Wietnam: Tarasy ryżowe w Wietnamie. Okolice Sapa w czasie zbiorów.

Nie wszystkie wyjazdowe przygody wspominamy z szerokim uśmiechem. Zdarza się czasem, że po czymś pozostaje niesmak, a czasem nawet… ulga, że nie skończyło się coś tragicznie. Tak, ta przygoda zdecydowanie mogła skończyć się źle. Nawet jak dziś o tym myślę, dostaję gęsiej skórki i dochodzę do wniosku, że ktoś (coś?) musiał nad nami czuwać. Przegrzany, jedyny działający wcześniej hamulec, zawiódł nas w trakcie zjeżdżania z góry. Będąc w Sapa chcieliśmy zobaczyć tarasy ryżowe Wietnamu – plan się powiódł i objechaliśmy okolice Sapa, ale strachu też się trochę najedliśmy…

18.09.2017, dzień 6

Standardowo na śniadanie dostajemy naleśniki z czekoladowym sosem, ale tym razem jest dodatek w postaci bananów. Szaleństwo. Ale powiem Ci, że nigdy w żadnym innym miejscu tak prosty posiłek nie smakował mi tak bardzo. Prosimy o przyprowadzenie skuterka – za całodzienny wynajem płacimy 120 000 VND, czyli niecałe 20 zł. Pogoda wreszcie nam dopisuje, więc żal byłoby z niej nie skorzystać. Szczególnie że to nasz ostatni dzień w tym miejscu, czyli ostatnia okazja na zobaczenie tak widowiskowych tarasów ryżowych w Wietnamie. W nocy wracamy nocnym autobusem do stolicy, by tam przesiąść się od razu w jakikolwiek transport na lotnisko i ruszyć na południe Wietnamu.

Różowa obwódka

Po chwili już na nas czeka – biały model Yamahy z różową obwódką wokół tablicy rejestracyjnej. Będzie go łatwiej poznać pośród innych skuterków. Gospodarz wręcza mi kluczyki – chyba sądził, że to ja będę prowadziła to cudo. Ja – nigdy wcześniej nie jeżdżąca skuterem – prowadząca tę piekielną maszynę w morzu innych skuterków w jakimś mieście w Wietnamie? W życiu! Kluczyki natychmiast przekazuję mężowi. Zostawiamy jeszcze na recepcji pranie i po krótkim instruktażu mężczyzn chcących nam za wszelką cenę wyjaśnić na ulicy co i jak, ruszamy przed siebie. Dobrze, że nie mieszamy w ścisłym centrum, możemy przynajmniej odrobinę się przyzwyczaić. Przy okazji dowiadujemy się, że jednak Wietnamczycy jazdy na skuterkach nie wysysają z mlekiem matki – nasz gospodarz na skuterku jeździć nie potrafi.

Musimy zatankować – za 3 l paliwa (92) na znajdującej się nieopodal stacji płacimy 54 000 VND – jakieś 9 zł. Jest mała kolejka, ale pracownica stacji każdemu pomaga. Ruszamy. Nigdy nie jeździłam taką maszyną, więc początkowo kurczowo trzymam się męża. Nie jest to jednak zbyt wygodna pozycja, więc z biegiem czasu i kolejnych kilometrów zaczynam się bardziej prostować. W mieście zbyt pewnie się nie czuję, ale im dalej od centrum jesteśmy, tym łatwiej jechać. Wyjeżdżamy z tego małego skuterowego piekła na trasę. Jedna, druga, trzecia dziura w asfalcie – z każdą kolejną nabieram przekonania, że następnym razem zlecę. Ale jakoś się trzymam. Skuterów jakby mniej, ale i tak trzeba uważać.

Po drodze do Lao Cai

Kierujemy się znaną nam już drogą w stronę Lao Cai – to tu poprzedniego dnia widzieliśmy te cudownie wyglądające tarasy ryżowe skąpane w promieniach słońca. Co chwila zatrzymujemy się zachwycając się widokami. I rozpoczęły się żniwa! Trafiliśmy tu w idealnym momencie. Możemy przyjrzeć się zbiorom, młóceniu i wałęsających się po pustych już polach ogromnym wołom.  Z każdym kolejnym kilometrem jestem coraz bardziej zachwycona widokami. Jak to szło? Po czym poznać szczęśliwego rowerzystę? Po muchach i komarach między zębami. Taaa… tutaj ewidentnie można zastosować ten sucharek do przyjezdnych użytkowników skuterów.

Piękne widoki, ale praca ciężka

Dla nas widok jest magiczny, jednak szybko schodzę na ziemię. To, co wygląda tak cudownie, dla tutejszych mieszkańców jest ciężką pracą pozwalającą ledwo wiązać koniec z końcem. Wcale by mnie nie zdziwiło, jeśli nie umieliby doceniać piękna tej okolicy. Praca tutaj to walka o każde ziarenko na stromych zboczach, w palącym słońcu, bez jakichkolwiek bardziej zaawansowanych narzędzi. Pot leje się z czoła, głównie mężczyźni młócą ryż aż plewy sypią się dookoła. Przez głowę przechodzi mi myśl, że może by tak pomóc im przy zbiorach, ale z naszą kondycją… tylko byśmy się ośmieszyli. Nabieram coraz większego podziwu dla tych ludzi. Są biedni, ale pracowici. I mimo że jest tu tak pięknie, nie mają tu w końcu łatwego życia.

Skuter i szorty? Kiepski pomysł

Ranek był przyjemny, ale teraz zaczyna się robić za gorąco. Kaski na głowach grzeją niemiłosiernie. Że też ta pogoda musi tak wariować! Przedwczoraj zimno jak nie wiem, nie wiedzieliśmy, w co się ubrać, a teraz…? Słońce na tyle przypieka, że już wkrótce odczuwam spalone uda. No tak. Szorty na jazdę skuterem w pełnym słońcu nie były dobrym pomysłem. Nogi i ręce po całym dniu dadzą mi później popalić, ale sama sobie jestem winna, bo nie smarowałam się zbyt regularnie kremem z odpowiednim filtrem. Dobrze, że nieco później kupię szal, którym się osłonię.  Temperatura miała niby wynosić 24 stopnie, ale odczuwalne jest ponoć ponad 30. Coś w tym jest.

Zablokowany skuter

Przy którymś kolejnym postoju udaje się nam niechcący zablokować skuter. Jak go odblokować?! Wietnamczycy pokazywali nam przecież jak to zrobić… Tylko jak to szło? Tu wcisnąć, tam przekręcić? Nie mam pojęcia. Minuty walki z maszyną mijają, a my wciąż nie znajdujemy rozwiązania. Już oczami wyobraźni widzę konieczność wracania do miasta na piechotę, ale jakimś cudem – sukces. 10 km pod górę mogłoby być słabą opcją przy tej pogodzie, bez wystarczającego zapasu wody – ciekawe, czy ktoś nie zabrałby nas na stopa?

Na jednym z postojów zaczepia nas starszy mężczyzna na motorze. Pokazuje, skąd zrobić dobre zdjęcia, ściska nam dłonie i odjeżdża. Ot tak. Po dojechaniu do tamy na dole zawracamy. Mijamy szkoły z wysypującymi się z nich ciekawskimi dziećmi, bawoły kąpiące się w sadzawce przy drodze, ludzi  lokalnych plemion. Każdorazowo wzbudzamy zainteresowanie.

Smażony makaron

Wracamy do naszego hotelu – czas najwyższy coś przekąsić.  Nasz gospodarz dziwi się, że tak szybko wróciliśmy, ale wyjaśniamy mu, że my tylko po smażony makaron, bo zasmakował nam w ich wersji. Tym razem z kurczakiem – kupione specjalnie dla nas dwa dni wcześniej mięso wreszcie może zostać wykorzystane. Mam wrażenie, że tylko my tu teraz nocujemy, więc innych chętnych na posiłek brakło.  Dostajemy makaron z dodatkową zieleniną, ale chyba nie do końca została dobrze wypłukana, bo piach chrzęści nam w zębach. Ach też pośpiech… Doceniamy jednak, że nie musieliśmy długo czekać. Szybko zbieramy się i ruszamy w stronę wioski Ta Phin.

Skuter – uniwersalny środek transportu ludzi i towarów!

Gdy tak jedziemy przez Sapę, naszym oczom ukazuje się kierowca skutera wiozący na bagażniku… lodówkę. Wiele rozmaitości już widzieliśmy przewożonych na tych niewielkich maszynach, ale lodówka?! Chyba nie ma przedmiotu (lub nawet zwierzęcia), którego Wietnamczyk nie przewiezie na skuterze.

Wioska Ta Phin

Po kilku kilometrach trafiamy na szlaban i budkę strażnika – dotarliśmy do wioski Ta Phin, do której wjazd kosztuje 40 000 dongów (ok. 6,5 zł). Wioska Ta Phin leży ok. 12 km na północ od miasta Sapa. Zamieszkuje ją społeczność plemienia Czerwonych Dao, Kinh i Hmong.

Z każdym kolejnym kilometrem droga jest coraz gorsza. Wyboje, kamienie, błoto, momentami naprawdę obawiam się dalszej jazdy. Zadek mam już porządnie obity, ale kontynuujemy podróż. Brak samochodów i piękne widoki to wystarczający powód, żeby jechać dalej. Dojeżdżamy pod jakiś sklep przy którym stoją miejscowe kobiety. Od razu nas obskakują, zasypują pytaniami skąd jesteśmy, jak mamy na imiona. W pewnym momencie nie wiem już co której odpowiadać. Chcą nas zabrać do wioski. Zostawiamy skuter i idziemy za kilkoma z nich. Czuję się porządnie oszołomiona tym “atakiem”. Może właśnie o to chodziło?

Starsze panie idą za nami pod górę wyraźnie sapiąc. Doprowadzają nas do jakiejś zamkniętej bramy, następnie do prostego, ale dużego domu, przed którym suszą się kolby zebranej kukurydzy i ryż. Próbuję przyjrzeć się skromnym wnętrzom. Zaprowadzeni zostajemy na taras, z którego roztacza się ładny widok. Przyjemnie tu! Jedna z kobiet – widocznie gospodyni obejścia – na chwilę znika. Zaraz jednak wraca niosąc dwie zimne herbaty smakujące nieco kawą. Tego było nam trzeba! Zmachałam się w tym upale, a udawanie postoju, żeby niby to przyjrzeć się buszującej w krzakach śwince wietnamskiej zbyt dużo oddechu mi nie dało.

Pijąc herbatę próbujemy dowiedzieć się czegoś o wiosce i tutejszym plemieniu, ale niestety rozmowa ewidentnie nie idzie. Kobiety słabo znają angielski, ale już nawet poza tym nie udaje się nam za bardzo złapać kontaktu. Widać, że na coś czekają. Udaje się nam ustalić, że gospodyni ma 13 wnucząt – jeden z nich biega dookoła nas. Cały tutejszy region ma ponoć 3 000 ludności i kobieta planuje posadzić warzywa. Zbiór ryżu możliwy jest tu tylko raz w roku (wrzesień – październik),  ryż sadzony jest w kwietniu (maju). I to tyle zdobytych na miejscu informacji.

Gdy tylko dopijamy herbatę wiemy już, na co było to oczekiwanie. Panie jak na sygnał znikają i wracają do nas objuczone towarami. Szale, torebki, różnorakie “rękodzieło”. Ponoć. Wszystkie trzy mają praktycznie to samo w ofercie, więc podejrzewam, że jednak z rękodziełem nie ma to zbyt wiele wspólnego. Ponoć bardziej opłaca się pójść na targ i nakupować chińskiego badziewia, niż robić coś samodzielnie.

Jako że w takich sytuacjach wypada coś kupić, decyduję się na czerwony szal od gospodyni. Idealnie posłuży mi do przykrycia nóg w trakcie dalszej jazdy w palącym słońcu. Pozostałe dwie kobiety zaczynają żądać, że od nich też musimy coś kupić, ale jeden szal za 10$ (200 000 dongów – jakieś 32 zł) w zupełności wystarczy. Po uiszczeniu dodatkowej “opłaty” w wysokości 20 000 dongów (ok. 3,5 zł) druga babcia z małym wnuczkiem na plecach pozwala się sfotografować. Upomina się po chwili, że zdjęcie to powód, bym coś kupiła. Zdecydowanie czas się zbierać.

Chybotliwym mostkiem wracamy pod sklep. Kupujemy jeszcze puszkę imbirowej coca coli, a następnie żegnani nakazem uważania i ostrożnej jazdy, ruszamy dalej. Ta wizyta utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że “atrakcje” w postaci wizyty w lokalnych (ale jednocześnie turystycznych – takich żywych skansenach) wioskach nie są dla nas. Zwyczajnie źle czujemy się w takich miejscach – jak jacyś intruzi. Ewentualnie skarbonki, które trzeba oskubać niekoniecznie pokazując im rzeczywiste życie. Oczywiście wiadomo – zależy, na jakiego przewodnika się trafi, ale i tak trzymam się zdania, że to nie dla nas. Może jakbyśmy zostali tu dłużej, skorzystali z trekkingu po okolicznych wzgórzach i tarasach ryżowych, byłoby inaczej, ale ten jeden raz nam wystarczy. Wioska swoim nastawieniem na sprzedaż niekoniecznie wytwarzanych tu towarów rozczarowała mnie.

Po drugiej stronie miasta

Jako że w wiosce Ta Phin nie spędziliśmy zbyt dużo czasu, mamy chwilę na dalsze poszukiwanie tarasów ryżowych. I tak trafiamy na pola z drugiej strony Sapa. Że też nie przyjechaliśmy tu wcześniej! Początkowo miasto i chaszcze zasłaniają wszystko, ale szybko trafiamy w przepiękną okolicę pełną pagórków z rozplanowanymi na nich tarasami ryżowymi. Żeby tylko światło było ciut lepsze…

Jedziemy tak przed siebie i jedziemy, zjeżdżamy z górki na południe od miasta – trafiliśmy w przepiękną okolicę, kompletnie nie mamy ochoty jeszcze wracać. Co prawda słońce chowa się już za wzgórzami, ale widoki wciąż zachwycają. I tak zjeżdżamy sobie cały czas z góry, gdy po wielu kilometrach kończy się nam asfalt. Jako że robi się późno, spiekliśmy się i zadki bolą od ciągłego podskakiwania na wertepach, decydujemy się zawrócić. Ciekawość, co jest za kolejnym zakrętem tym razem nie zwycięża. Ja zsiadam, żeby porobić jeszcze kilka zdjęć, mąż zawraca. Gdy wracam do niego, jego spojrzenie mówi mi, że coś się w międzyczasie stało.

Awaria, która mogła źle się skończyć…

Okazuje się, że… nawalił nam jedyny hamulec, jaki mamy. Tak po prostu przestał działać, bez żadnego ostrzeżenia. Gdybyśmy się nie zatrzymali w tym momencie w tym miejscu, tylko dalej zjeżdżali w dół po tych wszystkich dziurach, kamieniach i piasku, na dodatek nad przepaścią, na bank skończyłoby się to źle. Ktokolwiek/ cokolwiek nad nami nie czuwało, mam nadzieję, że nie opuści nas do końca wyjazdu. Najedliśmy się strachu, ale na szczęście droga powrotna przebiega tylko i wyłącznie pod górę – hamulce są całkowicie zbędne. Postanawiamy, że w razie co w mieście najwyżej przespacerujemy się z maszyną do hotelu, żeby nie kusić losu. Mijamy jakiś warsztat i już mamy do niego zawrócić, gdy o dziwo na samej górze hamulec znów zaczyna działać. Ufff… Docieramy w całości. Oddajemy skuter i mając dość wrażeń wracamy do pokoju. Hamulec najzwyczajniej w świecie przegrzał się… 

W mieście robimy jeszcze zakupy na drogę do Hanoi, odszukujemy również biuro firmy autobusowej (Queen Cafe Open Bus), z którą w nocy mamy wrócić do stolicy. Póki co jest puste, ale do odjazdu zostało sporo czasu.

Rozkoszujemy się relaksem w naszym dużym, przestronnym i uroczym pokoju na górze, gdy wtem słyszę na ulicy jakiś donośny kwik. Wybiegamy na taras – jakaś mała dziewczynka radośnie podskakując przegania właśnie przez miasteczko stadko świń. Jeden prosiak jest dość krnąbrny – oddziela się od drużyny, ociąga, nie chce iść tam, gdzie go poganiają. W związku z jego opieszałością dwóch towarzyszących dziewczynce mężczyzn postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zaczynają siłować się ze świnią. W efekcie knurek poddaje się i dołącza do stada. Jednak jest to nie lada atrakcja nawet dla mieszkańców miasteczka.

Zaraz się ściemnia. Pora zbierać się na autobus – kierunek? Hanoi. Następnie czeka nas lot na południe.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Wietnamu! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli zostaniesz tu ze mną na dłużej i pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Cztery kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód...
... zminimalizuj swoją odpowiedzialność w razie uszkodzenia auta i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

  1. Bardzo lubię Azję południowo-wschodnią, a tam najlepiej poruszac się skuterkiem.
    Dobrze,że wasza jazda skończyła się szczęśliwie.Te wszystkie dróżki wśród wzgórz bywają zdradliwe,a z uszkodzonym hamulcem mogło się to źle skończyc.Tarasy ryżowe cudne, to jedno z najpiękniejszych miejsc w Wietnamie.
    Pozdrawiam-)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Zdecydowanie się pod tym podpisuję – te tarasy ryżowe to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie do tej pory widzieliśmy. Warto wybrać się tam szczególnie w porze zbiorów. A skuter… no cóż… mieliśmy naprawdę sporo szczęścia.

      1. Avatar Małgorzata

        Rozumiem, że to był wrzesień?

        1. Monika Borkowska Monika Borkowska

          Dokładnie tak, druga połowa września.

  2. Jazda bez hamulców!!! Niezły szał :D Ostatnio miałam okazje pojeździć po Paryżu rowerem bez hamulców i prze światłami niezła zabawa… Pola ryżowe są niesamowite.

  3. Trzeba przyznać, że tarasy ryżowe są niesamowicie fotogeniczne. I robią takie trochę nierealne wrażenie.

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Szczególnie w porze zbiorów!

Skomentuj