Islandia: Wodospad ukryty pośród skał

Dzień 4, 11.03.2017, część 3/3

Na Islandii zobaczyć można setki (jeśli nie tysiace) wodospadów. Wysokie, niskie, szerokie, składające się z mnóstwa pojedynczych kaskad. Jest nawet wodospad, który można obejść dookoła. Jednak to nie one były najpiękniejsze. Dla mnie w pamięci pozostanie szczególnie jeden – wodospad ukryty w skale. 

Wreszcie udaliśmy się pod wodospad Svartifoss. Poprzednio nasze plany zobaczenia tego miejsca pokrzyżowało gwałtowne załamanie pogody i ewakuowanie stamtąd wszystkich turystów, tym razem jednak nie zapowiadało się na zmianę aury. Mimo to na wszelki wypadek w informacji dopytałam, czy tego dnia można już bez przeszkód się tam wybrać. Dziewczyna pracująca w punkcie informacyjnym doradziła nam dłuższy (wygodniejszy) szlak, ale nam nie zależało na wygodzie, a na czasie. Zamiast 2,5 kilometrowej wędrówki wybraliśmy nieco bardziej błotnisty i węższy szlak o długości 1,4 km rozpoczynający się z drugiego parkingu. Niby można było według nawigacji dojechać prawie pod sam wodospad, ale nie wiedzieć czemu droga została zamknięta.

Dość mozolnie szło nam to wspinane się pod górę – może faktycznie lepiej było wybrać tę dłuższą drogę? Tylko czy tam moglibyśmy liczyć na piękne widoki – a to okolicy a to innych wodospadów takich jak np. Magnusarfoss?

W końcu naszym oczom ukazał się nieco w oddali nasz cel – wodospad Svartifoss. Chciałam zobaczyć go z poziomu wąwozu, którym płynie utworzony przez niego strumień, ale niestety musiałam obejść się smakiem. Dziewczyna w informacji twierdziła że lodu na trasie nie ma, ale słowem nie wspomniała, że jest go pełno na zejściu do wodospadu. Z moimi mega śliskimi butami (Quechua – niby zimowe, ale tak naprawdę pod względem chodzenia po ubitym śniegu czy lodzie to pieniądze wyrzucone w błoto) w ogóle nie nadawały się do zejścia. Równie dobrze mogłam położyć się na ziemi i odpychać rękami i nogami. Tylko jakbym później weszła na górę? W poślizg wpadłam już na samym początku, ledwo zdołałam utrzymać równowagę.

Wiele osób odpuszczało zejście. I u wielu z tych osób widziałam buty marki Quechua… Puchową kurtką tej marki byłam zachwycona (szkoda tylko, że jest hydrofobowa, a nie wodoodporna – po krótkim czasie może przemoknąć), ale buty to istna porażka. Bez kolców nie było szans na zejście, więc przez chwilę podziwialiśmy wodospad jedynie z góry. Zabronione jest podchodzenie bezpośrednio pod kaskadę – bazaltowe kolumny zwisające z góry odłamują się. Może za jakiś czas to miejsce nie będzie już tak oryginalne?

Zaraz ruszyliśmy w drogę powrotną, bo nie wiadomo skąd nad nami znalazły się ciemne chmury i zaczęło kropić.

Gdy dotarliśmy do auta byliśmy nieźle zmoknięci, ale na szczęście moja kurtka dała radę. Ogrzewanie włączone na maksa i do następnej atrakcji zdążyliśmy zupełnie wyschnąć. Ciemne chmury szybko zniknęły, a my znów mogliśmy podziwiać przepiękne widoki zalanej słońcem okolicy.

Kolejnym punktem na naszej mapie miał być wrak samolotu, który rozbił się lata temu na czarnej plaży, ale po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy Laufskálavarða. Podróżnicy, którzy pokonali pustkowie Mýrdalssandur  układali w tym miejscu stożki ze znalezionych dookoła kamyków. Miało to przynieść szczęście w dalszej podróży. Kamiennych kopczyków jest tam cała masa. I my dorzuciliśmy swoje kamyki do jakiejś sterty, coby islandzkie trolle za bardzo nam nie dokuczały.

Po krótkim postoju przy Laufskálavarða dojechaliśmy w końcu i do parkingu, z którego rozpoczyna się spacer do porzuconego na plaży rozbitego samolotu. Aura sprzyjała naszej wędrówce – mieliśmy szczęście, bo przejście kilku kilometrów w deszczu nie byłoby raczej zbyt przyjemne.

Niegdyś ponoć można było dojechać do samej plaży, obecnie jednak po zjeździe z Ring Road należy zostawić na parkingu samochód i udać się w praktycznie 4 km (3,9 km – sprawdzone) spacer do wraku (lokalizacja samolotu: 63.459092 -19.364798). Droga jest utwardzona przesianymi z boku kamykami. Trzeba patrzeć pod nogi. Idzie się totalnym pustkowiem. Spacer w stronę plaży jest dużo przyjemniejszy niż z powrotem – nie jest się zmęczonym, poza tym nie widać, jak daleko jest cel. W drugą stronę jest już trochę gorzej, szczególnie gdy na horyzoncie zaczyna majaczyć maleńki parking, który jak na złość przybliża się bardzo powoli.

Słońce świeciło, nie zapowiadało się na żaden kolejny deszcz, więc szliśmy przed siebie spodziewając się znacznych tłumów przy wraku. Jednak o dziwo wszyscy szli w drugą stronę – do plaży udawała się o tej porze garstka turystów.

W końcu ujrzeliśmy pozostałości samolotu. Zrobienie zdjęcia bez ludzi graniczyło z cudem, ale najbardziej szkoda mi było samego wraku, który niszczony jest przez masę nieodpowiedzialnych turystów. Czy naprawdę trzeba podpisywać się w takim miejscu? Stawać na i tak już poważnie uszkodzonych skrzydłach i otrzepywać o nie swoje zapiaszczone buty? Jak tak dalej pójdzie, to wrak przetrwa dużo krócej niż powinien i za maksymalnie kilkanaście lat ta islandzka atrakcja zniknie z mapy miejsc do zobaczenia. Będzie szkoda, bo raczej nieczęsto można oglądać takie miejsca.

A w ogóle skąd wziął się w tym miejscu wrak samolotu? I co to za samolot? Amerykański samolot wojskowy Dakota typu C-117 z United States Navy wystartował z Keflaviku w roku 1973. Po przeleceniu 170 kilometrów został jednak zmuszony do awaryjnego lądowania na plaży Sólheimasandur. Są dwie hipotezy mówiące o przyczynie – pierwsza dotyczy braku paliwa, druga – awarii silników. Bardziej skłaniam się do tej drugiej opcji, ponieważ czy możliwe jest, żeby doświadczony, wojskowy pilot nie zauważył niskiego poziomu paliwa? A może paliwo po prostu wyleciało ze zbiorników, które były uszkodzone?

Na pokładzie było kilku Amerykanów, nikomu się na szczęście nic nie stało. Wrak na długie lata został zapomniany, ale w momencie, gdy Islandia stała się tak bardzo popularna, stary samolot pojawił się w przewodnikach jako jedna z największych atrakcji wyspy. Miejsce to rozsławiło kilka teledysków oraz wizyta słynnego Beara Gryllisa. Od tego czasu wrak Dakoty przeżywa istne oblężenie.

Zajrzeliśmy do środka i zdecydowaliśmy się wracać. Przed nocą chcieliśmy zobaczyć jeszcze trzy wodospady. Niestety moje ścięgno Achillesa postanowiło mi odmówić posłuszeństwa, więc nieco musiałam zwolnić. Podejrzewam, że znów winne były buty…

W drodze do wspomnianych trzech wodospadów minęliśmy jeszcze jeden – Skogafoss, ale w tym miejscu nie zatrzymaliśmy się. Teraz żałuję, bo po pierwsze kaskada ta wygląda bardzo malowniczo (to chyba jeden z najpiękniejszych wodospadów Islandii), po drugie – w okolicy znajduje się muzeum tradycyjnych domków pokrytych trawą i mchami. Niestety o tym muzeum zupełnie zapomnieliśmy.

Przedtem jednak mieliśmy krótki postój przy zagrodzie z owieczkami. Mało gdzie widzieliśmy owce wypuszczone na pastwisko, a ponoć Islandia słynie właśnie z ogromnej ilości tych wełnistych zwierzaków. W trakcie naszego wyjazdu w ogromnych ilościach widzieliśmy za to kuce islandzkie.

Pierwszy z zaplanowanych wodospadów – Seljandfoss to przepiękna kaskada, za którą można przejść. To jedyny taki wodospad na całej wyspie. Co chwila widać tam tęczę. Niestety za wodospad nie zajrzałam – przez wiatr i prędkość spadającej wody można było zostać całkowicie zmoczonym. Widzieliśmy, jak wyglądali ludzie którzy stamtąd wracali. Lodowaty prysznic w zimnym, marcowym powietrzu Islandii to nie było to, o czym marzyliśmy. Seljalandfoss spada z 65 metrów do jeziorka zwanego Kerið lub czasem Fossker. Zimą i nocami wodospad jest podświetlony.

Przy parkingu jest sklepik z pamiątkami – sprzedają tam np. tradycyjne islandzkie swetry wykonane z owczej wełny (cena to kilkaset złotych za sztukę) lub czapki i szaliki z króliczego futra. Ciekawostką jest, że króliki do zrobienia takiej czapki nie są zabijane, a… golone. Niestety cena takiego ciuszka to ok. 9000 koron za czapkę. Królicza czapka była niesamowicie przyjemna w dotyku i czuć było, że jest ciepła, ale 350 zł za czapkę… Może kiedyś będzie nas stać. Są tam również toalety w drewnianych prowizorycznych budkach wyposażone w papier toaletowy, bieżącą wodę oraz… grzejniki.

Spod Seljandfoss podjechaliśmy pod Gljúfrabúi. To tylko kilometr, ale moje ścięgno Achillesa tak bardzo dokuczało, że każdy krok to była męczarnia. Bolało jak nie wiem, więc musiałam spróbować się oszczędzać. Nie było to jednak łatwe, bo chętnie zajrzałabym do każdego zakamarka w okolicy!

Gdzieś przed wyjazdem wyczytałam, że wodospad Gljúfrabúi w znacznej części ukryty jest w skale, ale da się do niego podejść. Z zewnątrz widać tylko jego górę. Dookoła skalnych ścian prowadziło mnóstwo wydeptanych śladów, ale każda ścieżka kończyła się ślepym zaułkiem. Utknęłam w błocie do kostek, ale nawet to przejście okazało się kończyć na pionowej skalnej ścianie. Poza nami było tam kilka osób, ale nikt nie wpadł na to, jak podejść do wodospadu. Gdy zostaliśmy tam sami, postanowiłam spróbować dostać się do środka przechodząc po prostu płynącym od wodospadu strumieniem. Stąpając ostrożnie po znajdujących się w wodzie kamieniach i przytrzymując się ściany po prawej stronie weszłam do groty. W środku było bardzo wilgotno, wodospad wzbijał ogromne ilości kropelek wody, które mnie porządnie przemoczyły, ale było warto – tak oryginalnego miejsca dawno nie widziałam. Zaraz mąż ruszył w moje ślady. W międzyczasie przy wodospadzie pojawiło się kilka kolejnych osób – ich mina, gdy nagle wyszliśmy z powrotem przed skały, była bezcenna. Ale po chwili sami próbowali dostać się do środka. No chyba że byli w tenisówkach ;)

Wodospad Gljúfrabúi spływa z rzeki Gljúfurá. Jej źródło znajduje się na północ od kanionu Tröllagil. Gljúfrabúi – wodospad wysoki na 40 m – znajduje się na terenie gospodarstwa Hamragarðar, które Towarzystwo Leśnictwa Rangá otrzymało jako prezent w 1962 r. Gljúfrabúi jest chronionym pomnikiem przyrody. Niestety zdjęcia spod samego wodospadu nie do końca wyszły mi tak jak chciałam, ale po każdorazowym przetarciu obiektywu miałam tylko sekundę na ustawienie ostrości i wciśnięcie spustu migawki. Po tym czasie obiektyw był cały mokry, więc nie mogłam ryzykować jego zalaniem.

Przemoczeni, ale szczęśliwi udaliśmy się w stronę ostatniej tego dnia atrakcji – wodospadu Uridafoss. Uridafoss to niewielkie, ale liczne i piękne kaskady opadające z hukiem z czarnych skał, które napotyka na swej drodze rzeka. Tylko my i natura… W sezonie w rzece tej pojawiają się między innymi łososie przypływające tu na tarło.

Stamtąd mieliśmy już tylko kilka kilometrów do ostatniego na wyspie noclegu. Niestety znów nie za bardzo trafiliśmy – warunki były takie sobie (wspólna łazienka, maleńki pokoik z niewielkim niby-podwójnym łóżkiem na poddaszu, drogo). Żeby było mało, nawet nasza gospodyni była średnio miła. Łaskę nam zrobiła, że zgodziła się przygotować śniadanie pół godziny wcześniej – uprosiliśmy ją tłumacząc, że mamy bardzo napięty plan na następny dzień czyli dzień powrotu. Jak się rano okazało, śniadanie i tak przygotowują wcześniej, więc całe to zamieszanie było zupełnie niepotrzebne.

Jako że czekałam na ostatnią zorzę, liczyłam, że trochę ponadrabiam blogowe zaległości, ale co chwilę wysiadały korki. Zorzy niestety nie uświadczyłam. Trzykrotnie wychodziłam na zewnątrz licząc na charakterystyczne światła na niebie, ale poza delikatną mgiełką, która i tak szybko zniknęła za chmurami, nic więcej nie zobaczyłam. Zrezygnowana i zmęczona położyłam się wreszcie spać. Przed nami był jeszcze jeden dzień, który chcieliśmy wykorzystać maksymalnie jak tylko się da.

Hakarl - horror dla podniebienia?

Powiązane wpisy

10 Comments

  1. ZielonaDolina

    Przepiękna wyprawa, ale najpiękniejsze są zdjęcia. Zazdroszczę takiej wycieczki. Na pewno trafi ona na listę moich miejsc do zwiedzania.

    Odpowiedz
  2. Madzia Rębowiecka

    Piękne ujęcia ;) wspaniałe masz podróżnicze życie :)

    Odpowiedz
  3. Zastrzyk inspiracji

    Przepięknie i magicznie:)Patrząc na zdjęcia z Islandii zawsze mam wrażenie jakby ten kraj leżał na planecie zupełnie innej niż nasza Ziemia – tak jest tam pięknie i trochę kosmicznie :) Zdjęcia genialne :)

    Odpowiedz
  4. Joanna

    Cudowna podróż ;) Tylko pozazdrościć <3

    Odpowiedz
  5. Vanilla Island

    Wodospadu cudowne! Dodam tylko, że swetry i czapki w miarę przyzwoitych cenach można kupić na targowisku w centrum Reykjavíku. Pozdrowienia! :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dobrze wiedzieć! Następnym razem musimy tam zajrzeć :D

      Odpowiedz
  6. Bookendorfina

    Natychmiast bym rzuciła wszystko, aby się tam udać, niesamowite miejsca. :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Żeby tylko te ceny były tam ciut niższe… ;) Ale chcemy wrócić na tę bajeczną wyspę. Może nawet znów w sezonie zimowym

      Odpowiedz
  7. explore11.pl

    WOW Tam jest tak Pięknie!! Dziko i Naturalnie przede wszystkim !! Chwała ludziom, że nie dali tego zniszczyć, na świecie mamy coraz mniej miejsc w które człowiek jeszcze nie ingerował.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Niestety to prawda… Obawiam się, że przy tej nagłej popularności Islandii, jej krajobraz również ulegnie w jakimś stopniu zniszczeniu. Wystarczy popatrzeć na tych wszystkich ludzi nie przestrzegających zasad :/ Ale może Islandczycy, którzy są bardzo świadomi niezwykłości swojego kraju, nie dopuszczą do tego? W tym cała nadzieja.

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close