Grecja: Akustyczne arcydzieło w Epidauros

No to zaczynam w końcu relację z Grecji. Wpis z pierwszego dnia, a raczej z pierwszej nocy spędzonej na lotnisku znajdziecie tutaj.

Dzień 2, 14.05.2015, część 1/2

Spanie na ateńskim lotnisku do najprzyjemniejszych nie należało. Po jakiejś 1,5 – 2 godz. skończył się darmowy Internet ( i tak nieźle, bo darmowe miało być ponoć 60 min.), więc nie było co robić. Niby na laptopie miałam jakieś filmy, ale… zapomniałam zainstalować odpowiednie kodeki, więc mogłam sobie posłuchać jedynie dźwięku. Mąż usnął to i ja próbowałam się zdrzemnąć. Po każdym krótkim zmrużeniu oka budziłam się cała odrętwiała – chyba jestem już za stara na takie spanie… Na szczęście przez całą noc nikt się bezpośrednio koło nas nie kręcił, jedynie tuż za nami spały jakieś Azjatki. Te to dopiero były przygotowane – kocyki, dmuchane poduszki, opaski na oczy…

Z samego rana (czyli jeszcze przed 5:00) udaliśmy się do wypożyczalni po nasz zarezerwowany wcześniej samochód. Spać już nie mogliśmy więc uznaliśmy, że jak ruszymy tak wcześnie, to akurat dotrzemy na otwarcie którejś z planowanych po drodze atrakcji. Auto rezerwowaliśmy bezpośrednio przy odprawie na stronie Ryanair – wychodziło najtaniej. Teoretycznie samochód braliśmy z wypożyczalni Thrifty (w Izraelu mieliśmy już wątpliwą przyjemność korzystać z tamtejszego biura), ale na miejscu okazało się, że auto będzie jednak z Hertz. W okienku wszystko poszło szybko i sprawnie i już po chwili mieliśmy instrukcje, jak wydostać się z lotniska i dotrzeć na parking wypożyczalni. W gratisie dostaliśmy mapę, która to okazała się później bardzo przydatna w trakcie zwiedzania Aten.

Z lotniska trzeba było kawałek przejść, jednak miejsce znaleźliśmy bez większego problemu. Żółte flagi Hertz widoczne były z daleka. Po drodze spotkaliśmy jakąś zagubioną parę Amerykanów, którzy nie mgli trafić do hali odlotów. Pokazałam im, gdzie mają iść i każdy poszedł w swoją stronę. Nasze auto czekało na wyznaczonym miejscu – srebrna Toyota Aygo, która szybko została przez nas ochrzczona jakże pieszczotliwie Pierdułką. Samochód stwarzał wrażenie niesamowicie plastikowego, a – wydawać by się mogło nieliczne – metalowe elementy wykonano jakby z cienkiej blachy. Gdy już obejrzeliśmy samochód i obfotografowaliśmy wszystkie rysy i otarcia, podeszła do nas po raz kolejny ta sama para i ponownie spytała, jak mają dotrzeć na lotnisko, bo pokazanej wcześniej drogi nie znaleźli… Zaprowadziłam ich do miejsca, z którego doskonale było widać terminal.

Grecja dzień 2 (3)

Gdy jeszcze przed świtem ruszaliśmy, zastanawialiśmy się, jak sobie ten nasz samochodzik poradzi na planowanej trasie (w końcu w planach mieliśmy pokonanie ok. 1800km). Jednak jak szybko się okazało, to auto to był bardzo dobry wybór. Co prawda ciężko się prowadziło początkowo, ponieważ trudno było wyczuć sprzęgło, a gaz trzeba było wcisnąć do połowy, żeby w ogóle samochód zareagował, ale na warunki greckie lepszego auta nie mogliśmy trafić. Na trasie na spokojnie sobie radziło, spalanie miało niewielkie a w miastach to był ideał. Łatwo się parkowało, szybko zawracało. Koniec końców z samochodu byliśmy zadowoleni. I nawet ja – świeżo upieczony kierowca – zasiadłam kilkukrotnie za kierownicą. Ale żeby nie było zbyt pięknie, coś musiało pójść nie tak – samochód miał mieć klimatyzację. Taa… klimatyzacja była, ale niesprawna…

Świetnie się złożyło, że tak rano wyjechaliśmy. Autostrada była praktycznie pusta. Na pierwszy rzut wzięliśmy kierunek na Epidauros. Po drodze pierwszy raz mogliśmy spojrzeć na morze i greckie wyspy oraz jakieś dziwne okrągłe konstrukcje w morzu. Podejrzewamy, że były to hodowle ryb.

Mijaliśmy całe mnóstwo gajów oliwnych – Grecja oliwkami stoi jak nic. Drzewa widać było, że są niesamowicie stare. Niektóre może dorównywały wiekiem pamiętającym czasy Chrystusa oliwkom w Jerozolimie.

Grecja dzień 2 (15)

Szukając głównych wykopalisk archeologicznych w Epidauros trafiliśmy najpierw do małego miasteczka Archea Epidauros, w którym znaki pokierowały nas do niewielkiego antycznego teatru.

Archea Epidauros

Wejście na jego teren niestety nie było udostępnione turystom, można było go obejrzeć jedynie przez ogradzającą siatkę. Ja oczywiście wspięłam się powyżej i przedzierając się przez jakieś krzaczory i ogromne osty wzdłuż ogrodzenia, podziwiałam budowlę z góry. Widok był dużo lepszy, warto było zaryzykować zadrapania w chaszczach.
Obok teatru jacyś panowie pracowali chyba nad dalszą częścią wykopalisk. Nie spieszyło się im za bardzo – wyglądało to tak, jakby przerwę przerywali pracą, a nie odwrotnie. Jeżeli tak wygląda praca w Grecji, to ja się nie dziwię, że kryzys mają…

Grecja dzień 2 (6)

Po krótkiej przerwie w tym niewielkim, ale bardzo klimatycznym miasteczku dojechaliśmy do właściwych wykopalisk. Wejście na ich teren kosztuje 6 euro od osoby, w cenę biletu wliczone jest zwiedzanie starożytnego teatru i wykopalisk antycznego Asklepionu oraz wejście do niewielkiego muzeum. Teatr w Epidauros to jedyny tak doskonale zachowany zabytek z okrągłą sceną. Zachował się w doskonałym stanie podobno dlatego, że całkowicie przysypany był ziemią i porastał go bujny las sosnowy. Żadne trzęsienia ziemi mu nie zaszkodziły. Jest ogromny i takie robi wrażenie. Stojąc na górze doskonale słychać gdy ktoś klaszcze na dole, co przewodnicy wycieczek chętnie co chwila prezentowali. Doskonałą akustykę teatr zawdzięcza specjalnie wyprofilowanym ławkom. Obecnie latem odbywają się tam współczesne aranżacje sztuk antycznych, podczas których trybuny zapełniają się widzami. Słyszałam, że warto wybrać się na takie przedstawienie – zyskały one międzynarodową sławę, a bilety – mimo że drogie – rozchodzą się ponoć jak świeże bułeczki.

Epidauros

Kilka danych technicznych – scena ma średnicę 20m, teatr składa się z 55 rzędów które przedzielone są ścieżkami na 24 segmenty. To arcydzieło jest w stanie pomieścić podobno 13 tysięcy widzów! Robi wrażenie, prawda?

Grecja dzień 2 (9)

W miejscu tym spędziliśmy chyba dobrą godzinę. Mieliśmy szczęście, bo nie musieliśmy przeciskać się między ludźmi. W międzyczasie przewinęło się co prawda kilka wycieczek, ale przewodnicy szybko zabierali grupki na dalsze zwiedzanie.

Następnie przeszliśmy do niewielkiego muzeum, w którym zgromadzono przedmioty wydobyte w Epidauros. Słyszałam, że przechowywane tam rzeźby to jedynie gipsowe kopie, a oryginały znajdują się w muzeum w Atenach. Czy to prawda, niestety nie potwierdzę. W muzeum zbyt wielu eksponatów nie ma, ale szkoda byłoby je pominąć. Wewnątrz trzech sal pod czujnym okiem pracownic poza posągami można podziwiać rekonstrukcje niewielkich fragmentów budowli z tamtych czasów.

Obeszliśmy jeszcze teren archeologiczny ruin Asklepionu. Było to kiedyś jedno z najliczniej odwiedzanych przez pielgrzymki miejsc w Grecji. W skład kompleksu wchodziły świątynie, pensjonaty, szpital, łaźnie, gimnazjom i stadion. Obecnie na tym dość sporym obszarze zobaczyć można jedynie fundamenty okazałych niegdyś budowli i zrekonstruowany fragment świątyni Asklepiosa – boga medycyny.

Grecja dzień 2 (16)

Po zwiedzeniu całego kompleksu archeologicznego, wróciliśmy jeszcze kawałek drogą prowadzącą do wejścia – znajdują się tam jedyne restauracje w okolicy. Przy okazji informacja praktyczna dla tych, co tradycyjnie wysyłają z wyjazdów kartki – blisko parkingu znajduje się oddział poczty, w którym można zaopatrzyć się w pocztówki i znaczki pocztowe.

Greckie pyszności

Jeden z Greków z obsługi usilnie zachęcał nas do wejścia na kawę – niedziwne, że mu tak zależało, bo byliśmy jedynymi klientami. Gdy otrzymaliśmy menu od razu zauważył, że szukamy czegoś do jedzenia – robiłam się już naprawdę bardzo głodna. Jak się okazało karta sobie, a to co było faktycznie w kuchni to już zupełnie inna bajka. W menu nie znaleźliśmy praktycznie niczego interesującego, ale pan szybko pospieszył z pomocą przy okazji nazywając nas kilka razy przyjaciółmi z Polski. Zaproponowano nam z tradycyjnych greckich dań musakę i soutzoukakia. Chwilę zajęła nam nauka wymowy tego drugiego ;) Nazwę wymawia się mniej więcej jako „sudzukaja”.

Do obiadu poprosiliśmy o wodę. W ciągu kilku dni pobytu przekonaliśmy się, że woda jest w Grecji standardowym, bezpłatnym dodatkiem do posiłku – nieważne, czy zamówiło się jakiś napój czy nie. Woda ląduje na stoliku jeszcze zanim dostanie się zamówione danie.
A czym są dania, które spróbowaliśmy w Grecji jako pierwsze? Musaka to zapiekanka na bazie bakłażanów i mięsa mielonego z dodatkiem dużej ilości sosu beszamelowego. Soutzoukakia z kolei to przygotowane z mięsa wołowego klopsiki przyprawione głównie kuminem i podane w sosie pomidorowym. Do tego zaserwowano ryż i frytki. Swoją drogą było to drugie miejsce, w którym dostaliśmy frytki z ryżem (pierwszy raz z takim połączeniem spotkaliśmy się na Sri Lance). Mi akurat bardziej smakowała musaka, ale ogółem jedzenie było tam bardzo dobre. Nieodłącznym towarzyszem naszego posiłku był rudy kot, który nachalnie domagał się kawałka porcji. Futrzak co chwilę podchodził i wspinał się łapkami na kolana. Kotów w Grecji jest ogółem mnóstwo.

Z pełnymi żołądkami ruszyliśmy dalej. Kolejnym miejscem, które chcieliśmy zobaczyć, było niewielkie, ale przeurocze miasto Nafplion. Wszystkie te uliczki i place wyłożone marmurem, kwitnące wkoło bugenwille, atmosfera luzu i wakacji… Ale pierwsze co rzuca się w oczy, gdy zbliża się do miasta, to ogromne ruiny twierdzy na szczycie wysokiego na 200m wzgórza. To wybudowana przez Wenecjan ogromna twierdza Palamidi.

Nafplion (Nauplio)

Droga do twierdzy oznaczona jest znakami z jedynym napisem „Palamidi” – jeżeli ktoś nie zna jej nazwy, trafienie do niej może nie być takie oczywiste.

Normalny bilet do ruin kosztuje 4 euro od osoby, a zwiedzać je można w godz. 8-19:45. Warto zapamiętać, że tuż za wejściem, wśród drzew znajduje się miejsce, w którym można uzupełnić zapasy wody pitnej. Jeżeli zawitacie tam kiedyś, to uważajcie na bardzo wyślizgane kamienie – w jednym miejscu pzejście po pochyłej drodze bylo praktycznie niemożliwe. Szło się po tych głazach gorzej niż po lodzie. My odpuściliśmy ten fragment trasy, ale przed nami para śmiałków postanowiła spróbować tego dość ryzykownego przejścia. Skończyło się na tym, że my nadrabiając sporo drogi schodami, zeszliśmy w podobnym czasie co oni. Należy również uważać na kamienne schody – bywają śliskie i nacznie wyszczerbione.

Grecja dzień 2 (28)

Ze wzgórza doskonale widać było pozostałości innej twierdzy wybudowanej na niewielkiej wysepce oddalonej o jakieś 600m od brzegu – Bourtzi. Ta kolejna wenecka twierdza powstała w XVIIw. pełniła najróżniejsze funkcje. Była domem kata, ale też i luksusowym hotelem. Obecnie można tam dopłynąć łodzią i odpocząć w tamtejszej kawiarni. W trakcie naszego pobytu twierdza była w remoncie, dlatego darowaliśmy sobie rejs. Wystarczający był dla nas widok z góry i później z nabrzeża. Poza tym było tak niesamowicie gorąco, że jedyne, na co miałam ochotę, to wskoczyć do wody a nie pływać na jakieś wysepki.

Grecja dzień 2 (32)

Po obejrzeniu ruin zatrzymaliśmy się w mieście na chwilę spaceru i zakupy. Na szczęście dobrze, że zapytałam jakiegoś Greka, czy w miejscu, w którym zaparkowaliśmy, można faktycznie parkować. Okazało się, że żółta linia tuż przy krawężniku oznacza, że nie dość że nie wolno tam parkować, to nie wolno się tam w ogóle zatrzymywać. Nie muszę wspominać, że właśnie zdążyliśmy zaparkować auto przy takiej linii? Szybko się stamtąd zabraliśmy… Mandatu nam do szczęścia nie trzeba było. Niedaleko znaleźliśmy legalny, bezpłatny parking więc spokojnie udaliśmy się na krótki spacer do najbardziej reprezentacyjnej części Nafplionu.

Centrum starej części miasta stanowi wyłożony śliskimi, marumorowymi płytami plac Syntagma otoczony XIX domami.

Przy placu znajduje się jeden niezbyt urokliwy budynek z kamienia z niewielkim wizerunkiem lwa weneckiego (lwa św. Marka) na fasadzie – była to w czasach weneckich siedziba dowódcy garnizonu. Obecnie w budynku mieści się muzeum archeologiczne, w którym zebrane są różne przedmioty znalezione w Nafplionie, Tirynsie, Mykenach i Assini.

W drodze powrotnej do samochodu zeszliśmy jeszcze chwile na nabrzeże, które zamienione zostało w ładny deptak. Widać stamtąd doskonale tak twierdzę Bourtzi jak i Palamidi.

Robiło się późno, więc trzeba było się zbierać. Kolejny przystanek zaplanowany był w położonym niedaleko Nafplionu Tirynsie.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Grecji!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Booking.com

Powiązane teksty

One Thought to “Grecja: Akustyczne arcydzieło w Epidauros”

  1. Nie dawno odwiedziłam Epidavros , nagłośnienie jest naprawdę niesamowite , i to nie zrządzenie losu że ten teatr powstał w tym miejscu. Gdy byliśmy na górze zmierzyliśmy jaki jest magnetyzm w tym miejscu i było 5,5 stopnia. Dodatkowo na początku Epidavros powstał po to aby leczyć ludzi muzyko-terapia i aroma-terapią , każdy powinien odwiedzić to miejsce .

Leave a Comment