Islandia: Uszkodzone auto i fragment Diamentowego Kręgu


Zdarzyło się nam już zwracać auto z zarysowanymi drzwiami (“dziękuję” w tym miejscu komuś, kto zostawił nam na samochodzie rysę na parkingu pod Pompejami!), ale tamta szkoda w porównaniu do tego, co przydarzyło się nam na Islandii to było nic. A dzień zaczął się tak niewinnie. Tyle dobrze, że mieliśmy ubezpieczenie wykupione jeszcze przed wyjazdem…

Dzień 6, 25.06.2018, częśc 1/2

To nasza druga noc pod dachem – jest ciepło, wygodnie, mamy niby wspólną, ale tak naprawdę tylko do naszego użytku łazienkę i jesteśmy na Islandii… Do tego wczoraj spełniło się moje kolejne marzenie w postaci zobaczenia maskonura z dziobem wypchanym rybami. Jak niewiele czasem trzeba do szczęścia. Za oknem niby jest trochę pochmurno, ale już wkrótce pokaże się nam słońce. Ruszamy w drogę. Przed nami najbardziej znane atrakcje północy, czyli Diamentowy Krąg.

Przejeżdżamy obok wodospadu Rjukandi, jednak najbliższa atrakcja przy której mamy zamiar się zatrzymać to Dettifoss. Ogromny i popularny wodospad. Krajobraz zmienia się kilkukrotnie, aż wjeżdżamy na totalne pustkowie. Wkoło ani grama zieleni, tylko brązy, czernie i wszechobecny pył, który to wraz z coraz bardziej zrywającym się wiatrem zaczyna fruwać w powietrzu. Z czasem jego miejsce zajmuje drobny piasek, ale warunki wciąż pozwalają na w miarę bezproblemową jazdę.

Dlaczego warto mieć ubezpieczenie auta na Islandii?

Z każdą kolejną chwilą jest jednak gorzej. Po lewej widzimy piaskową zadymę, po prawej – wir z piachem. Zaczynam cieszyć się, że jednak mamy ubezpieczenie od burz piaskowych. Przejeżdżamy przez kilka mniejszych burz piaskowych zwalniając, jednak na szczęście wiatr aż tak silny jeszcze nie jest, żeby powodował poważne szkody. Jakieś mikro rysy zapewne powstają, ale nikt się tego nie dopatrzy, bo lakier ewidentnie pierwszej świeżości nie jest, mimo że to dość nowy samochód. Raczej takich mini-burz samochód już kilka przetrwał.

Wtem na naszej drodze pojawia się niby niewielka, ale silniejsza burza piaskowa. Wiatr gna ją centralnie po drodze. Uciec nie mamy gdzie, więc po prostu jedziemy dalej zwalniając. Słyszymy, jak piach ociera samochód, aż tu nagle… o jasny gwint! Obrywamy w przednią szybę kilkucentymetrowym kamieniem. W ułamku sekundy przez głowę przelatuje mi tysiąc myśli. Jakim cudem w powietrzu znalazł się tak duży kamień? Leciał poziomo, więc nie spadł z żadnej góry! Szyba wytrzymała? Co zrobimy, jeśli zaraz pójdzie w drobny mak? Jesteśmy na pustkowiu, zanim ktokolwiek do nas przyjedzie, miną długie godziny. Bez przedniej szyby nie da się jechać szczególnie w tych warunkach, ale stać również nie, bo zaraz nas zasypie ten wszechobecny piach i pył… No po prostu świetnie. Jedyny większy poderwany kamień i akurat nam w szybę musiał uderzyć…

Uszkodzona szyba

Zarejestrowałam moment uderzenia jak w zwolnionym tempie, ale mąż z racji miejsca kontaktu szyby z kamieniem – tuż nad deską rozdzielczą – nic nie widział. Zatrzymujemy się. Na szybie pojawiło się ok. 20 cm pęknięcie rozchodzące się we wszystkie strony. Tuż nad głównym pajączkiem jest jeszcze jeden, ale dużo mniejszy – kamień po głównym uderzeniu odbił się. Co robić? Jechać dalej? Dzwonię na infolinię wypożyczalni.

Mężczyzna po drugiej stronie spokojnie dopytuje czy powstała szkoda uniemożliwia nam jazdę, twierdzi, że dopóki szyba jest na swoim miejscu możemy kontynuować podróż. Zaraz jednak dodaje, że jeżeli nastąpi taki moment, że nie będziemy czuli się bezpiecznie w tym samochodzie, mamy zadzwonić, coś się wymyśli żeby zmienić nam auto. Odrobinę mnie to uspokaja, ale od tej pory często zerkam na pęknięcie. Liczę, że na tej przygodzie poprzestaniemy, ale niestety nie jest to koniec nerwów.

Gdy dojeżdżamy do pierwszego skrętu do wodospadu Dettifoss, początkowo jedziemy w jego stronę, ale już po kilku minutach zawracamy. Całkiem niedaleko od nas odbywa się właśnie piaskowe piekło. Czegoś takiego nigdy nie widziałam, aż żałuję, że tego w żaden sposób nie uwieczniłam. Powietrze mimo błękitnego nieba nad nami jest brązowe. Rezygnujemy. Tym bardziej z uszkodzonym autem nie wjedziemy w coś takiego. Żal odpuścić ten wodospad, ale nad chęcią poznawania Islandii zwycięża zdrowy rozsądek.

Kilka kilometrów dalej widzimy jednak drugi skręt – niby wciąż otaczają nas burze, ale tu sytuacja wygląda lepiej. Próbujemy. Na parkingu stawiamy auto przodem do wiatru. Gdybyśmy stanęli odwrotnie, wyrwałoby drzwi, tak wściekle wieje… Mam mały problem z wydostaniem się ze środka, ale w końcu wychodzę. Natychmiast piach mam w oczach, ustach, słowa nie mogę powiedzieć, bo mnie zatyka. Mimo wszystko zgięci wpół idziemy w stronę kaskady. Zaczynam w duchu przeklinać ten termin wyjazdu…

Dettifoss

Dettifoss to najpotężniejszy wodospad Islandii, dodatkowo jeden z najbogatszych w energię w całej Europie – moc przepływającej tu wody to ponoć około 85 megawatów. Przelewa się tu średnio 193 m3 wody na sekundę! Brązowa woda spada z hukiem z 45 metrów do kanionu zwanego Jokulsargljufur. Miejsce to możesz kojarzyć z filmowej scenerii – kręcono tu scenę otwierającą film Prometeusz w reżyserii Ridleya Scotta.

Jesteśmy trochę nie po tej stronie wodospadu – z drugiej lepiej byłoby widać wysokość, z której spada woda. Jednak dojazd na tamtejszy parking wiązał się z dość dużym ryzykiem poważniejszego uszkodzenia auta, więc trudno – może następnym razem uda się zobaczyć wodospad od drugiej strony, w miejscu, w którym powstawał film.

Dettifoss wygląda niesamowicie, do tego chociaż odrobinę mniej tu wieje, jednak nie mogę w pełni skupić się na otaczającej przyrodzie, bo cały czas mam przed oczami moment uderzenia kamienia. Kalkuluję, na ile nas za to obciążą – mamy niby wszystkie możliwe ubezpieczenia, ale wkład własny ubezpieczyliśmy u pośrednika, co oznacza, że najpierw musimy tu zapłacić, a później dopiero ubiegać się o zwrot pieniędzy od ubezpieczyciela.

Selfoss

Z jednej strony wolałabym już iść do samochodu i czym prędzej się stąd ewakuować, ale został nam jeszcze położony blisko spadający z 10 metrów Selfoss. Po drodze do niego wiatr żyć nie daje, dobrze, że założyliśmy okulary, które dodatkowo osłaniamy dłońmi – piach tak uderza nam w twarze, że czuję się, jakbym miała robiony peeling. Dochodzi do tego pył, który pokrywa skórę jak puder. Później na mokrej chusteczce zobaczę, jak grubą tapetę zafundowała mi islandzka aura…

Wracamy do auta. Pęknięcie się powiększyło… przybyło mu kilka centymetrów! Szyba jest naprężona, słońce ją rozgrzało. Coraz bardziej obawiam się o dalszą jazdę, ale przecież nie będziemy czekać na jakieś zastępcze auto na tym pustkowiu.

Obszar geotermalny Hverir

Im bardziej oddalamy się od Dettifoss, tym wiatr jakby odpuszcza. Burze piaskowe też się skończyły. W końcu docieramy do obszaru geotermalnego Hverir – kolejna całkowita zmiana krajobrazu! I jest tak przyjemnie ciepło. To chyba z tego względu, że osłania nas pasmo gór. Niebo nad nami jest wściekle błękitnie, niesamowicie kontrastuje to z żółtą i brązową ziemią dookoła. Przed nami rozpościera się widok na gotujące się błoto, syczące parą fumarole i pustkę. Czuć siarkę. Wkoło poza parkingiem nie ma nic. Chyba właśnie między innymi za to kocham Islandię.

W kilku miejscach przyglądamy się gotującemu się błotu. Od razu przypomina mi się Solfatara di Pouzzoli – tam też na środku krateru było bajoro pełne wrzącego błota.

Lepiej nie schodzić tu z wyznaczonych ścieżek, bo nietrudno w tym miejscu o wypadek, temperatura tuż pod powierzchnią Ziemi jest bardzo wysoka, łatwo tu o poparzenie.

Viti i pola lawy Krafla

Spod Hverir zawracamy jeszcze w stronę pól lawowych Krafli. Najpierw zatrzymujemy się przy powstałym w wyniku erupcji w 1724 roku stożku Viti – jednym z bardziej znanych kraterów Islandii. Viti to po islandzku “krater do piekieł” (Islandczycy uważali niegdyś, że wulkany są wrotami do piekieł), ale gdyby nie wiatr, miejsce to byłoby wręcz niebiańskie. Niesamowite widoki, jeziorko wypełniające wnętrze szerokiego na 300 metrów krateru… Pięknie tu. Wiatr nas jednak szybko stąd przepędza, dosłownie zdmuchuje nas ze ścieżek. Szkoda, bo chętnie obeszlibyśmy krater dookoła.

Jedziemy dalej. Trafiamy na dość zatłoczony parking, z którego czeka nas około 2 km wędrówki w stronę Leirhnjukur – części kaldery Krafla. Ostatnia erupcja miała tu miejsce w latach 1975-1984. Gdy docieramy do celu naszym oczom ukazują się istnie marsjańskie krajobrazy. Niewielkie jeziorka z mleczną wodą, gotujące się błoto, mnóstwo pary i zapach siarki. Teren położony jest na styku dwóch płyt tektonicznych – amerykańskiej i europejskiej, stąd wysoka aktywność wulkaniczna.

Zaraz trafiamy w zupełnie inny, czarny świat wyglądającej na świeżą lawy. Niegdyś Kraflą zwany był jedynie znajdujący się tu najwyższy wulkaniczny wierzchołek, z czasem jednak zaczęto nazywać tak cały teren długości 10 km i szerokości 2 km. Zanotowano tu 29 erupcji, z czego ostatnia – wspomniana wyżej – miała miejsce ponad 30 lat temu. Trwała 9 lat! Chodząc pośród pary wydobywającej się z wielu szczelin czuję się, jakby miejsce to powstało raptem kilka miesięcy wcześniej. Trudno wyobrazić sobie, że to już tyle lat minęło. Przeważa tu czarny kolor, tylko miejscami przebija nieco zieleni mchów. Mam wrażenie jakbym przeniosła się z Marsa na Księżyc.

Elektrownia geotermalna Leirbotn

Po powrocie do auta decydujemy zatrzymać się jeszcze na chwilę przy tutejszej elektrowni geotermalnej Leirbotn. Ze względu na oddalone raptem o 2 km stąd erupcje, dokończenie budowy elektrowni było zagrożone, jednak w latach 70 udało się ją otworzyć. Dzisiaj jest jedną z największych elektrowni Islandii, produkując bodajże 60 megawatów energii elektrycznej uzyskiwanej z 33 odwiertów.  Leirbotn dostarcza 1/4 produkowanej na wyspie energii. W środku zobaczyć można film o okolicy, poczytać trochę o charakterystyce wulkanicznej i ostatnich erupcjach.

Gdy wracamy w stronę głównej drogi zauważamy… prysznic i umywalkę pozostawione na pustkowiu. Działają! Z prysznica leci cieplutka woda.

Spod Krafli kierujemy się w stronę Myvatn – “jeziora much”.  Żeby nie przedłużać – o atrakcjach okolicy oraz kontynuacji przejść z samochodem przeczytasz w kolejnej części.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

2 Thoughts to “Islandia: Uszkodzone auto i fragment Diamentowego Kręgu”

  1. Jaka droga prowadzi do Dettifoss (asfaltowa czy szutrowa)?

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Hmmm… na 100% pewna nie jestem, ale drogi 862 i 864 są chyba szutrowe. Ale nawierzchnia jest w dość dobrym stanie.

Leave a Comment