Islandia: Wszystko co dobre…

Dzień 5, 12.03.2017

… szybko się kończy. Przyszedł ostatni dzień naszej podróży po Islandii. Pamiętacie, jak w jednym z poprzednich wpisów zachwycałam się urokami islandzkich atrakcji zgromadzonych pod nazwą Golden Circle? Cudowny wodospad Gullfoss, Geysir i wybuchający co kilka minut Strokkur… Musieliśmy zobaczyć to raz jeszcze! Przy okazji zahaczyliśmy również o Park Narodowy Þingvellir (ang. Thingvellir).

Zależało nam, żeby dzień rozpocząć możliwie jak najwcześniej, ale przesunięcie odgórnie narzuconej godziny śniadania możliwe było tylko o 30 minut. Cóż… dobre i to. Nasz gospodarz przywitał nas pretensjami, że przez nas musiał wraz z żoną wstać o 5:00, ale okazało się to w końcu żartem. Obydwoje mieli specyficzne poczucie humoru, a nasza gospodyni od rana chodziła naburmuszona. Jedno trzeba przyznać – śniadanie było imponujące! Podano nam mnóstwo różności, wraz z domowym dżemem z rabarbaru i jagód. Pycha! Cały zastawiony stół i szafki, a to wszystko w scenerii bardzo ładnie urządzonej kuchni. Aż żałuję, że nie mamy stamtąd żadnego zdjęcia! I jak się okazało – nie tylko my skusiliśmy się na wcześniejsze śniadanie. Ledwo zdążyliśmy zapełnić talerzyki, jadania była również pełna.

Zaraz po śniadaniu  ruszyliśmy w kierunku Gulfoss. Czekało nas jakieś 60 km drogi w oczekiwaniu na to, jaka będzie pogoda. Islandzka aura jest nieprzewidywalna – gdy ruszaliśmy, niebo zakryte było chmurami, ale niekoniecznie musiało to oznaczać opady na miejscu. Po drodze trochę i ja pokierowałam naszym maleństwem, ale przyznam szczerze, że dziwnie mi się jechało tym autem. Zaraz wróciłam na miejsce pasażera – od jazdy oblodzoną drogą zdecydowanie wolałam fotografowanie mijanych krajobrazów.

Dojechaliśmy w pewnym momencie do drogi, przed którą ustawiony został znak zakazujący poruszania się motocyklami i samochodami. Szybko doszliśmy do wniosku, że musi chodzić o zakaz jazdy samochodami osobowymi. Droga nie była asfaltowa, ale naprawdę na spokojnie dało się nią przejechać naszym Hyundaiem. Była lekko przyprószona śniegiem i widać było na niej tylko kilka śladów innych aut, ale naprawdę gorszymi drogami po Islandii jeździliśmy. Co jednak nie oznacza, że każdą islandzką drogę o każdej porze roku da się pokonać osobowym autem. Trzeba wziąć to pod uwagę przy planowaniu swojej podróży.

Skrótem dotarliśmy do parkingu przy wodospadzie Gullfoss. Wycieczki z Reykjaviku jeszcze tam nie dotarły, więc parking o tej porze był pusty – poza nami stały tam raptem jakieś dwa auta. Sklepik i restauracja wciąż były zamknięte (czynne od 10:00), jednak przy drzwiach czekało kilku chłopaków. Chyba bardzo liczyli na możliwość skorzystania z toalety :) Nad wodospadami nie było nikogo. Mogliśmy podziwiać ten cudowny widok na wyłączność. Gullfoss to najbardziej majestatyczny wodospad jaki widzieliśmy na Islandii. Wcale się nie dziwię, że jest tak bardzo popularnym miejscem i widzi go każdy, kto uda się na wycieczkę po Złotym Kręgu. Cudownie było zobaczyć go raz jeszcze.
Tym razem wyszło słońce i jako że wiatr był słabszy, nie byliśmy skąpani w drobnych kropelkach wody przenoszonych od strony kaskad. Było cicho i spokojnie. Ale co tam się musiało dziać wcześniej… W jednym miejscu natrafiłam na jakiś zagubiony kluczyk, a w drugim na przezroczystą nakładkę prostującą zęby… Impreza musiała być przednia.

Gdy zbieraliśmy się spod Gullfoss, zaczęło przybywać samochodów, ale wciąż tłoku nie było. Następnie udaliśmy się w stronę gejzerów. Tym razem nie czekaliśmy na wybuch Geysiru, tylko po szybkich kilku zdjęciach poszliśmy do sąsiedniego gejzeru Strokkur podziwiać jego spektakularne erupcje. Z daleka jednak widzieliśmy, że przy Geysirze stało uparcie kilka osób z aparatami i kamerami w pogotowiu. Dosłownie jak my dwa dni wcześniej… Pamiętajcie – Geysir nie wybuchł już od dobrych kilku lat. Może jednak kiedyś jeszcze się obudzi?

Strokkur oczywiście nie zawiódł. Co kilka minut wyrzucał z siebie słup gorącej wody. Mieliśmy zostać tam na jeden, góra dwa wybuchy, ale z każdym kolejnym wcale nie mieliśmy ochoty odjeżdżać.

Większość wyrzutów była wysoka, ale zdarzały się też miniaturki, które zaskakiwały obserwujących. Słup wody sięgał wtedy raptem kilkudziesięciu centymetrów lub maksymalnie kilka metrów, po czym należało znów odczekać kilka minut. Wszystko dookoła parowało tak jak i wcześniej – w końcu woda ma tam temperaturę 80-100 stopni.

Na terenie parku prawie nie było ludzi. Gdy byliśmy tam po raz pierwszy, alejkami przechadzały się dzikie tłumy. Tym razem było to kilka osób, jednak z biegiem czasu przybywało odwiedzających. Geysir i Gullfoss warto więc zobaczyć (zimą, latem pewnie bez różnicy) albo rano – w godzinach 9:00-10:00, albo po 16:00 – 17:00.

Zahaczyliśmy jeszcze o sklepik z pamiątkami. Przechadzaliśmy się wśród różnych stoisk, na których rozstawione były figurki trolli, maskonurów i temu podobnych, magnesy, a także… zapuszkowane świeże islandzkie powietrze. Chińczycy wykazywali spore zainteresowanie tym towarem. Zajrzeliśmy również do części, w której sprzedają wyroby z islandzkiej wełny. Nie wytrzymałam i kupiłam sobie wełnianą czapę – bajka na zimne dni! Wełna odrobinę gryzie, ale i cudownie grzeje, więc będzie na przyszły sezon. Szkoda tylko, że na pomysł tego zakupu nie wpadłam wcześniej. Cienka, zabrana z Polski czapka niekoniecznie za każdym razem wystarczała.

Pożegnaliśmy się z gejzerami i ruszyliśmy w kierunku stolicy Islandii. Chcieliśmy zobaczyć kilka miejsc w Reykjaviku, ale zanim tam trafiliśmy, zatrzymaliśmy się po drodze w Parku Narodowym Thingvellir. Przez większą część parku można jechać z dopuszczalną prędkością 50 km/h, mało kto jednak tak ściśle trzymał się tych ograniczeń. Tam po raz pierwszy zobaczyłam islandzką taksówkę.

Malownicze trasy nie zachęcały do pośpiechu, ale my wciąż musieliśmy patrzeć na zegarek. Czas się niemiłosiernie szybko kończył.

Podjechaliśmy do miejsca zwanego Slices (można tam nurkować na głębokości nawet 42 m!), ale na pobliski punkt widokowy zabrakło mi już sił. Moje ścięgna Achillesa po wędrówce pod wrak samolotu na czarnej plaży zupełnie odmówiły mi posłuszeństwa (ból utrzymywał się jeszcze kilka dobrych dni po powrocie).

Nogi bolały, ale nie mogliśmy darować sobie jeszcze jednego bardzo malowniczego wodospadu w okolicy. Oxarafoss  – kaskada spadająca na ośnieżone kamienie wygląda jak z bajki o jakiejś królewnie. Niestety ludziom nie wystarczyło, że tuż przy wodospadzie jest drewniany podest, z którego wygodnie można robić zdjęcia. Musieli wchodzić na wystające z wody kamienie, bo przecież trzeba być bliżej. Jeden z takich osobników prawie skąpał się w lodowatej wodzie.

Zobaczyliśmy jeszcze miejsce u styku płyt kontynentalnych (Islandia leży na dwóch płytach – europejskiej i amerykańskiej), ale musieliśmy się pospieszyć, ponieważ mieliśmy coraz mniej czasu na Reyjavik.

Przyszła pora na opuszczenie terenu parku, ale ciągle podziwiać mogliśmy cudowne widoki. Raz widać było, że Islandia zaraz zacznie wiosennie się przebudzać, jednak za chwilę wjeżdżaliśmy w rejony, gdzie zalegała gruba pokrywa śniegu. W jednym miejscu było ciepło, kilka stopni na plusie, zaraz jednak trafialiśmy do lodowatych podmuchów wiatru. I tak w kółko.

Gdy dotarliśmy w końcu do Reykjaviku, już na wjeździe do miasta poczułam, że coś się skończyło. Stolica zupełnie mnie nie zachwyciła. Czułam się tam źle – po kilku dniach na łonie natury nie miałam zamiaru wracać do takiej „cywilizacji”. Szczególnie że Reykjavik kompletnie nie jest w moim guście. Może trzeba było jednak dłużej zostać w parku narodowym? W Reykjaviku dużo czasu nie spędziliśmy. Na początek udaliśmy się do muzeum fallologicznego z penisami należącymi do różnych zwierząt oraz… człowieka. Poszczęściło się nam, bo zaparkowaliśmy tuż przed wejściem. Ponadto była niedziela, a w niedzielę nie płaci się za parkowanie w mieście. Standardowo parking kosztuje 275 koron (ok. 10-11 zł) za godzinę  i opłata obowiązuje od poniedziałku do piątku w godzinach 9:00-18:00 oraz w sobotę od 10:00 do 16:00. Nie wiem czy dotyczy to wszystkich parkometrów, ale akurat ten pod muzeum nie wydaje reszty, więc dobrze mieć drobne w postaci monet 5, 10, 50 i 100 koron i dobrze wyliczyć czas postoju.

Muzeum było oblężone. Bilet normalny kosztuje 1500 koron (ok. 57 zł od osoby). Ekspozycja obejmuje członki najróżniejszych zwierząt – największy „sprzęt” należy do wieloryba, najmniejszy zaś bodajże do chomika (kilka milimetrów pokazane pod lupką ;) ). Wszystkie fragmenty umieszczone zostały w słojach wypełnionych zapewne formaliną. Założyciel otworzył to dość specyficzne miejsce w 1997 roku mając w kolekcji 62 eksponaty. Dzisiaj jest ich 285! W obecnym miejscu muzeum odwiedzać można od 2011 roku.

Jako że muzeum jest niewielkie, szybko mogliśmy udać się na spacer po mieście. Chcieliśmy skosztować jakiegoś lokalnego specjału, ale albo trafialiśmy na pizzerie albo na lokale serwujące burgery lub steki. Jedyna restauracja, w której można było spróbować lokalnej kuchni była akurat zamknięta. Może to i dobrze, bo ceny oscylowały w okolicach 150 zł za jedno danie… Poza tym chyba nie byłabym w stanie poradzić sobie ze stekiem z uroczego kuca islandzkiego… Poza koniną właściciele lokalu oferowali w menu również steki z wieloryba.

Udaliśmy się też obowiązkowo pod słynny, charakterystyczny kościół Hallgrímskirkja. Budynek jest dobrym punktem orientacyjnym, bo dzięki wysokiej na 73 metry wieży widać go prawie z każdego miejsca w mieście.  Po Smáratorg 3 jest drugim pod względem wysokości budynkiem Islandii. Kościół nosi imię islandzkiego duchownego luterańskiego i poety Hallgrímura Péturssona. W środku jest on bardzo ascetyczny, żeby nie powiedzieć, że prawie zupełnie pusty. Uwagę zwracają jedynie organy i wielka kolejka chętnych na wjechanie windą na wieżę, coby podziwiać widok na miasto. Przyjemność ta kosztuje „tylko” 900 islandzkich koron (jakieś 35 zł).

Zanim ruszyliśmy w drogę na lotnisko, zajrzeliśmy jeszcze na wybrzeże, na którym stoi rzeźba Sun Voyager. Sun Voyager to z założenia symbol, oda do słońca. Zawiera w sobie obietnicę nieodkrytego terytorium, marzenie o nadziei, postępie i wolności. W 1986 r. stowarzyszenie dzielnicy zachodniej części miasta finansowało konkurs na nową rzeźbę, która miałaby powstać z okazji 200 rocznicy powstania miasta Reykjavík. W konkursie zwyciężył projekt „Sun Voyager” autorstwa Jóna Gunnara – rzeźba została ostatecznie odsłonięta na nabrzeżu Sæbraut w urodziny miasta Reykjavík 18 sierpnia 1990.

Przyszedł najwyższy czas, żeby żegnać się z Islandią. Bez problemu zatankowaliśmy i oddaliśmy auto znów natykając się na Polaków pracujących w wypożyczalni. Mężczyzna, który nas akurat obsługiwał, na Islandii mieszka od 11 lat i przez ten czas ani razu nie był w Polsce – bardziej opłaca mu się ściągnąć do siebie matkę, niż całą rodziną lecieć w odwiedziny. Opowiedział, jakie to przygody mają turyści z samochodami. Nam nic się nie stało, ale tego dnia miał 5 zwrotów uszkodzonych aut. I kilka pretensji od osób, które zdecydowały się podjąć to ryzyko i nie wykupić ubezpieczenia. Tę historię już wcześniej opisałam – jednemu wypożyczającemu na Reynsfjarze wiatr wbił w tylną szybę kamyk. W trakcie jazdy drugi kamyk dopełnił dzieła, szyba poszła w drobny mak. Najwięcej zniszczeń powodują inne samochody (kamienie spod kół przejeżdżających aut) oraz wiatr. Nasz rodak pracował kiedyś w budowlance. Wspominał, że jak nie było jeszcze wstawionych w wykańczanym domu okien i przyszedł gigantyczny wiatr, to materiałów z budynku szukali 200-300 metrów dalej. Latem ponoć jest spokojniej.

Odwiezieni zostaliśmy przez kolejnego Polaka busem na lotnisko, ale równie dobrze można przejść się na piechotę. A w hali znów spotkaliśmy pracujących tam rodaków – w restauracji, w sklepach… Było ich pełno. Raz podsłuchaliśmy przypadkiem rozmowę turystów i sprzedawcy. Pytali o hakarla i możliwość jego przewiezienia. Był zamrożony, więc obawiali się, że po rozmrożeniu rybę wyrzucą. Sprzedawca odparł spokojnie, że mogą go i 4 razy rozmrozić i nic mu nie będzie, w końcu to zgniła ryba. W smaku obrzydliwe… Hakarla po raz drugi nie kupiliśmy, ale zakupiliśmy skyr, wędzoną, puszkowaną wątrobę dorsza (?!) oraz jeszcze kilka przekąsek. Zakupy standardowo wyszły drogo, ale nie drożej niż w sklepach poza lotniskiem. Wełniane czapki, rękawiczki oraz opaski zakrywające uszy były nawet o kilkanaście- kilkadziesiąt koron tańsze niż w turystycznych miejscach.

Lot przebiegł bez większych problemów, większość przespałam umęczona intensywnym zwiedzaniem. Ale warto było, bo Islandia jest cudowna!

W Warszawie wylądowaliśmy kilka minut przed czasem. Spodziewałam się, że będzie ciut cieplej, ale jeśli o pogodę chodzi, nie było żadnej różnicy między Polską a oddaloną tak bardzo na północ Islandią. Od powrotu powtarzam sobie ciągle – jeszcze na Islandię wrócimy! Zostało przecież tyle miejsc do odkrycia.

Islandia: Wodospad ukryty pośród skał

Powiązane wpisy

15 Comments

  1. Marcin

    Od wielu lat marzę o podróży na Islandię. Dla mnie to miejsce naprawdę magiczne. Może w końcu w przyszłym roku się uda…
    Świetne zdjęcia i pasjonująca lektura :)

    Odpowiedz
  2. Zuzanna

    A gdzie dokladnie sie zatrzymaliście? Wybieramy sie z rodzina na Islandię pod koniec marca ale nadal nie mamy wybranego noclegu.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Co noc spaliśmy w innym miejscu i tak: pierwszy nocleg mieliśmy w Svitan Guesthouse & Apartments w Keflaviku (najtaniej i bardzo fajne warunki), drugi w Guesthouse Steig w okolicach Vik i Myrdal, trzeci w Guesthouse Skálafell w Skálafell i ostatni Guesthouse Bitra B&B w Bitrze. Udanej podróży! :)

      Odpowiedz
      1. Zuzanna

        Super dziękuję

        Odpowiedz
  3. Natalia

    Islandia moje marzenie! Przepiękna podróż

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Życzę w takim razie jego spełnienia!

      Odpowiedz
  4. Blania

    Pięknie to wszystko wygląda. Mimo, że wolę cieplejsze kraje do Islandię chętnie bym odwiedziła.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Też preferuję ciepełko, ale nie mogę się doczekać, aż znów pojawi się okazja na wyjazd na Islandię.

      Odpowiedz
  5. Popstrykane

    Marzy mi sie Islandia cholernie mocno!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      No to już, pora w drogę! :D

      Odpowiedz
  6. Jedno oko na

    Przepiękna!

    Odpowiedz
  7. super dzieciaczki

    Osobiście wolę ciepłe kraje, ale te widoki są wspaniałe.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Mnie też bardziej ciągnie do ciepła, ale Islandia jest wyjątkiem od reguły. Jeżeli miałabym stanąć kiedyś przed wyborem – opłacony z góry wyjazd na Islandię lub do ciepłych krajów – bez wahania wybiorę to pierwsze :)

      Odpowiedz
  8. Lili Ess

    Jestem zauroczona. Te miejsca są takie dziewicze takie piękne. Czasami odnoszę wrażenie że życie jest za krótkie bo tyle jest cudownych miejsc na świecie, wszędzie chciałabym dotrzeć a czas ucieka.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Życia niestety nie starczy na zobaczenie tych wszystkich cudownych miejsc :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close