Oktoberfest 2018: Parada patronów namiotów i wielkie otwarcie. Dzień pierwszy.


Nadszedł ten dzień. Wskoczyłam w moją czerwono-białą dirndl i wreszcie ruszyliśmy na najsłynniejszy piwny festiwal świata – Oktoberfest. Tak się akurat złożyło, że na Oktoberfest udaliśmy się na wielkie otwarcie. Oznaczało to dzikie tłumy niecierpliwie oczekujące otwarcia pierwszej beczki i wielką paradę patronów namiotów!  Czy warto się tam wybrać? Zdecydowanie tak! Tę atmosferę trzeba poczuć.

Dzień 1, 22.09.2018, część 1/2

Przymierzaliśmy się do tego wyjazdu od kilku lat. Co się stało, że pomysł został zrealizowany akurat teraz? Odpowiedź jest krótka – przyczyną decyzji o wyjeździe była… sukienka. 

Chwila w Memmingen

Memmingen. Wczesna pobudka, szybkie ogarnięcie się i ekspresowe wymeldowanie – wszystko po to, żeby dotrzeć do Monachium możliwie jak najwcześniej. Będąc w ścisłym centrum nie możemy jednak odpuścić sobie zobaczenia chociażby najstarszej części tego miasteczka. Do rynku mamy dosłownie ze 100 metrów, żal więc przepuścić taką okazję. Tym bardziej, że właśnie rozstawia się tu jakiś niewielki lokalny bazarek. Sery, owoce i warzywa… I kajzerka ze śledziem! Od razu wracają wspomnienia z Holandii. Tam bułki z tą rybą było przepyszne, czyżby i w Niemczech była taka tradycja? Od razu kupujemy drugie śniadanie, musimy tego koniecznie spróbować. Co prawda nie jest to to samo, co jedliśmy w holenderskim Delft, ale i tak jest pysznie! Trzeba jednak wracać do auta – czas ruszać na Oktoberfest!

Historia sukienki

Przymierzaliśmy się do tej imprezy od co najmniej kilku lat, co roku jednak plan nie wypalał, bo zawsze było coś. A to nie było jak dotrzeć, a to brakowało czasu, a to ceny biletów nie takie, a to to, a to tamto. Tym razem o wyjeździe zadecydowała… sukienka. Tak. Dobrze przeczytałeś. Dokładnie bawarska sukienka zwana dirndl. W jednym ze sklepów internetowych, w których czasem zdarza mi się kupić jakiś ciuch, trafiłam na dział niemieckich sukienek ludowych. Ogółem ceny były zaporowe – bo czy nie można powiedzieć tak o sukience (bez obowiązkowej bluzki!) kosztującej min. 399 zł? Przeglądałam je myśląc o tym, że kolejny rok i kolejny Oktoberfest przejdzie mi koło nosa gdy nagle zauważyłam… czerwoną dirndl z białym fartuszkiem w cenie 100 zł. Byłam przekonana, że nie będzie mojego rozmiaru. Jednak był! Wykorzystując promocję i dodatkową zniżkę klubową, sukienka po około tygodniu wraz z dokupioną bluzką była u mnie. Nie mogłam się jej po prostu oprzeć. I stąd zapadła decyzja, że w tym roku to już nie ma innej opcji, jak pojechać do Monachium. Do kompletu miałam kwiecisty wianek kupiony we Lwowie. Pasował!

Początkowo braliśmy pod uwagę dojazd samochodem, ale gdy przypadkiem trafiłam na tańsze loty w terminie pasującym idealnie na rozpoczęcie Oktoberfest do położonego około 100 km od Monachium Memmingen, wiadome było, że teraz to już nie odpuścimy. Tych przypadków było już zbyt wiele. Po szybkiej kalkulacji tego, co się bardziej opłaca (paliwo i czas dojazdu kontra cena lotu, paliwa i wynajmu auta), doszliśmy do wniosku, że nie ma innej opcji jak tylko lecieć.

I tak gdy nadszedł dzień podróży, mieliśmy co prawda godzinne opóźnienie dzięki Ryanairowi, ale dotarliśmy na nocleg w położonym ok. 5 km od lotniska hotelu. Z rana okazuje się, że – jak już wspomniałam – do ścisłego centrum mamy dosłownie rzut kamieniem. Czas nas jednak goni.

Gdzie zaparkować na Oktoberfest?

Gdy docieramy do centrum Monachium, na ulicach wciąż jest jeszcze pusto. No tak. Sobotni poranek. Bez problemu docieramy na znaleziony wcześniej parking P+R Heimeranplatz. Pierwszy poziom jest już całkowicie zajęty, ale pod ziemią jest drugie piętro, gdzie miejsca możemy wybierać. Parkowanie tutaj to tylko 1,5 EUR za całą sobotę! Niestety nie wiem jak wysoka jest stawka w ciągu tygodnia.

Szybko ogarniamy się i ruszamy w stronę Theresenwiese, czyli terenów, na których rokrocznie odbywa się chyba najsłynniejszy na świecie festiwal piwa – Oktoberfest zwany również Wies’n. Do przejścia mamy raptem 1,5 kilometra. Gdy już prawie docieramy, w niewielkim parku trafiamy na samochody policyjne z kilkoma końmi. Zwierzęta wraz z jeźdźcami wezmą niedługo udział w wielkiej paradzie rozpoczynającej festiwal – paradzie patronów namiotów.

Czy ten aparat to nie atrapa? Kontrola bezpieczeństwa

Po chwili przechodzimy przez pustą ulicę (wokół Theresenwiese ruch został całkowicie wstrzymany) i już jesteśmy przy jednym z bodajże 15 wejść na teren festiwali. Zanim wejdziemy, musimy zostać sprawdzeni. Ze względów bezpieczeństwa nie można wnieść na Oktoberfest większych toreb i plecaków. Ochrona zagląda do torebek, jeden z mężczyzn każe mi udowodnić, że lustrzanka, którą mam przewieszoną przez ramię, nie jest atrapą. Z jednej strony w pierwszym odruchu mam ochotę ze zniecierpliwienia przewrócić oczami, ale momentalnie uświadamiam sobie, że mężczyzna nie chcący wpuścić mnie ot tak na tę imprezę robi kawał dobrej roboty.

Potrzebujesz więcej informacji praktycznych o Oktoberfest? Kliknij tutaj!

Wystarczy włączenie podglądu na żywo i już możemy schodzić w stronę tłumu. Jest 9:30, a już po terenie kręci się masa osób. Ogromna większość przebrana jest w ludowe stroje – tak kobiety jak i mężczyźni zastosowali się do bawarskiego dress kodu. A ja tyle się zastanawiałam, czy nie będę odstawać wyglądem od innych. A tu proszę – z tłumu wyróżniają się ci, co się nie przebrali!

Tłumy, tłumy, tłumy!

Zaglądamy do kilku namiotów przekonani, że jeszcze będzie sporo miejsca – w końcu oficjalne rozpoczęcie Oktoberfest zaplanowane jest na 12:00, kiedy to burmistrz Monachium otworzy pierwszą festiwalową beczkę piwa w namiocie Schottenhamel. Tu jednak czeka nas pierwsza niespodzianka – namiot jest pełen! Niby jeszcze udałoby się nam wcisnąć, ale siedzieć ponad 2 godziny w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy? Nieee… Poza tym zależy nam, żeby zobaczyć na żywo paradę zjeżdżających do Theresenwiese patronów namiotów. Orkiestry, wozy, beczki piwa… Nie przesiedzimy tego przecież będąc tak blisko. Wchodzimy do drugiego, trzeciego, czwartego namiotu. Wszędzie to samo. Tłum poszukujący wolnych miejsc. Część osób zamówiła już tradycyjne cielęco-wieprzowe białe kiełbaski, które Bawarczycy spożywają ponoć na śniadanie, część pije ze słynnych litrowych kufli wodę lub colę. Póki co jednak nikt nie może napić się piwa – na to trzeba poczekać do 12:00!

Do namiotu Schottenhmamel. w którym to mają odbyć się główne uroczystości, mimo wczesnej pory nie mamy szans wejść. Drzwi już są zamknięte, do wejść ustawiają się coraz dłuższe kolejki. Wychodzimy z założenia, że szkoda nam czasu na stanie w ogonku, lepiej zająć dobre miejsce, z którego będziemy mogli obejrzeć paradę. Udaje się nam stanąć w pierwszej linii! Później obejrzymy relację z otwarcia pierwszej beczki w lokalnej telewizji – nic nie straciliśmy, bo nawet jeżeli udałoby się nam wejść jakimś cudem do Schottenhamel, to i tak z racji umiejscowienia beczki i burmistrza, nic byśmy nie zobaczyli. Przy okazji późniejszej telewizyjnej relacji zobaczyliśmy też, jak wyglądał najazd odwiedzających. Gdy tylko otworzono bramy, ludzie rzucili się biegiem do namiotów…

Parada patronów namiotów

W końcu coś się dzieje. Policja wiąże sznury odgradzające widzów od parady, każdy, kto je przekroczy jest upominany. Wreszcie widać policyjne konie i ich jeźdźców. Jedno ze zwierząt płoszy się… Chyba nie jest przygotowane na taki tłum i hałas. Później przejeżdża policyjne mini, z którego policjantka radośnie macha zgromadzonym tłumom, maskotka Monachium w postaci ubranej w czarno-żółty habit blondynki i się zaczyna. Wóz z beczkami piwa, orkiestra, wóz z pijącymi już piwo radośnie pozdrawiającymi zgromadzonych ludźmi. I tak w kółko. Wóz, orkiestra, powóz, beczki, orkiestra… Robi to niesamowite wrażenie! Wozy przystrojone są niezliczoną ilością kwiatów i wieńców z chmielu.

Mam okazję zobaczyć tu najpiękniejsze konie pociągowe, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Niestety po niektórych (nielicznych, ale wciąż jednak obecnych) zwierzętach widać, że panujący na miejscu hałas i tłumy niekoniecznie im odpowiadają. Widać tez jednak, że ich właściciele przywiązują niesamowitą wagę do kondycji tych koni.

Pora spróbować piwa! Tylko jak…?

Parada trwa ponad godzinę. Gdy już myślimy, że właśnie na teren Oktoberfest wkracza ostatnia orkiestra, zaraz na horyzoncie pokazuje się kolejny wóz. Ludzie na lawetach tańczą i pozdrawiają odwiedzających. Niektórzy mężczyźni wyrywają kwiaty przyozdabiające wozy i rzucają w bok ku uciesze tłumu. Warto wyjść z namiotu i obejrzeć tę paradę na własne oczy! Szczególnie w otoczeniu setek, tysięcy ludzi, z których ogromna większość ubrana jest w tradycyjne bawarskie stroje – panie noszą najróżniejsze dirndl, a panowie lederhosen, czyli skórzane brązowe spodnie na szelkach. Co chwile przewija się gdzieś tradycyjny kapelusik lub… czapka w postaci pieczonego kurczaka. Serio, nawet coś takiego można kupić na miejscu. Później okaże się, że kurczak ma wewnątrz wbudowaną baterię, dzięki której rusza nóżkami…

Gdy parada dobiega końca, ruszamy do najbliższych namiotów. Można uda się znaleźć jeszcze jakieś miejsce! Na to jednak już nie mamy szans. Przez hale przewijają się tłumy poszukujące wolnej ławki. Ogromny gwar, krzyki, śpiewy – ogólnie atmosfera jest istnie zabawowa. Już pierwsi panowie stanęli do walki z litrowymi kuflami – gdy wszyscy wkoło siedzą, jednostki stają na ławach i zachęcane gromkimi brawami i okrzykami zebranych wokół starają się wypić litrowe piwo duszkiem. Gdy się im to uda, decybele w namiocie stają się nieznośne! Tłum dosłownie szaleje – tego trzeba doświadczyć! W pewnym momencie mamy jednak trochę dość. Przeciskanie się w nieusyannym ścisku i pomiędzy kelnerki, które próbują dostarczyć wszystkim piwo nosząc po kilkanaście kilogramów w dłoniach, hałas i brak miejsca skutkują tym, że w pewnym momencie się poddajemy. Na pierwszy raz wystarczy, chociaż atmosfera jest przednia.

Czujemy się trochę jak kierowcy samochodów na zatłoczonym przed świętami parkingu przy centrum handlowym. Każdy chciałby już zaparkować, ale kompletnie nie ma gdzie, więc robi rundkę. Kolejną i kolejną. W końcu w którymś z ogródków piwnych trafiamy na dwa miejsca, ale w związku z tym, że nas jest troje, każdy chciałby usiąść. Poza tym ogródek to nie to samo, co wnętrze namiotu, więc rezygnujemy. Idziemy jeszcze pod górujący nad Theresenwiese pomnik Bawarii i wychodzimy z tego niesamowitego przybytku piwnej rozpusty.

Nieco zmęczeni tłumem i hałasem, postanawiamy odpuścić sobie już na dzisiaj Oktoberfest i zobaczyć coś w Monachium. Pada na muzeum BMW i BMW Welt znajdujące się tuż przy centrali grupy BMW.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Znasz kogoś, kto wybiera się na ten najsłynniejszy piwny festiwal jeszcze w tym roku? Podziel się z nim tym artykułem, może mu się przydać! Będzie mi również miło jak polubisz go lub udostępnisz na Facebooku albo zostawisz tu po sobie ślad w postaci komentarza. 

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Komentarze do: “Oktoberfest 2018: Parada patronów namiotów i wielkie otwarcie. Dzień pierwszy.”

  1. Marzy mi się Oktoberfest, ale tak jak Tobie wcześniej – ciągle coś mi wypada :( Przepięknie wyglądasz w tej sukience! :)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Może w końcu i na Ciebie przyjdzie pora, trzymam kciuki! ;) I dziękuję! :)))

Skomentuj