Oktoberfest 2018: O tym, jak to porządkowy chciał nas wyrzucić. Dzień drugi.

Pierwszego dnia spędzonego na Oktoberfest nie udało się nam napić piwa. Serio! Ale jak to tak, być na Oktoberfest i piwa nie spróbować? No nie ma opcji. Postanawiamy nadrobić to następnego dnia, jednak gdy już udaje się nam zamówić złoty trunek, nie możemy w spokoju go dopić, bo porządkowy postanawia… wyrzucić nas od stolika! Ten mały zgrzyt jednak nie wpływa w żaden sposób na nasz odbiór tego piwnego festiwalu. To trzeba przeżyć!

Dzień 2, 23.09.2018

Z rana mamy miłą niespodziankę. Gdy przyjechaliśmy tu do Ettal wieczorem, było już ciemno, więc nawet nie zdążyliśmy spojrzeć, co jest za oknem. Po pobudce wprost z naszej sypialni widzimy całe miasteczko i tutejszy monumentalny klasztor Benedyktynów. Za miastem widoczne są okoliczne góry skąpane w porannej mgle. Jest pięknie! Z takimi widokami mogłabym budzić się codziennie. Ok, Ettal jest na drugim miejscu. Wygrywa jednak Islandia.

Piwo z rana? A co tam…

Ponownie trafiamy na Oktoberfest przed 10:00. Samochód znów zostawiamy na prawie pustym tym razem parkingu P+R Heimeranplatz. O równej godzinie ma rozpocząć się parada tradycyjnych strojów głównie z Bawarii i reszty Niemiec, jednak i przedstawiciele innych narodów mogą wziąć w niej udział. Prawie 10 000 ludzi idzie w podobno 7 kilometrowym pochodzie! W tym jednak tym razem nie uczestniczymy.

Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia, jeszcze przed paradą rozglądamy się po namiotach w poszukiwaniu wolnego miejsca. We wszystkich mnóstwo stołów jest zarezerwowanych dla uczestników parady, wolne miejsca dostępne są jedynie na środku hal. Wolne, ale w teorii. Mimo wczesnej pory już ciężko o miejsce. Raczymy się ostatnią bułką ze śledziem i wchodzimy do namiotu Lowenbrau. Udaje się nam znaleźć miejscówkę dla 3 osób (dla nas i szwagra)! Jest po 10:00, gdy zamawiamy pierwsze oktoberfestowe piwo. Wcześnie, ale cóż poradzić – być na Oktoberfest i piwa się nie napić? W ogóle nie ma takiej opcji! Kelnerka ubrana oczywiście w dirndl zaraz przynosi nam po litrowym kuflu na głowę. Piwo jest dobrze schłodzone, w smaku – naprawdę niezłe! Pomyśleli tu nawet o kierowcach – chętni mogą zamówić piwo bezalkoholowe.

W pewnym momencie w namiocie następuje poruszenie. Część osób wchodzi na ławy do siedzenia (w końcu im wyżej, tym lepiej widać co się dzieje, na stołach jednak stawaćnie wolno), wszyscy spoglądają w stronę drzwi. Do środka wkracza pierwsza z uczestniczących w paradzie orkiestr! Przestają grać dopiero po dojściu do stolików. Tak się dobrze składa, że akurat możemy obserwować to z pierwszego rzędu. Później dochodzą kolejne zespoły i ubrane w różne stroje grupy, ale nikt więcej już nie robi tak uroczystego wejścia. Namiot powoli się zapełnia, ale atmosfera w przeciwieństwie do porpzedniego dnia jest nieco senna. Czyżby zmęczenie sobotnich imprezowiczów? ;)

Awantura o rezerwację

Gdy tak raczymy się złotym napojem, porządkowy rzuca na nasz stół tabliczkę z napisem “rezerwacja“. To samo robi przy dwóch kolejnych stołach. Znaczy się wypad od stolika! Hola, hola… Przecież tutaj można było usiąść! “Nasza” kelnerka podchodzi do nas i zaczyna przepraszać. Że nie wiedziała, że decyzja zapadła za jej plecami, że walczyła o te trzy stoliki na brzegu dla pozostałych – siedzących tu przecież – gości. Wraz z inną dziewczyną zaczynają dyskusję z mężczyzną. Prawie dochodzi do awantury… Dopijemy piwo i zaraz się ewakuujemy, rozumiemy sytuację. Jeszcze raz nas przeprasza, ale przecież nie możemy mieć do niej żalu. I tak już prawie kończyliśmy.

Gdy mamy wziąć ostatnie łyki piwa, kobieta przychodzi i bez słowa – za to z szerokim uśmiechem – zabiera ze stolików kartki rezerwacji. Wszyscy z tych trzech nieszczęsnych stolików patrzymy po sobie trochę z niedowierzaniem nie wiedząc, o co chodzi. Okazuje się, że raz jeszcze była w dyrekcji, bo nikt nie będzie jej gości przeganiał. Ale jak to? A osoby, dla których była rezerwacja? Z jeszcze szerszym uśmiechem odpowiada, że przesadziła ich na antresolę. Skoro możemy tu jeszcze chwilę zostać, zamawiamy jeszcze jedno piwo, ale tym razem już na spółę. A kelnerka dostaje większy napiwek. Wszyscy są zadowoleni.

Rzut oka na Monachium

Czas się zbierać – mamy ochotę rzucić jeszcze okiem na Monachium. Szkoda byłoby przecież nie zobaczyć, co to miasto ma do zaoferowania pod względem turystycznym. Wsiadamy w metro i po chwili jesteśmy w starej części Monachium. Ok, starej to za dużo powiedziane. Po wojnie – ze względu na ogromne zniszczenia starówki – praktycznie wszystko zostało tu odbudowane. Zachowano rozkład ulic, ale starych budynków na próżno tu szukać. Wchodzimy do jakiegoś kościoła, spacerujemy uliczkami aż trafiamy pod ratusz.

Budynek jest piękny (ponoć można wejść na jego wieżę), ale to miasto nie robi na mnie żadnego wrażenia. Zaczepia mnie tu jakaś Azjatka z prośbą o zrobienie zdjęcia. Sama jednak ukradkiem najpierw mi cyka fotkę – no tak, wciąż jestem w bawarskiej sukience… Co ciekawe, ta sama dziewczyna poprosi mnie o zrobienie zdjęcia… kolejnego dnia pod zamkiem Neuschwanstein!

Zaglądamy do hali piwnej Hofbrahaus, rzucamy okiem na targ Viktualienmarkt, który być może byłby interesującym punktem na mapie, ale ze względu na to, że jest niedziela, kramy są pozamykane. Niby jest tu ładnie, czysto, ale jakoś czegoś mi brakuje. Nic mnie tu nie kusi, żeby chcieć zajrzeć w kolejne zakamarki. Tym bardziej, że ceny zniechęcają – chcemy kupić w jednym ze sklepików wodę, ale 3 EUR za 0,5 l butelkę sprawia, że pragnienie szybko nam mija.

Wracamy na Oktoberfest. Korzystamy z innej stacji – chcemy jeszcze na moment podjechać tramwajem w okolice parkingu, na którym zostawiliśmy auto. Nie do końca jesteśmy pewni, czy po dobrej stronie peronu jesteśmy, zaczepiam więc jakiegoś pracownika transportu miejskiego z pytaniem, czy dojedziemy stąd na stację Heimeranplatz. Chwilę się zastanawia, po czym jak tylko słyszy, jak wymieniamy między sobą parę zdań, odzywa się po polsku!

Mężczyzna nie jest pewien, czy trafimy do celu, ale poleca nam słuchać zapowiadanych w pociągu stacji – jak będzie coś nie po kolei, to po prostu wysiądziemy. Mamy w końcu bilet dobowy. Na szczęście bez problemu dojeżdżamy do interesującego nas przystanku.

Oktoberfest na wieczór

Słońce powoli zaczyna zachodzić, gdy znów jesteśmy na Theresenwiese. Bardzo chciałam zobaczyć, co się dzieje na Oktoberfest wieczorem, gdy wiele osób jest już “zmęczonych” imprezowaniem.  W ciągu pierwszego dnia widzieliśmy kilka transportów medycznych… Ludzie przewożeni byli na noszach, zakryci jak w niewielkich skrzynkach – pytanie, czy były to problemy zdrowotne czy problemy spowodowane przesadzeniem z procentami.

Siadamy na chwilę w namiocie Augustiner-Brau. Bierzemy piwo na dwoje (kierowca już niestety nie popróbuje trunku) i obserwujemy, co się tu dzieje. Na złoty napój sporo musimy się naczekać, kelnerka jakoś mało przejmuje się swoimi stolikami, ale w końcu (“naprawdę chcecie tylko jeden kufel? Phi…“), piwo trafia i do nas. W porównaniu do poprzedniego dnia, nawet wieczorem jest dziś bardzo spokojnie. Przy stoliku towarzyszy nam kilku chętnych do integrowania się Włochów, niestety jednak bariera językowa sprawia, że odpuszczają sobie kontakty. Uff… Pora się zbierać.

Obchodzimy jeszcze po raz ostatni teren Oktoberfest. W kilku miejscach parę osób siedzi pod ogrodzeniem lub ścianami namiotów – widać, że przesadzili. Jakaś dziewczyna prowadzi słaniającą się na nogach koleżankę do toalety, gdzieniegdzie można trafić na asfalcie na okazałego pawia. Ale ogółem nie jest źle. Naprawdę spodziewałam się, że będzie dużo gorzej. A może to tylko dlatego, że to niedziela, z rana trzeba iść do pracy, więc mało kto pozwala sobie na szaleństwo? “Pawie” na drodze są z kolei regularnie sprzątanie. Ostatnie pamiątkowe zdjęcia i… ktoś mnie zaczepia. To dwóch przebranych mężczyzn chce znaleźć się w kadrze.

Pogodowy Armageddon na drodze

Cały dzień był gorący i słoneczny, ale gdy opuszczamy Oktoberfest, zaczyna psuć się pogoda. Zrywa się coraz silniejszy wiatr, zaczyna padać deszcz. Niedobrze. Oby tylko wrócić do samochodu! Na szczęście nie rozpaduje się jakoś mocno. Leje dopiero gdy jesteśmy już w drodze z powrotem do Ettal. Do przejechania mamy około 90 km. Teoretycznie powinno zająć nam to jakieś 45 min. Praktycznie – jedziemy około 2 godz. Dlaczego?

Na drodze czeka na nas pogodowy Armageddon. Gdy wyjeżdżamy z miasta, front burzowy daje nam popalić. Momentami leje tak, że nic nie widać, do tego wieje tak silny wiatr, że na autostradzie nie raz i nie dwa obrywamy masą lecących z pobliskich drzew żołędzi i liści. Liście w świetle reflektorów wyglądają jak kolorowa zamieć śnieżna. W wielu miejscach żołędzie zalegają na drodze, przez co samochód może stracić przyczepność. Na fragmentach autostrady, na których nie ma ograniczeń prędkości, suniemy nie raz i 30 km na godzinę. Dobrze, że ruch jest tak niewielki. W pewnym momencie widzimy, że kierowcy przed nami nagle hamują i włączają światła awaryjne.

Jeszcze tego nam brakowało – wypadek! Gdy dojeżdżamy, przekonujemy się, że jednak nie o wypadek chodzi. Na autostradzie leży… powalone drzewo. Za nim kolejne. I kolejne. W końcu przestaję już liczyć, ile tych drzew tarasuje drogę. Da się przejechać, ale trzeba się trochę nakręcić. Jako że jedziemy ostrożnie, zostajemy na drodze sami. Nagle mówię do męża, żeby uważał, bo znów na naszym pasie zauważam sporą gałąź. Mąż przyhamowuje odrobinę i zaczyna wymijać przeszkodę. A w tym momencie ja zamieram. W naszą stronę leci na oko 2 metrowa gałąź jarzębiny! Mąż daje po hamulcach, konar ląduje tuż przed maską. Po raz kolejny mam wrażenie, że ktoś lub coś nad nami czuwa.

O mały włos…

Lecąca gałąź najprawdopodobniej uderzyłaby centralnie w samochód. Po mojej stronie… Wciąż pamiętam frunący i uderzający w naszą przednią szybę kamień na Islandii, teraz do wspomnień dołącza fragment jarzębiny… Aż się boję, co czekać nas będzie po zjeździe z autostrady. Na szczęście powalone tam drzewa omijamy i na nocleg docieramy w całości, pozostaje tylko pytanie jak samochód – tyle liści, gałązek i żołędzi w niego uderzyło, że nie zdziwiłabym się, jakby jakieś rysy powstały. Jednak to w tej chwili jest mniej istotne, jakby coś mamy w końcu ubezpieczenie. Co za ulga, że jesteśmy z powrotem na naszej kwaterze…


Spodobał Ci się powyższy tekst? Znasz kogoś, kto wybiera się na ten najsłynniejszy piwny festiwal jeszcze w tym roku? Podziel się z nim tym artykułem, może mu się przydać! Będzie mi również miło jak polubisz go lub udostępnisz na Facebooku albo zostawisz tu po sobie ślad w postaci komentarza. 

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Komentarze do: “Oktoberfest 2018: O tym, jak to porządkowy chciał nas wyrzucić. Dzień drugi.”

  1. Dziwna historia. Właśnie wróciliśmy z octoberfest i mamy zupełnie inne doświadczenia. Każdy się chciał integrować a piwo i malutkie buteleczki mogliśmy kupować co chwila bez kolejek. Tańczenie na ławkach to tradycja i nic dziwnego. Wystarczyło wstać i od razu zostaliśmy porwani do tańca w sznureczku aż pod scenę. Życzymy więcej luzu a będzie to święto o wiele ciekawsze.

    1. Ale czy ja gdziekolwiek wspominam, że tańce na ławkach to coś dziwnego? I że Oktoberfest nie jest ciekawym (o ile w ogóle nie jednym z najciekawszych) świętem? Bawiłam się tam przednio! Tę atmosferę trzeba poczuć, szczególnie w dniu otwarcia, bo wtedy dopiero się tam dzieje! Niestety drugiego dnia tegorocznego Oktoberfest – w przeciwieństwie do soboty – tego wesołego szaleństwa dużo mniej było. Nie wiem czy to z racji zmęczenia ludzi po sobocie, czy dlatego, że wizja poniedziałku na horyzoncie była… Pierwszego dnia ze względu na nieprzebrane tłumy nie było szans na jakiekolwiek tańce w sznureczkach (a żeby napić się piwa, trzeba było mieć miejsce siedzące i trochę poczekać, aż kelnerki przedrą się przez ścianę z ludzi), drugiego zaś chętnych brakowało. I z tym luzem zupełnie nie rozumiem, bo akurat do integrowania się chętni byliśmy. Szkoda tylko, że Włosi, do których się przysiedliśmy, tylko gadać po włosku chcieli, a my jedynie “buongiorno” i “non capisco l’italiano” wydukamy w tym języku ;) Poza tym niestety wieczorem czas nas już gonił.

Skomentuj