Jordania: Obozowisko na Chopinie

Dzień 1, 19.04.2017

Jordania marzyła mi się długie lata. No dobra, przyznaję się. Nie Jordania, a o jordańska Petra, którą kojarzy chyba każdy. O samej Jordanii wiedziałam naprawdę niewiele, bo tak jak większość innych osób postrzegałam ją tylko przez pryzmat niezwykłego, wykutego w skale starożytnego miasta. Widzieliśmy już Angkor, przyszedł czas na Petrę. W związku z coraz bardziej niestabilną sytuacją na Bliskim Wschodzie, do wyjazdu do Jordanii podeszliśmy na zasadzie „teraz albo nigdy”.

Na znalezienie w miarę sensownego cenowo lotu poświęciłam długie godziny szukając w międzyczasie informacji o innych miejscach, które można byłoby przy okazji zwiedzić. Miejsc tych znalazło się tyle, że gdy w końcu trafiłam na promocję linii Air France na loty z Warszawy do Ammanu z przesiadką w Paryżu, zdecydowaliśmy się na podróż, która miała trwać łącznie 12 dni. Nie raz usłyszałam, że co my chcemy robić tam tyle czasu… Ano – jak już wspomniałam, mało kto wie, że w Jordanii zobaczyć można całe mnóstwo interesujących atrakcji. Sława Petry przesłania wszystko inne.

My wybraliśmy połączenie lotnicze do Ammanu, ale do Jordanii można dostać się także przez Izrael – np. z Ejlatu. Jednak gdy podsumowaliśmy sobie ceny biletów na kwiecień/ maj linią Wizz Air (na tym terminie zależało nam najbardziej – Petra jest już dostępna dla zwiedzających, a upały teoretycznie nie powinny jeszcze aż tak doskwierać), koszty przedostania się do Petry i wiele innych aspektów finansowo-czasowych, doszliśmy do wniosku, że niecałe 200 zł różnicy nam już nie zrobi. Może wydaliśmy trochę więcej, ale zaoszczędziliśmy sporo czasu. I w cenie mieliśmy rejestrowany bagaż.

Znów w drodze!

Przyszedł w końcu czas wyjazdu. Jako że nie mieszkamy w Warszawie, a pierwszy lot do Paryża, w którym to mieliśmy przesiadkę do Ammanu, zaplanowany został na 6:20, trzeba było sobie jakoś poradzić. Zapakowaliśmy do plecaka ostatni nabytek – dmuchane sofy – i ruszyliśmy jednym z ostatnich pociągów do stolicy. Nocnym autobusem po kilkunastu minutach podjechaliśmy do terminalu odlotów. Nocleg w hotelu zupełnie się nam nie kalkulował, więc pozostało przeczekanie tych kilku godzin na lotnisku. Przeszliśmy wzdłuż i wszerz cały terminal w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do rozbicia naszego obozu – w końcu znaleźliśmy. Co prawda akurat nad nami świeciła lampa, ale czy w odosobnionym, rzadko odwiedzanym przez kogokolwiek miejscu jest to problem? Pierwsza próba zajęcia wygodnego miejsca zakończyła się jednak porażką. Sofę nadmuchałam za słabo, więc tyłkiem tak klapnęłam w podłogę, że wszystkie gwiazdy zobaczyłam… Na szczęście drugie podejście zakończyło się pomyślniej.

Gdy już się rozłożyliśmy i mieliśmy zapaść w kilkugodzinną drzemkę, pojawiła się ochrona lotniska. No to sobie pospaliśmy… Byłam święcie przekonana, że zaraz będziemy musieli się zbierać. Jednak… pan strażnik zaciekawiony naszymi „łożami” porozmawiał z nami chwilę, po czym stwierdził, że jeśli usłyszy wybuch, to ma rozumieć, że to któraś z naszych sof pękła… Żartowniś. Przetarliśmy szlaki – okupowane w ustronnych miejscach krzesełka, śpiwory oraz karimaty są passe, teraz na lotnisku Chopina można spać na dmuchanych sofach ;) Wyspać się co prawda nie wyspaliśmy, ale co w miarę wygodnie przedrzemaliśmy to nasze.

O 4:00 przyszła pora na zebranie obozowiska i udanie się do odprawy bagażu. Gdy już ustawiliśmy się w kolejce, okazało się, że najpierw musimy odprawić się samodzielnie na stojących obok maszynach, które co chwila się zawieszały. Po dłuższej walce ze sprzętem w końcu byliśmy odprawieni, niestety jednak nasze miejsca były oddalone od siebie. Na lot do Paryża nie był to jakiś wielki problem, bo miałam siedzieć przed mężem, ale 5-godzinny lot do Ammanu mieliśmy spędzić rozdzieleni aż o 12 rzędów… Dało się tylko wykupić miejsca oznaczone jako dodatkowo płatne, ale 20 euro za jedno miejsce to trochę przesada. Nie po to spędzaliśmy noc na lotnisku, żeby dopłacać linii 40 euro za możliwość wspólnej podróży. System przydzielał miejsca w ten sposób, że pary były rozdzielane i rozsadzane w różnych częściach samolotu, a osoby lecące pojedynczo dostawały miejsca środkowe w rzędach, w których było po 3 siedzenia. W pustych rzędach. Czyżby celowa polityka wymuszająca dodatkowe opłaty? Minus dla Air France. Trzeba było odprawić się wcześniej… Nie poddaliśmy się jednak, postanowiliśmy spróbować zmienić miejscówki w Paryżu. Lot przespałam, budząc się jedynie na przekąskę roznoszoną przez stewardessy. Croissant z czekoladowym nadzieniem i gorąca herbata były jak znalazł na poranek, ale i tak zaraz zapadłam w drzemkę, którą przerwało dopiero uderzenie kół samolotu w pas w trakcie lądowania.

Francja – elegancja?

Po wyjściu z samolotu odszukaliśmy automatyczne stanowiska transferowe. System pokazał, że wolne jest miejsce oddalone od mojego raptem o dwa rzędy, ale w finalnym potwierdzeniu okazało się, że nie możemy samodzielnie zmienić wcześniejszej rezerwacji i musimy udać się do pracownika transfer desk. Skoro tak, to skierowaliśmy się w stronę transferów i naszej bramki L21. Dobrze jednak, że po drodze dopytałam jakiejś mijanej pracownicy lotniska o wydruk, który otrzymaliśmy z automatu. Kobieta pokierowała nas w zupełnie inną stronę – do punktu obsługi Air France. Gdy kobiety tam siedzące zobaczyły nasz świstek papieru, od razu go zabrały mówiąc, że takie papiery tylko niepotrzebne wprowadzają zamieszanie. Sprawdziły dostępność miejsc, których ogółem ponoć nie było, ale kazały zapytać przy bramce przed odlotem, czy nie da się czegoś zrobić. Wracaliśmy się tylko po to, żeby oddać papierek i niczego nie załatwić…

Znów utknęliśmy w gigantycznej kolejce do kontroli dokumentów. Byłam głodna, niewyspana, wkurzona i robiło mi się coraz bardziej gorąco. Klimatyzacja terminala szwankowała. Dobrze, że chociaż mają na tym lotnisku punkty z pitną wodą. W kolejce spędziliśmy mnóstwo czasu, ale w końcu nie spieszyło się nam – mieliśmy do następnego lotu aż 6 godzin. Gdy dotarliśmy już w okolice naszej bramki, siedliśmy i patrzyliśmy na przewijających się ludzi, korzystaliśmy z darmowego internetu i przyglądaliśmy się Airbusowi A380. Towarzystwa dotrzymywały nam podlatujące do nas co chwila… wróble…

Gdy Airbus startował, poszłam porobić zdjęcia. Odwracam się, a tu koło mojego męża siedzi jakiś facet i razem patrzą w ekran tabletu. Zdziwiłam się lekko, ale oddalona obserwowałam sytuację. Gdy podeszłam, okazało się, że to jakiś Ukrainiec prosił o pomoc w wysłaniu wiadomości do swojej żony, że dotarł do Paryża. Niby dogadać się dogadaliśmy, ale jak przyszło do pisania ukraińskich słów w naszym alfabecie zamiast cyrylicą, wyszło to trochę zabawnie. W końcu wysłaliśmy wiadomość w mieszanym, polsko-ukraińskim języku. Mam nadzieję, że adresatka maila domyśliła się o co chodzi. Mężczyzna podziękował nam i udał się na kolejny lot, tym razem do Stanów.

Siedzieliśmy i siedzieliśmy, ale wkoło zaczęło zbierać się coraz więcej muzułmanów. Po ostatnich wydarzeniach mających miejsce w Europie zaczęłam czuć się przez to odrobinę nieswojo, szczególnie że nasze towarzystwo zachowywało się w sposób bardzo pewny siebie, wręcz butny. Zupełnie się nikim nie przejmowali, tak jakby tylko oni byli w budynku. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież lecimy do kraju, w którym tylko kilka procent ludności to wyznawcy innej religii niż islam (muzułmanie stanowią bodajże 96% ludności Jordanii). Kobiety w chustach siedziały cicho i spokojnie, młodych mężczyzn jednak rozpierała energia. Wyciszyli się na chwilę dopiero w momencie wspólnej modlitwy z twarzami skierowanymi w stronę Mekki. Chyba wszystkim wkoło udzieliła się jakaś psychoza, bo nagle okazało się, że poza nami, nie ma tam innych Europejczyków, wszyscy zmyli się nie wiem kiedy. Nas jednak nikt nie zaczepiał, czasami rzucono tylko w naszą stronę jakieś spojrzenie. I tyle.

Gdy zbliżał się czas lotu, pojawiły się przy bramce pracownice Air France. Zaraz ruszyłam dopytać, czy da radę zmienić którekolwiek z naszych miejsc, żebyśmy chociaż jakoś bliżej siebie siedzieli. 12 rzędów przy kilkugodzinnym locie to jednak sporo. Uzyskałam niestety wyjaśnienie, że nie jest to możliwe, ponieważ cały samolot jest pełen, jest nawet lista rezerwowa. Spuściliśmy nosy na kwintę – mieliśmy już tylko szansę, że ktoś zechce się z którymś z nas zamienić. Miałam w ręku niezłą kartę przetargową, ponieważ system przyznał mi miejsce przy oknie, a wiadomo – znaczna część pasażerów woli podziwiać widoki. Przyszła pora na boarding. Ja przeszłam bez problemów, męża jednak zatrzymano. Co się okazało? Jego karta pokładowa z Polski straciła ważność, bo system… zmienił jednak miejsce na te dwa rzędy przede mną. To była ta zmiana, której dokonywaliśmy wcześniej ponoć bez powodzenia w automacie! Czyli byliśmy już dość blisko od siebie.

Gdy tylko dotarliśmy do swoich miejsc, okazało się, że na moim siedzi jakaś kobieta w chuście. Zaraz pokazałam jej bilet, że to moje miejsce. Grzecznie się przesiadła, a przy okazji okazało się, że ma miejsce C i podróżuje sama. Słabo mówiła po angielsku, ale jej umiejętności były na tyle wystarczające, że udało się nam zamienić jej miejsce C z miejscem D dwa rzędy dalej mojego męża. Przesiadła się bez problemu. Gdy podziękowałam jej po arabsku zauważyłam błysk w oku i ogromne zaskoczenie, że znam to słowo.

Pozostawała jeszcze zmiana miejsca z C na B. Jako że posiadacza biletu na środkowe miejsce jeszcze przy nas nie było, mąż po prostu usiadł obok mnie. Gdy pojawiła się jakaś Azjatka, poprosiliśmy ją o zamianę. Bez problemu się zgodziła. Okazało się, że ją też system rozdzielił z osobą towarzyszącą, ale miała mniej szczęścia.

Na pokładzie było sporo zamieszania. Wielu jordańskich pasażerów nie potrafiło odnaleźć swojego miejsca – było to dla nas zaskakujące, bo o ile pismo (litery) mamy zupełnie inne, o tyle cyfry są identyczne. Stewardessy jednak pomagały wszystkim zagubionym osobom.

Lot na lotnisko Queen Alia w Ammanie przebiegł – pomimo często zdarzających się drobnych turbulencji – w porządku. Większość przespaliśmy. Obudziliśmy się tak naprawdę tylko na jedzenie, które było wyjątkowo smaczne. Kurczak w musztardowym sosie z puree ziemniaczanym z jakimiś ziołami, do tego nieco zastygnięty fondant czekoladowy, sałatka z młodej cukinii i chyba marchewki w sosie cytrynowym, kawałek camemberta i 68% gorzka czekoladka z Gambii. I do tego bardzo smaczne francuskie wino. Było pysznie. Chyba nawet smakowało mi to lepiej niż dania podawane w liniach Qatar.

Gdy obudziliśmy się po długiej drzemce, samolot właśnie lądował. Zrobiło się ciemno, po raz pierwszy chyba nie widziałam z pokładu samolotu zachodu słońca. Po minięciu Ammanu pod samolotem pojawiały się tylko rzadko występujące niewielkie skupiska świateł. Zupełnie jakby istniała tylko dobrze oświetlona stolica, a poza nią jedynie rozrzucone po kraju pojedyncze domostwa. Gęstość zaludnienia Jordanii według różnych źródeł wynosi od 48 do 72 osób na kilometr kwadratowy. Dla porównania w Polsce są to 124 osoby na kilometr kwadratowy.
Lądowanie przebiegło sprawnie.

Welcome to Jordan!

Niestety jako że siedzieliśmy na końcu, to samolot opuściliśmy prawie ostatni. Doszliśmy od kontroli paszportowej, gdzie można kupić od razu wizę. „Przyjemność” ta kosztuje 40 JOD (około 240 zł), jednak przy wcześniejszym zakupie Jordan Pass uprawniającej do darmowych wejść do ok. 40 atrakcji Jordanii, stempelek w paszporcie otrzymuje się za darmo. Sam Jordan Pass z dwudniowym wejściem do Petry kosztuje przy zakupie przez Internet jakieś 450 zł, więc nie do końca to takie darmowe jest… Jednak na pewno jest to ogromna zniżka – koszt zwraca się na samej wizie i wizycie w Petrze. Jordan Pass na pewno wspomnę jeszcze bardziej szczegółowo.

Początkowo niezbyt wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy się ustawić, ale przy kontroli paszportowej przekierowano na do okienka, w którym kupuje się wizę. Urzędnik lubił się zgrywać, ale w miarę szybko mu to poszło. Gorzej było z kontrolą paszportową. Jordańczyk słabiej mówił po angielsku, do tego dopytywał o szczegóły – miejsce noclegu, długość pobytu, żądał okazania karty pokładowej z poprzedniego lotu. W końcu jednak byliśmy legalnie na terenie Jordanii. Od razu udaliśmy się po bagaż, ale jako że minęło dużo czasu, nie było już nawet informacji, na którym pasie powinna być nasza walizka. Z jednego z pasów pracownicy lotniska ściągali nieodebrane bagaże – to musiało być to. Nasz już stał i czekał. Wymieniliśmy też w kantorze trochę pieniędzy. Pobrano od nas jednak opłatę manipulacyjną w wysokości 6 JOD. Przy wymianie pieniędzy w Ammanie opłaty takiej nikt od nas (w Western Union) nie żądał, więc lepiej wstrzymać się z wymianą większych ilości gotówki. Można było wyjść.

W hali przylotów nie mogliśmy znaleźć naszej wypożyczalni – firmy Arena. Miała być w terminalu, ale jakoś jej jednak nie widzieliśmy. W jednym z biur innych firm dopytaliśmy, gdzie ją znaleźć. Pracownik tak zaangażował się w pomoc, że stracił ponad 10 min. na obdzwonienie kolegów i uzyskanie informacji, czy ktoś po nas przyjdzie czy nie. Zostawił nas przy informacji turystycznej – za 5 min. miał ktoś się stawić. Wykorzystaliśmy ten czas na zakup karty SIM. Za 6 gb internetu, trochę minut i smsów zapłaciliśmy 9,5 dinara (ok. 56 zł). Później w hotelu za kartę SIM z nielimitowanym Internetem rzucono nam cenę 14 dinarów (ok. 82 zł) – dobrze, że zakupu dokonaliśmy w terminalu. W drugim punkcie na lotnisku już nie porównywaliśmy ofert. Szczególnie że ponoć mniej internetu miało być niewiele tańsze. Zainstalowaliśmy kartę i udaliśmy się z powrotem do informacji turystycznej, gdzie miał na nas ktoś czekać, wciąż nie było jednak nikogo. Mężczyzna  informacji zaraz wziął sprawy w swoje ręce i faktycznie po chwili przyszedł po nas Ali. Przy okazji otrzymaliśmy mapy i różne inne ulotki dotyczące Jordanii.

Po dopełnieniu formalności zabrani zostaliśmy na parking, na którym czekało już nasze autko – Hyundai Accent. Porysowany jak nie wiem. Wynajdowałam każdą ryskę, każde zadrapanie i wgniecenie. Ali aż zaczął się niecierpliwić, twierdził, że większość z nich nie jest istotna. Dla niego może nie, ale dla nas już tak. Każdy fragment samochodu sfotografowałam. Niby mieliśmy wykupione ubezpieczenie w Polsce, ale woleliśmy nie musieć dopełniać papierkowych formalności w celu odzyskania ewentualnej kasy pobranej za niezrobione przez nas szkody. Ali miał jednak dość, przy każdej kolejnej rysce słyszałam już tylko: No Madame, not important. Ok. Faktycznie okazało się na koniec, że nie zwrócił uwagi na tę drobnicę.

Kolczatka pod kołami

Musieliśmy jeszcze zapłacić 2,25 JOD (13 zł) za parking. Zanim z niego wyjechaliśmy, jakiś snujący się między autami chłopaczek dopytał, czy mamy bilet. Na twierdzącą odpowiedź kazał jechać przed siebie, do budki przy szlabanie. Opuściliśmy wreszcie lotnisko, można było jechać na nocleg. Dobrze, że lądowaliśmy tak późno. Mieliśmy czas na zapoznanie się z nowym autem (w automacie) i okolicą. Czasem nie było widać pasów drogowych, lub biegły one pod innym kątem niż łuk drogi – były bardziej lub mniej od niej zaokrąglone. Po drodze mijaliśmy mnóstwo progów zwalniających. Były nawet kolce! Jakiś kierowca zatrzymał się przed nimi z piskiem opon. Okazało się, że kolce uginają się, gdy się po nic przejedzie… NA odcinku kilkunastu kilometrów minęliśmy też 7 kontroli policyjnych! Ali mówił, że na bank nie unikniemy zatrzymania, ale żeby się nie przejmować. Dać policjantowi dokumenty – ubezpieczenie auta i prawo jazdy, a w razie jakiegokolwiek mandatu za przekroczenie prędkości czy niezapięcie pasów – żeby nie płacić policji. Policjant miał wpisać na specjalnej kartce rodzaj wykroczenia, a obciążeni mieliśmy być przez wypożyczalnię. Dobrze było to wiedzieć.

Do Ammanu wjechaliśmy od strony jakieś willowej dzielnicy. Elegancko przystrzyżone drzewka, ładne, duże domy z ogrodami. Zapowiadało się ciekawie. Zatrzymaliśmy się przy jakimś sklepiku, żeby kupić napój na wieczór. 2l pepsi kosztowała 1 dinara, czyli około 5,85 zł. Sprzedawca był bardzo zaskoczony naszą obecnością w jego sklepie, szczególnie o tak późnej porze. Dochodziła już chyba 23:00.

Im bliżej centrum Ammanu byliśmy, tym gorzej wyglądało miasto. Budynki sprawiały wrażenie, jakby miały się zaraz rozpaść. Mnóstwo sklepików było jednak otwarte. Życie toczyło się intensywnym tempem, mimo że była już noc. Tylko na ulicach byli praktycznie sami mężczyźni.

Do hotelu trafiliśmy bez problemu. Szybko się zameldowaliśmy i mogliśmy udać się wreszcie na zasłużony odpoczynek po trwającej dobę od wyjścia z domu podróży. Pokój nie wyglądał zbyt specjalnie, ale Osama obiecał, że z rana będziemy mogli go zmienić. Na tę jedną noc obojętne nam były warunki. Najważniejsze, że nie odnotowałam tam obecności robali i było gdzie spać.

Jordania: Pustynne zamki (część I)

Powiązane wpisy

13 Comments

  1. TATASAM.PL

    Dmuchane łóżka, rewelacja :)

    Odpowiedz
  2. Kasia

    przyznaję bez bicia, że chociaż faktycznie Jordania mi się do tej pory z Petrą kojarzyła i chętnie bym zobaczyła wszystkie cuda tego kraju na żywo, to i tak dmuchane sofy skradły szoł. No kurde, aż nieco żałuję że obecnie, podróżując z maluchem u boku, nie mogę sobie pozwolić na lekkie szaleństwo i spanie na lotnisku :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zawsze można jeszcze zaszaleć, jak trochę maluch podrośnie ;)

      Odpowiedz
  3. zaniczka

    Spotkanie wesołego ochroniarza to taki sukces jak spotkanie Yeti :) Gratuluję :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Ja mam chyba ogółem szczęście do panów ochroniarzy – trafiam raczej na tych miłych i z humorem ;)

      Odpowiedz
  4. Addicted to Passion

    Super pomysl z tym dmuchanymi lozkami ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zajmują niewiele miejsca, a jak widać mogą przydać się w dość niespodziewanych sytuacjach ;)

      Odpowiedz
  5. Be active & attractive

    Ale pomysł! Suuper! :D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Co prawda jeden plecak podręczny zajęty był prawie całkowicie przez te „łóżeczka”, ale jako że w cenie biletu mieliśmy też bagaż rejestrowany, nie był to żaden problem ;) W planach było również przetestowanie tych sof na plaży, ale tym razem się nie udało niestety

      Odpowiedz
  6. Marcin Wójcik

    Jakiś namiar gdzie to kupić ?? Albo jak się nazywa ??

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Dokładnie, Allegro :) Trzeba szukać pod hasłem lazy bag lub air sofa.

      Odpowiedz
    2. Marcin Wójcik

      Dzięki :D

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close