Wietnam: Niezwykłe spotkania i pierwsza Pho w Hanoi

Doba w podróży, nocujący w tym samym hostelu Polacy, z którymi mimo, że przylecieliśmy do Hanoi różnymi samolotami, to spotkaliśmy się w jednym lotniskowym autobusie, pierwsza zupa Pho i mega tanie wietnamskie piwo. Twarde jak deska łóżko (później okaże się, że to tam norma) i feeria barw, smaków i zapachów. Tak można byłoby podsumować nasze pierwsze dwa dni podróży do Wietnamu. Później było już tylko coraz ciekawiej!

13-14.09.2017, dzień 1 i 2

I oto wreszcie nadszedł ten wyczekiwany od tylu miesięcy dzień – ruszamy do Wietnamu! Najpierw czeka nas lot do katarskiej Dohy, później międzylądowanie w Bangkoku i wreszcie do celu – na lotnisko Noi Bai pod Hanoi. Podekscytowanie nie ma granic. W końcu Wietnam zajmował jedno z czołowych miejsc na mojej podróżniczej liście marzeń! Na lotnisko docieramy z odpowiednim zapasem czasu, więc na spokojnie przechodzimy przez odprawę. Co prawda mamy ze sobą tylko bagaże podręczne, ale nie chciało się nam wcześniej odprawić. Od razu przy stanowisku odpraw proszeni jesteśmy o okazanie przyznanej e-wizy – bez tego nie otrzymamy kart pokładowych.

Qatar Airways – złego słowa nie powiem!

Lot z Warszawy odbywamy z polskim pilotem na pokładzie Qatar Airways. Już przy okazji podróży do Tajlandii mieliśmy okazję przetestować tę linię. Stewardessy jak zwykle profesjonalnie podchodzą do pasażerów. Catering jest niezły, na miejsce nie narzekamy. Od razu rozpoczynamy maraton filmowy, żeby jak najbardziej się zmęczyć i usnąć. Kocyk, poduszka, zestaw nowszych filmów – nie jest źle. Jest późno, ale jednak sen mimo wszystko jakoś nas nie może dopaść.

Krótka przesiadka w Dosze

Po dotarciu do Dohy czeka nas niemały szok. Gdy tylko opuszczamy samolot na płytę lotniska, uderza w nas suche i gorące powietrze. Termometry wskazują 33 stopnie – a jest godzina 00:30! Nie mamy zbyt wiele czasu na odszukanie bramki na kolejny lot, ale na szczęście nasza podróż z Warszawy odbyła się bez opóźnień, dzięki czemu 1,5 godz. w stolicy Kataru w zupełności nam wystarcza. Przy okazji mam też czas na zrobienie zastrzyku – ze względu na problemy zdrowotne długie loty nie są dla mnie zbytnio wskazane. Odwiedzony na kilka dni przed wyjazdem internista poważnie potraktował mój przypadek i po konsultacjach z kilkoma innymi lekarzami wypisał mi lek przeciwdziałający zakrzepom. Niestety jak już wspomniałam środek ten jest w postaci zastrzyku. Poinstruowana przez niego co i jak nie mam za bardzo wyjścia. Czeka nas ponad 10 godzin na pokładzie samolotu, więc ryzyko komplikacji zdrowotnych jest u mnie zbyt duże.

Coraz bliżej celu!

Kolejny lot i znów nie możemy narzekać na obsługę. Jedzenie jest nawet smaczne, rozrywka pokładowa bogata, a obsługa na najwyższym poziomie. Tradycyjnie już każdy z pasażerów otrzymuje indywidualny zestaw w postaci szczoteczki do zębów, mini pasty, skarpetek i opaski na oczy. Jest też mini balsam do ust! Czy potrzeba mi czegoś więcej? No może jedynie poziomej pozycji do spania. Nie narzekam jednak, bo w takiej cenie biletu i tak mamy prawie że luksusowe warunki!

Międzylądowanie w Bangkoku dłuży się nam niemiłosiernie. Z okien obserwujemy lotnisko, na którym mieliśmy okazję lądować rok wcześniej – w ciągu dnia miejsce to wygląda zupełnie inaczej. Mam wręcz wrażenie, że jestem tu po raz pierwszy. Ekipa sprzątająca szybko uwija się z ogarnięciem samolotu, wymianą kocyków, poduszek i słuchawek. Startujemy o czasie. Samolot jest bardzo opustoszały, znaczna część pasażerów wysiadła w stolicy Tajlandii. Jest cicho, spokojnie. Mamy szansę na ostatnią drzemkę.

Doba w podróży

Widoki z samolotu podchodzącego do lądowania na lotnisku Noi Bai w Hanoi robią na mnie niesamowite wrażenie. Równina zapełniona do granic możliwości niewielkimi poletkami z dojrzałym już ryżem, gdzieniegdzie jakiś zbiornik wodny, droga lub niewielkie miasteczko. A w oddali góry. Jest pięknie! Nie mogę się już doczekać momentu, aż wyjdziemy z samolotu. Chcę poczuć jak pachnie i smakuje ten kraj. Jeszcze wtedy nie wiem, że jak tylko opuszczę lotnisko, będę chciała uciec tam z powrotem z powodu ogromnej wilgotności powietrza wyciskającej momentalnie wszystkie poty z naszych nieprzyzwyczajonych do takich warunków organizmów.

Po wylądowaniu przechodzimy bez problemu przez procedury – zakupiona przez Internet e-wiza działa. Kolejki nie ma, więc już po kilku minutach mamy w paszportach pieczątkę zezwalającą na 30 dniowy pobyt. Żadnych pytań, komplikacji. Wreszcie możemy powiedzieć, że jesteśmy w Wietnamie. Nasza podróż od wyjścia z domu do przekroczenia progu hostelu trwała łącznie 23,5 godz… Wymieniamy trochę pieniędzy (w kantorze na lotnisku pobierają prowizję), kupujemy kartę SIM. Porównanie ofert średnio nam wychodzi, przez co trochę przepłacamy – za 13$ mamy kilka GB danych i możliwość dzwonienia. Trudno, najważniejsze, że temat z głowy, chociaż kilka dni później okazuje się, że cały pakiet danych dziwnym trafem wyparował…

Niespodzianka! A nawet dwie!

Na zewnątrz fala wilgotnego gorąca prawie zwala nas z nóg. Już gdy stawiamy pierwsze kroki poza terminalem, mam serdecznie dość. Oczy kleją mi się niemiłosiernie, głowa boli, upał i wilgotność dają w kość – pot dosłownie płynie po każdej części ciała. Zaraz zaczepia nas kierowca stojącego nieopodal busika – że okazja, że tanio, że zawiezie nas prosto pod nasz hotel. Jest nieustępliwy, powtarza co chwila, że koszt to tylko 4$ od osoby. Po kilku odmowach przestajemy zwracać na niego uwagę, w końcu odpuszcza.

Idziemy na lewo od wyjścia, na przystanek autobusu nr 86. Musiał niedawno odjechać, bo pod tabliczką z numerem linii siedzi tylko jedna dziewczyna. Moje podejrzenia szybko się potwierdzają – nawet nie wiem, skąd wiedziałam, że to nasza rodaczka! Celestyna mieszka tu już jakiś czas (10 lat!), uczy angielskiego. Właśnie wróciła do siebie. Widać po niej, że jest już zahartowana w tych warunkach, twierdzi nawet, że teraz jest dużo przyjemniej niż jeszcze miesiąc temu. Jeżeli to ma być to “przyjemniej”, to ja dziękuje za podróż w te strony w sierpniu. Musimy poczekać. Niby jakiś rozkład jest, ale i tak nikt nie zwraca na to uwagi.

Rozmawiamy chwilę, przyjeżdża autobus. Koszt biletu do centrum stolicy to raptem 30 000 dongów od osoby (przy ówczesnym kursie to ok. 4,90 zł, czyli ok. 1,5$!). Wsiadamy i zajmujemy miejsce z tyłu. Pracownik linii przechodzi po wnętrzu i zbiera od każdego gotówkę wydając niewielki bilecik. Przed nami z wielkim plecakiem usadawia się Celestyna. Jest klimatyzacja! Chwała ci kierowco za jej włączenie! Autobus chwilę stoi, szybko się zapełnia. Zaraz dosiada się do nas jakaś dwójka ludzi. Okazuje się, że to Natalia i Piotr! Do Hanoi przylecieli innym lotem niż my, ale zbieg okoliczności sprawia, że siadamy obok siebie w tym akurat autobusie. I to nie koniec niespodzianek!

Podróż do okrytego smogiem miasta szybko nam mija. Nieco przeraża nas wiszący nad stolicą smog, ale zaraz słyszymy, że dzisiaj i tak nie jest aż tak źle. Celestyna wysiada wcześniej, ale z Piotrkiem i Natalią jedziemy do centrum. Wysiadamy razem. Na przystanku okazuje się, że idziemy w tę samą stronę, bo… nocujemy w tym samym hostelu! Czy świat nie jest mały? Na szczęście mamy blisko, bo raptem jakieś 300 metrów do przejścia.

Szybko się meldujemy i ruszamy na najwyższe piętro do naszego pokoju. Marzę tylko o kąpieli i łóżku, ale czy po tak wyczerpującej podróży możemy usiąść i nic nie robić? Oczywiście że nie! Po szybkim prysznicu, zarezerwowaniu biletów na autobus do Sapy (kolejnej nocy ruszamy w stronę tarasów ryżowych!) wyruszamy z nowymi znajomymi na zapoznanie się z najbliższą okolicą. Późna godzina, ale gorąco tu wciąż jak w piekle. Nawet powiewający delikatnie wiatr nie daje ochłody. Wąskie uliczki okupowane są przez Wietnamczyków i turystów szukających różnych rozrywek w centrum historycznej dzielnicy Hanoi.

Pierwsza Pho

Jest tłoczno, gwarno, wszędzie unoszą się zapachy jedzenia. Nie możemy nie skosztować po raz pierwszy prawdziwej wietnamskiej kuchni. Na początek wybór pada na sztandarową zupę Pho, którą to spożywamy siedząc na maleńkich krzesełeczkach przy niskim stole, tuż przy ulicy. Taki widok “ogródków” restauracyjnych to tu standard. Siedzimy i rozkoszujemy się chłodnym piwem Ha Noi za całe 20 000 dongów. To jakieś 3 zł w lokalu w starej, najbardziej turystycznej części miasta! Co chwila zaczepiają nas kobiety sprzedające jakieś słodkie kulki. Dają nam ich nawet spróbować, ale dziękujemy. Zaczepki jednak są dość natarczywe. Jedna z nich szczypie nawet mojego męża w ramię. Mimo tych zabiegów nie ustępujemy.

Ceny kulek nie poznajemy, ale jaki jest koszt zupy? 50 000 dongów (ok. 8 zł) tak za wersję z kurczakiem jak i wołowiną. Patrząc na te ceny, wiem już, że lokalnych pyszności nie będziemy sobie odmawiać. Przy okazji – nasz nocleg w samym centrum kosztuje raptem 9$ za pokój, w cenie mamy klimatyzację, łazienkę, Internet i śniadanie! Do tego obiekt położony jest przy maleńkiej uliczce, w której możliwy jest jedynie ruch pieszy nielicznych mieszkańców i pracowników tego zaułku. Lepiej trafić nie mogliśmy!

A skoro już wspomniałam o ruchu na drodze… To istne szaleństwo! Samochody i skutery… Setki skuterów nie uznających obecności pieszego na drodze. Wydawać by się mogło, że na ulicach nie ma tu żadnych zasad, wszyscy tylko płyną ławicą przed siebie. Ciasno, głośno. Mam wrażenie, że to istna dżungla. Pomyśleć, że sami chcemy wynająć taką diabelską maszynę…  Zaczynam mieć pewne obawy.

Dżungla na drodze

Początkowo mam problem z przejściem na drugą stronę ulicy, ale dość szybko łapię, o co w tym wszystkim chodzi. Chcesz przejść przez ruchliwą drogę? Po prostu idź przed siebie. Nie wahaj się, nie zatrzymuj, broń Boże nie zawracaj. Jeśli pewnym krokiem ruszysz przed siebie, masz szansę na to, że przebrniesz przez to morze skuterków z sukcesem (czyt.: w całości).

Spotykamy kobiety, które dźwigają kosze wypełnione owocami – dość charakterystyczny widok dla Wietnamu. Dzięki jednej z tych pań mam możliwość przymierzenia tradycyjnego wietnamskiego kapelusza non la – i to zupełnie niespodziewanie. Po prostu stożkowy kapelutek ląduje na mojej głowie bez ostrzeżenia gdy przechodzę obok. Ponoć do twarzy mi w tym modelu. Wietnamka zachęca do zrobienia sobie zdjęcia. Oddaję kapelusz i dziękuję. Po dobie w podróży nie za bardzo chcę uwieczniać swój wykończony wizerunek. Ni o czywiście zdjęcie takie byłoby dodatkowo płatne za użyczenie rekwizytów.

Robimy szybkie zakupy i jak na jeden dzień mamy dość wrażeń. Pora choć trochę odespać trudy podróży tak daleko od domu – w końcu dochodzi już północ. Umawiamy się jeszcze z Natalią i Piotrkiem na kolejny dzień – zanim wyruszymy do Sapy chcielibyśmy zwiedzić odrobinę Hanoi i rzucić okiem na Muzeum Etnograficzne położone nieco dalej od centrum. W towarzystwie zawsze raźniej.

Jak na desce

Wracamy do hostelu. W naszym zaułku spod nóg ucieka mi karaluch i zaraz potem szczur. Na szczęście w środku jest bardzo czysto i przyjemnie. Młody właściciel z ciężarną żoną robią wszystko, byleby tylko uprzyjemnić nasz pobyt. Pora wreszcie się położyć. Jednak tu czeka mnie bardzo nieprzyjemna niespodzianka. Jak tylko siadam na łóżku, od razu wiem, że nie będzie łatwo tu spać. Jest twarde jak deska! Na szczęście jednak zmęczenie nie pozwala mi na zbyt długie szukanie odpowiedniej pozycji. Z tym że rano budzę się jak połamana… Mimo tego z niecierpliwością czekam, co przyniosą kolejne dni!


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Wietnamu! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli zostaniesz tu ze mną na dłużej i pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Skomentuj