Wietnam: Nocnym autobusem do Sa Pa

Tak zwane sleeper bus w Azji to rozwiązanie prawie doskonałe – w niskiej cenie jedziesz nocą, w miarę komfortowo nie tracąc czasu i pieniędzy na dodatkowy nocleg. Ale rozwiązanie to ma też pewne minusy – gdy za oknem ciemno, nie możesz podziwiać mijanych widoków. I trafić możesz na hałasujących współpasażerów uniemożliwiających Ci przespanie się. Ale podsumowując wady i zalety, gdy tylko mamy taką możliwość, na długie trasy wybieramy takie rozwiązanie. I właśnie w Wietnamie pojechaliśmy nocnym autobusem do bramy do ryżowych tarasów – miejscowości Sa Pa.

16.09.2017, dzień 4

Noc w autobusie z Hanoi zapowiadała się ciekawie, ale rzeczywistość szybko weryfikuje moje oczekiwania. Liczyłam na cichą bezproblemową podróż jak w Kambodży, ale jako że jechali z nami już od samego początku głośno zachowujący się Chińczycy, nie mogło być idealnie. Do tego swoją cegiełkę dorzuca też kierowca, który… regularnie charczy i spluwa chyba przez okno to, co wycharczał. Bleee… Do tego na każdym z dwóch postojów włącza wewnętrzne oświetlenie i wyłącza nawiew, przez co już po krótkiej chwili robi się we wnętrzu niesamowicie gorąco. Średnio będę wspominać ten przejazd.

Oszczędność czasu

Pierwszy postój jest względnie krótki – toaleta (płatna 2 000 VND, czyli jakieś 0,30 zł), zakupy jedzenia na drogę. Towarzystwo jest jeszcze ożywione. Szybko wracamy do autobusu, ładujemy się na nasze łóżka i po chwili ruszamy. Rozrywające niebo błyskawice w końcu się skończyły, a ja odpływam wreszcie w objęcia Morfeusza. Nie trwa to jednak długo, bo już po jakiejś 1,5 godzinie mamy kolejny postój. I znowu wszystkie światła zapalone, nawiew wyłączony. Jest po północy, wiele osób spało, ale to zbudziło praktycznie wszystkich, mało kto jednak wychodzi. Zostajemy na swoich leżankach licząc, że kierowca znów szybko wróci, przeliczamy się jednak. Po godzinie robi kółko po parkingu i staje za innym autobusem, w którym ktoś wpadł na pomysł, że włączanie oświetlenia można odpuścić. Tyle że osoba prowadząca ten drugi bus zablokowała wyjazd. Czekamy.

W końcu jesteśmy znów w trasie, ale pasażerowie rozgadali się. Długo to jednak nie trwa, w autobusie robi się coraz ciszej, aż w końcu słychać tylko pojedyncze kaszlnięcia. Jest koło 2:00 w nocy, do celu mamy jakąś godzinę jazdy. Padam jak kawka. Dopiero mąż budzi mnie o… 6:40. Wiedzieliśmy, że po dojechaniu do celu jeszcze jakieś 3 godz. będzie można posiedzieć w autobusie, a tu wyszły prawie 4. Ledwo ściągam się na dół. Wystarczy jeden rzut oka za okno, żeby tym bardziej nie chcieć opuszczać wnętrza ciepłego i suchego autobusu. Leje. I jest zimno. 17 stopni po upałach w Hanoi daje w kość.

A może jednak wracamy?

Wysiadamy jako ostatni natychmiast wskakując w przeciwdeszczowe peleryny zakupione w Hanoi. Chwilę rozglądamy się po okolicy nie za bardzo wiedząc, dokąd iść. Miasteczko o tej porze wygląda na wymarłe. Może trzeba było zostać w stolicy? Nie mamy rezerwacji na najbliższy nocleg, więc wyciągam telefon i szukam czegoś dostępnego w pobliżu. Nie wiadomo skąd zjawia się przy nas ubrana w strój jakiejś mniejszości etnicznej kobieta. Proponuje nocleg, ale z dala od centrum. Jakieś kilka kilometrów od miasta. Chociażby ze względu na to, że nie wiemy ile tu zabawimy, zależy jednak na czymś blisko dworca. Kobieta nie odpuszcza, ale naprawdę tym razem musimy zrezygnować. Trochę szkoda, bo nocleg w miejscowym domu na pewno byłby interesującym doświadczeniem, szczególnie w takiej cenie. Na Bookingu widziałam tak zwane homestay za 18 zł za pokój dla dwóch osób!

Po chwili natrafiam w Internecie na ciekawy obiekt za 225 000 VND (jakieś 35 zł). W cenie ma być śniadanie, Internet, łazienka. Teoretycznie mamy tam nieco ponad 0,5 km więc już bardzo przemoczeni – mimo peleryn – ruszamy na poszukiwanie. Lokalizacja świetna, tylko co zastaniemy na miejscu?

Sapa Cardamon Boutique Guesthouse

Nawigacja niestety niezbyt wiernie oddaje rzeczywisty układ miasta i lokalizację hoteli, ale zupełnie przypadkiem trafiamy pod wyszukany obiekt. Tylko gdzie tu jest wejście?! Ufff… po pokonaniu wody opadowej płynącej całą drogą wchodzimy do środka. Właściciel śpi na ławkach przy wejściu przykryty po czubek głowy kołdrą, ale na mój głos szybko się podrywa. Obiekt to Sapa Cardamon Boutique Guesthouse. Gospodarz zabiera nas na górę . Pierwszy pokój? Nie ma mowy. Śmierdzi pleśnią, nie da się tu wytrzymać. Następne pomieszczenie przeznaczone jest dla 4 osób. Pokój z piętrowym łóżkiem – trochę też śmierdzi, ale wygląda dużo lepiej. Teoretycznie możemy spróbować poszukać czegoś innego, ale wszystko, co mijaliśmy po drodze było zamknięte. A tu możemy zameldować się już natychmiast bez żadnych dopłat! Trudno, zostajemy. Po przebraniu się z przemoczonych ciuchów za 40 000 dongów dostajemy po dwa naleśniki z sosem czekoladowym na głowę i za 30 000 (ok. 4,80 zł) czajniczek herbaty. Obsługuje nas jakaś kobieta z okolicznego plemienia. Obydwoje są dla nas bardzo mili i chętnie odpowiadają na pytania. A tych mamy sporo.

Ciągle pada…

Na zewnątrz ciągle leje. Gdy tak patrzę zafrasowana przez okno, Wietnamczyk spieszy z informacją, że tak ma być cały dzień. Cudownie. Kolejny wyjazd, w trakcie którego naprawdę mamy pecha do pogody. Zdążyliśmy bardzo zmoknąć w drodze z przystanku, więc zostajemy w pokoju – naprawdę nie zależy nam na kolejnych ciuchach do suszenia. Wystarczająco mamy problem z tymi, które zmokły dnia poprzedniego.

Wilgoć w pokoju jest spora, więc suszenie rzeczy graniczy z cudem. Oddajemy wszystko do prania (30 000 VND – 4,90 zł za kilogram) i postanawiamy przeczekać ulewę. W sumie może dobrze się składa? Możemy przynajmniej nadrobić zaległości w śnie z ostatnich paru nocy. Zanim jednak się zdrzemniemy, musimy urządzić polowanie na komary. Jest ich naprawdę sporo! Szybko odpływam, na dobre kilka godzin. Budzimy się koło 15:00. Wychodzę z naszej norki (pokój nie ma okna), ale na zewnątrz wciąż jest tak samo. Ten deszcz  chyba nigdy się nie skończy!

Liczyłam, że po południu uda się wyjść w poszukiwaniu czegoś na ząb, ale drogą przed hotelem wciąż płynie rzeka. Po tym, jak pokonywałam ją rano w sandałach mam poparzone czymś stopy. Musiały być w spływającej deszczówce jakieś chemikalia. Gdy tak wyglądam przez okno, zaczepia mnie nasz gospodarz z pytaniem, czy nie chcielibyśmy czegoś zjeść. W sumie to bardzo chętnie! Do wyboru mamy smażony makaron lub ryż z kurczakiem albo wieprzowiną. Dania te kosztuje 50 000 VND, czyli jakieś 8 zł. Po kilku minutach okazuje się, że kurczak wyszedł. Ok, niech będzie i wieprzowina, w sumie obojętne. Byleby było smaczne.

Troska o gości

Tu czeka nas jednak bardzo miłe zaskoczenie. Ktoś mimo tej wstrętnej pogody pędzi na targ zobaczyć, czy jest jeszcze dostępny świeży kurczak. Niestety nie ma. Spokojnie, niech będzie i wieprzowina. Ale osoba poszukująca kurczaka nie odpuszcza. Co prawda zanim wróci dostaniemy już makaron z wieprzowiną, ale kurczak jest! Ląduje w lodówce, będzie na kiedy indziej. Mimo, że nie musieli aż tak o nas zadbać, naprawdę im zależało na spełnieniu naszej zachcianki. Ponadto gospodarz mówi nam, że jeżeli tylko będziemy chcieli zmienić kolejnego dnia pokój, zwolni się na piętrze ich  najlepszy apartament, za który policzą nas podobnie! Ciekawa jestem, jak wygląda. Poprzedni i nasz obecny pokój nie za bardzo zachęcają do dłuższego pobytu tutaj, ale decydujemy się zostać.

Co by tu zrobić przez kolejne dwa dni?

Po obiedzie dzwonimy do naszego gospodarza z Hanoi z prośbą o sprawdzenie możliwości powrotu kolejnej nocy. Oddzwania po chwili, ale nie ma dla nas dobrych wiadomości. Na nocny przejazd nie ma już miejsc, możemy wrócić w poniedziałek rano. Z jednej strony jest to kuszące ze względu na możliwość podziwiania widoków po drodze, ale oznacza też stratę kolejnych długich godzin. Prosimy o rezerwację na jeszcze kolejną noc. Miejsca są, więc voucher, który otrzymaliśmy możemy bez problemu wykorzystać. Należy w tym celu udać się do biura linii autobusowej przed odjazdem, żeby wymienić odręcznie zapisaną kartkę na bilet.

Resztę dnia bezczynności wykorzystujemy na przygotowanie jakiegoś planu. Dziś, jutro i pojutrze siedzimy w Sapie – pogoda ma się PODOBNO poprawić. Później nocnym autobusem wracamy do Hanoi, tam jednak długo nie posiedzimy, bo zaraz pędzimy na lotnisko na lot do Sajgonu. Miasto Ho Chi Minha mieliśmy zostawić sobie na koniec, ale patrząc na to, co dzieje się z pogodą, wolimy odwrócić kolejność. Jeżeli znów miałby się pojawić jakiś tajfun przed naszym powrotem do Polski (tak się złożyło, że lot w obie strony mamy na i z lotniska w Hanoi), wolimy nie ryzykować odwołania lotów i utknięcia. Lepiej zacząć od końca i posuwać się w górę. Później będzie jeszcze Hoi An, Hue, Ninh Binh – może jeszcze uda się coś upchnąć pomiędzy. Plan luźny, zobaczymy co z niego wyjdzie. Ale proszę tylko o jedno – niech no już więcej nie pada… Nasz gospodarz twierdzi, że w Hanoi powódź jest i chodzi się w wodzie po kolana – tego deszczu chyba już starczy… Ale wychodzi na to, że dobrze że stamtąd wyjechaliśmy. Tu wody jest miejscami tylko do kostek… 

A może by tak do Bac Ha?

W związku z dwoma kolejnymi dniami w Sapie postanawiamy pojechać do wioski Bac Ha na targ niedzielny. Za 14$ od osoby możemy wykupić zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem. Niby wolimy zwiedzać na własną rękę, ale tym razem zupełnie nie chce się nam organizować transportu do oddalonej mieściny. Odbiór spod hotelu, zawiozą nas na miejsce, co nieco opowiedzą, mamy jeszcze ponoć zajrzeć pod chińską granicę w Lao Cai i zostać odstawieni z powrotem do hotelu. Niech będzie. Żeby tylko nie padało!

Dopiero wieczorem deszcz czasem ustaje, w nocy zupełnie nie pada, ale robi się bardzo mglisto. Jest szansa na poprawę pogody. Oby! Mamy już cały dzień w plecy, a to przy kilkunastodniowym wyjeździe duża strata czasu. Pora spać, ale… Komarów w pokoju mamy tyle, że nie nadążamy ich ubijać. Wystarczy usiąść, żeby krwiożercze bestie zaczęły polowanie. W końcu rozwieszamy nad łóżkiem naszą moskitierę. Gdy kładę się spać słyszę, jak wszystko dookoła niej bzyczy… Nie mogę się doczekać tej zmiany pokoju.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Wietnamu! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli zostaniesz tu ze mną na dłużej i pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Skomentuj