strokkurze nie sądziłam, że jeszcze cokolwiek zrobi tam na mnie tak ogromne wrażenie. Spodziewałam się raczej, że każde kolejne miejsce owszem, będzie piękne, ale widoku aktywnego gejzeru nic już nie przysłoni. Oj, myliłam się. Przyszła pora na Gullfoss – ponoć najpiękniejszy wodospad Islandii. Jego nazwę tłumaczy się jako Złoty Wodospad. Okropnie tam wiało, co chwila wiatr przenosił spore ilości wody w powietrzu i trzeba było uważać na wszelki sprzęt, jednak widok „obrośniętego” lodem wodospadu był cudowny. W sezonie można podejść jeszcze bliżej, ale w marcu ścieżka prowadząca na skraj urwiska była zagrodzona.

Gulfoss to tak naprawdę dwie kaskady – pierwsza, położona wyżej, ma wysokości 11 m. Druga 20 metrowa spada do wąskiego, głębokiego na 70 m i długiego na 2,5 km wąwozu. Średnio ze Złotego Wodospadu spada 109 m3/s, ale może to być nawet i 2000 m3/s!!!

Można było podejść nieco dalej, żeby przyjrzeć się wodnym kaskadom z góry. Kolejne przepiękne miejsce, z którego znów nie chciało mi się nigdzie dalej ruszać. Gdyby nie to, że przypomniała sobie o nas zima (znów zrobiło się strasznie zimno), to mogłabym tam jeszcze chwilę zostać i po prostu patrzeć przed siebie.

Po Zlotym Wodospadzie mieliśmy zobaczyć jeszcze wodospad Urridafoss, ale jako że zeszło się nam przy Gulfoss i wcześniej przy gejzerach, trzeba było ruszać w drogę na nocleg. Nawigacja pokazywała nam, że droga ma zająć nam ponad 3 godz. W guesthousie przyjmowali tylko do 20, więc naprawdę trzeba było się streszczać. Jechaliśmy jakimiś mniejszymi drogami mijając co chwila wypuszczone już na pastwiska stada owiec czy dzikie łabędzie krzykliwe, które leniwie skubały trawkę nie zwracając na nas uwagi.

Po drodze musieliśmy jeszcze zatankować. Dużo stacji na Islandii jest samoobsługowe – wkłada się do terminala kartę płatniczą, określa maksymalną kwotę, za jaką chce się zatankować i dopiero wtedy tankuje. Żeby dostać potwierdzenie transakcji, należy drugi raz włożyć kartę. Dostaliśmy na lotnisku kartę zniżkową na tankowanie na stacjach N1, ale chyba karta ta działa tylko przy płatności w kasie. No ale i tak zniżka była niesamowicie mała – 3 korony na litrze (czyli raptem jakiś 1 grosz…).

Golden Circle wywarło na mnie duże wrażenie, ale po opuszczeniu tego rejonu zachwytom, ochom i achom jednak nie było końca. Zakochałam się w okolicach wulkanu Eyafjalajokul (po wielu próbach nauczyłam się wreszcie wymawiać tę nazwę!). W oddali góry skąpane w różowym świetle, dookoła równina, a tu nagle wyrastają jakby z niczego tuż przy drodze wielkie zbocza z mnóstwem wodospadów. Coś pięknego.

Do guesthouse dotarliśmy tuż przed 20:00. Szybko się zameldowaliśmy, ale zanim udaliśmy się do pokoju, pomęczyłam właścicielkę obiektu pytaniami o zorzę. Prognoza niestety była słaba, do tego o północy miało się zachmurzyć. Wciąż można było jednak liczyć na to, że aparat zaobserwuje więcej niż ludzie oko. O polowaniu na zorzę przeczytacie w kolejnym wpisie.

(Visited 204 times, 1 visits today)
Islandia: Zorza polarna
Islandia: Oto koń zwany kucem! A może kuc koniem?!

Powiązane wpisy

8 Comments

  1. Katarzyna O

    Widoki cudowne! Przypomina mi to niektóre regiony Norwegii. <3 Co do cen to dobrze, że chociaż wam smakowała. ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Za tyle spróbowałaby nie smakować ;)

      Odpowiedz
  2. Bookendorfina Izabela Pycio

    W zasadzie zawsze jestem przygotowana, aby wyruszyć na Islandię, uwielbiam jej krajobrazy, mocno przemawiają do mnie swoją surowością, jakby intensywniejszą bliskością z Ziemią. :)
    Bookendorfina

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Tą bliskość można tam poczuć – tylko Ty i cudowne krajobrazy dookoła :)

      Odpowiedz
  3. Marcin

    Islandia to dla mnie cel podróży i marzenie do zrealizowania. Patrząc na te widoki, koszt prawie zupełnie mi nie przeszkadza.
    Dzięki za wpis i relację.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Życzę jak najszybszego wyjazdu w tamte strony!

      Odpowiedz
  4. Ola

    Boskie widoki!!! Dla nich chyba nawet z tą zupą za 75 zł bym się pogodziła :D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Chyba właśnie tylko dzięki tym widokom i ciągłej otoczce jakiejś magii dookoła nas nie psioczyliśmy za bardzo na ceny ;) Ale niestety trzeba przyznać – jest tam drogo. Szokowały nas kiedyś ceny w Norwegii, ale tam wiele rzeczy jest nawet jeszcze droższych (chociaż zdarzają się też i tańsze). Jednak widoki rekompensują wszystko

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close