Islandia: Heimaey w jeden dzień – co zobaczyć?

Wyspy Vestmannaeyjar (Westman Islands) w przedostatniej wersji planu wykreśliliśmy. Tak naprawdę najpierw w ogóle nawet nie przyszło nam do głowy żeby tam płynąć, jednak gdy tuż przed startem poczytałam trochę więcej o tej części Islandii, decyzja zapadła – popłyniemy, chociażby i na kilka godzin. Czy jeden dzień na Heimaey wystarczy, żeby zobaczyć jej atrakcje? To jedyna zamieszkała wyspa z archipelagu. Duża nie jest więc… nawet jeśli dysponujesz ograniczonym czasem, płyń tam bez zastanowienia!

Dzień 3, 22.06.2018, część 1/2

Jak cudownie było spędzić noc w łóżku… Na dodatek tak bardzo wygodnym, w ciepłym pokoju z dostępem do łazienki i kuchni… Trudy podróży pierwszych dwóch dni dały się nam we znaki, więc nocleg spędzony pod dachem był miłą odskocznią. Szczególnie w takim miejscu. Bo Gabriel Guesthouse to niezwykły obiekt, nie tylko ze względu na bezproblemowego młodego właściciela.

Gdy szykujemy się do wyjścia, zauważamy na ścianie oprawione w ramkę zdjęcie, a raczej jego starą kopię przedstawiającą dom, w którym właśnie przebywamy. Przysypany wulkanicznymi popiołami, tuż obok zastygniętej lawy. Długo się zastanawiać nad datą jego zrobienia nie muszę – zdjęcie powstało w 1973, może 1974 roku. Widać, że trwa właśnie akcja porządkowania miasta, które uległo znacznym zniszczeniom w trakcie słynnej, niespodziewanej erupcji pobliskiego wulkanu Eldfell. Gdy tak patrzymy na tę fotografię widzimy, że właściciele budynku mieli sporo szczęścia. Znaczna część miasta położona na lewo od niego zniknęła bezpowrotnie pod lawą i popiołami.

Wychodzimy na zewnątrz zdumieni niespodziewanym odkryciem. Trochę w międzyczasie zmieniły się okna i przebudowano dach, ale nie ma wątpliwości, że to dom z fotografii. Pierwsze kroki tego dnia kierujemy na pola zastygniętej magmy tuż obok. W związku z tym, że nie planujemy żadnych wysoko położonych punktów widokowych, chcemy rzucić okiem na miasto chociaż z tego miejsca – zawsze to trochę wyżej i lepsza panorama. Kręcimy się pośród zastygniętej lawy porośniętej obecnie tysiącami niebieskich łubinów, trafiają się tu jednak i białe kwiaty – to rzadki widok na całej Islandii.

Idąc ścieżką zauważam… czterolistną koniczynę. A później kolejną. I kolejną. I tak udaje mi się zebrać… bukiet czterolistnych koniczynek! Przestałam liczyć chyba po trzydziestej. Wierzyć mi się nie chce w to, co właśnie widzę, bo nie jest to pierwszy raz, gdy trafiam na żyłę złota. Ehm… przepraszam. Żyłę czterolistnych koniczyn. Pierwszy raz taką kępę znalazłam kiedyś przypadkiem pod biurem, w którym pracowałam, drugi – właśnie tu na Islandii. Jakie jest prawdopodobieństwo trafienia na coś takiego i to dwukrotnie? Chyba niewielkie!

Czterolistny bukiet ląduje finalnie pomiędzy kartami pokładowymi (niestety przy tutejszej wilgotności i braku ciepła większość koniczyn zamiast ładnie się zasuszyć, brązowieje…), a my idziemy dalej. Wulkan nas przyciąga. Mieliśmy na górę nie wchodzić, ale jednak decydujemy się zdobyć ten szczyt.

Wejście na Eldfell

Momentami idzie się mozolnie, ponieważ spod nóg osypuje się niezbyt stabilne podłoże. Do tego wieje wiatr – im bliżej szczytu, tym silniejszy. No i oczywiście pada. Co chwilę otacza nas jakiś fragment chmury i kłuje twarze lodowatymi igiełkami. Nie poddajemy się jednak. Chcemy spojrzeć na wyspę ze szczytu stożka, który powstał w dniu zagłady tego miejsca. Co ciekawe zagłady niespodziewanej, w trakcie której o dziwo obyło się bez ofiar (prawie), ale o tym za chwilę.

Na szczycie trafiamy na przyrządy służące mierzeniu aktywności sejsmicznej. Idziemy dalej – aż na samą górę. Oznacza to przejście bardzo wąskim przesmykiem grani. Z lewej strony krater, z prawej – kilkusetmetrowa przepaść. Lepiej się tu nie potknąć… Jak na złość jednak wiatr wzmaga swoją siłę, trzeba więc naprawdę uważać. Jesteśmy sami. Czerwień wulkanu i zieleń obudzonej do życia wyspy niesamowicie ze sobą kontrastują. A pomiędzy tymi kolorami leży białe miasteczko, zasypane w 1973 roku kilkumetrową warstwą popiołów.

Eldfell to w dużym skrócie stożkowy, wysoki na 279 metrów wulkan powstały 23 stycznia 1973 roku. Jego nazwę tłumaczyć można jako Ognista Góra – nie bez powodu właśnie takie miano nosi. Na Heimaey trafiamy 45 lat po zdarzeniu, które mogło na zawsze zmienić życie mieszkańców niewielkiej wyspy.

Trochę historii, czyli o tym, jak to 45 la temu Eldfell zagroził wyspie

Przez wiele tysiącleci jedynym wulkanem na Heimaey był powstały 5000 lat temu wysoki na 200 m. Helgafell. Od chwili zasiedlenia w 874 roku wyspa nie wykazywała oznak aktywności wulkanicznej (chociaż podejrzewa się, że w latach 1637 i 1896 w jej rejonie mogły występować podwodne erupcje), jednak zaczęło się to zmieniać w 1963 roku – na 10 lat przed powstaniem wspomnianego już wulkanu Eldfell. Wtedy to w odległości 20 km od Heimaey na morzu na skutek trwającej cztery lata podmorskiej erupcji wulkanu powstała wyspa Surtsey. Kolejne wydarzenia dotyczyły już niestety bezpośrednio samej Heimaey.

Wstrząsy zaczęły się 21 stycznia 1973 roku, ale były na tyle słabe, że mieszkańcy ich nie odczuli. Odczuwalne były dopiero wstrząsy z 22 stycznia, które jednak ustały jeszcze tego samego dnia. Na granicy płyt tektonicznych nie jest to dziwne zjawisko, dlatego też nieświadomi niczego mieszkańcy kontynuowali swoje zajęcia niezbyt zwracając wagę na to, co już wkrótce się wydarzy. To był jednak dopiero początek. W nocy 23 stycznia około godziny 1:55 na zboczu Helgafell otworzyła się szczelina, z której popłynął strumień lawy. Lawowy potok długości 1500 m wypłynął raptem kilometr od centrum miasta. Później było już tylko gorzej. Nagle szczelina powiększyła się przecinając wyspę na całej jej długości. W niebo trysnęły z niej fontanny lawy.

Po krótkim czasie aktywność skupiła się ok. 800 metrów od Helgafell, w wyniku czego już w ciągu dwóch dni utworzył się stożek o wysokości 100 metrów. Erupcja trwała pół roku. Tak właśnie powstał Eldfell, który najpierw miał się nazywać Górą Kościelną (Kirkjufell), ale oficjalny islandzki komitet ds. nazewnictwa miejsc nazwy tej wbrew sprzeciwom mieszkańców nie przyjął.

Gdy tylko nastąpiła erupcja, natychmiast powzięto decyzję o wprowadzeniu w życie przygotowanego na jej wypadek planu. W ciągu 30 minut od wybuchu odpłynęły pierwsze łodzie z mieszkańcami Heimaey. Ludzie mieli ogromne szczęście – na skutek wcześniejszego sztormu wszystkie jednostki rybackie pozostały w porcie, dzięki czemu natychmiast można było załadować je i migiem odpłynąć. Cała ewakuacja 5 300 ludzi zajęła raptem 6 godzin! Tych, którzy nie byli w stanie odpłynąć kutrami (m.in. pacjentów tutejszego szpitala), transportowano samolotami – pogoda pozwoliła na kursy, a i lotnisko nie uległo zasypaniu.

Na Heimaey pozostało jedynie około 200 – 300 osób zajmujących się ratowaniem mienia pozostałych. Polegało to na usuwaniu zalegających na dachach ciężkich popiołów i zabijaniu okien blachą falistą. Co dziwne, w wyniku erupcji zginęła ponoć tylko jedna osoba – był to mężczyzna, który włamał się do apteki po leki i udusił się gromadzącymi się w budynku trującymi gazami.

Ludzie uratowali się, ale pozostała jeszcze walka o port, ku któremu nieustannie zmierzała lawa. Zamknięcie dostępu do przystani oznaczało ogromne problemy gospodarcze w całej Islandii (udział Heimaey w rocznym połowie ryb w kraju wynosił około 25%!), dlatego też zdecydowano się za wszelką cenę zapobiec zalaniu wąskiego przesmyku. W związku z tym zrodził się pomysł, aby polewać lawę zimną oceaniczną wodą – początkowo stosowane pompy były zbyt słabe, ale efekt i tak dał się zauważyć. Szybko ściągnięto z USA wysokowydajne 32 pompy, które dały jeszcze lepszy efekt. 1000 litrów wody na sekundę robi wrażenie! Wszystko spowiła para, w którą momentalnie zamieniała się oceaniczna woda. Odkryto później, że w wyniku tych działań po odparowaniu morskiej wody lawę pokryła gruba warstwa białej soli. Całą jej ilość oszacowano na 220 000 ton!

Zniszczeniu uległo około 400 domów – część zawaliła się pod ciężarem popiołów, część spłonęła zalana lawą. Tylko do końca marca 1/5 miasta zniknęła! Jednak ludzie po powrocie (już po roku!) wykorzystali fakt powolnego stygnięcia lawy i zaczęli z niej pozyskiwać elektryczność oraz ciepło do ogrzewania domów i wody. W efekcie erupcji wyspa powiększyła soją powierzchnię o 20%! Przybyło 2 km lądu – po dziś dzień doskonale widać, w którą stronę popłynęła lawa.

Jeśli jesteś ciekaw tej tematyki lub chciałbyś obejrzeć zdjęcia z tamtych czasów, zajrzyj tutaj: Erupcja Eldfell w 1973 roku (zdjęcie nr 2 na tej stronie przedstawia lustrzane odbicie wyspy).

Muzeum Eldheimar

Schodzimy z Edlfell okrężną drogą spacerując jeszcze chwilę ścieżkami wytyczonymi przez pola lawy. Wzmaga się jednak deszcz, więc chcąc skryć się chociaż na chwilę pod dachem, kierujemy się w stronę muzeum Eldheimar. Przed wejściem widzimy pierwszy z odkrytych spod popiołów domów – za wiele się z niego nie ostało. Dużo ciekawsza jest ekspozycja muzeum. Kupujemy wewnątrz bilety, otrzymujemy wliczone w cenę przewodniki audio i zaczynamy zwiedzanie wystawy.

Już na samym początku widzimy dom. A raczej to, co z niego pozostało. Całe muzeum powstało właśnie wokół tego miejsca – budynku, który dokładnie tu został odkopany spod grubej warstwy popiołów. Nikt go nie przenosił, został jedynie wzmocniony, żeby się niespodziewanie nie zawalił. Do środka wejść nie można, ale przez w większości pozbawione szyb okna widać doskonale wnętrze – gdzieniegdzie z sufitów wciąż zwisają żarówki, można wypatrzeć jakiś talerz, czy inną pozostałość życia, które niegdyś się tu toczyło. Z zewnątrz z kolei zachowały się tynki. Na dom spojrzeć można również z góry – z poziomu kawiarni.

Pozostała część ekspozycji mówi nam nieco więcej o Heimaey przed, w trakcie oraz po erupcji. Zobaczyć tu można mnóstwo zdjęć i filmów z tych kilku miesięcy, gdy przyszłość wyspy i jej mieszkańców nie była zbyt pewna.

Godziny otwarcia Muzeum Eldheimar:

  • Latem, od 28 kwietnia do 14 października: 10:30 – 18:00
  • Zimą, od 15 października do 27 kwietnia: w każdą środę i niedzielę 13:00 – 17:00
  • Wstęp: 2300 koron, audioguide w cenie (w jęz. angielskim, niemieckim, francuskim, islandzkim lub norweskim).

Heimaey i ślady po wybuchu

Spacerując z muzeum Eldheimar w stronę miasta trafiamy na cmentarz. Fotografie tutejszej bramy zasypanej grubą warstwą popiołów to jeden z najbardziej charakterystycznych widoków uwiecznianych wówczas na zdjęciach. Drugą słynną fotografią jest kościół, za którym widać fontanny lawy wybijające w górę. Dzisiaj o dramatycznych wydarzeniach sprzed 45 lat przypomina postawiony obok cmentarnej bramy słup wyznaczający grubość warstwy popiołów.

Chwilę zastanawiamy się, gdzie teraz iść dalej. Od naszego gospodarza doszły mnie słuchy, że na jednej z okolicznych górek zobaczyć można maskonury. Bardzo chciałam zobaczyć te ptaki, więc nadarza się świetna okazja, jednak gdy trafiamy do podnóża tej “górki” zobaczywszy, jaka trasa jest do pokonania, obydwoje twierdzimy, że nie ma takiej opcji, nie wchodzimy. Im bliżej jednak ścieżki jesteśmy, tym bardziej chcę spróbować wejść na górę. Mąż nie do końca jest przekonany, ale udaje mi się go namówić.

Herjolfsbaerinn

Najpierw jednak robimy przerwę – w końcu trzeba coś zjeść. Możemy schować się w Herjolfsbaerinn rekonstrukcji domów, które prawdopodobnie tak tu wcześniej wyglądały. Niedaleko odkryto nieco pozostałości zabudowań z różnych epok, z czego najstarsze odkrycia archeologiczne pochodzą z IX w.

Wewnątrz Herjolfsbaerinn są stoły, jesteśmy osłonięci od wiatru i deszczu. Miejsce idealne na złapanie oddechu i posilenie się.

Posileni możemy spróbować wejść na górę.

Herjolfsdalur

Podejście do najłatwiejszych nie należy. Ścieżka jest bardzo wąska, czasami ledwo mieści się na niej stopa. Do tego pokryta jest w znacznej mierze błotem – ostatnio chyba ciągle tu pada. Co chwila widzimy ślady poślizgnięć poprzedników – obawiam się trochę, żebyśmy nie zjechali po zboczu na dół, ale idziemy wciąż wyżej i wyżej. Gdzieniegdzie możemy liczyć na wsparcie trasy w postaci wbitych w nią plastikowych kratek, ale niestety jest ich wciąż zbyt mało. Akurat robi się cieplej, więc zagrzani dodatkowo męczącą wspinaczką robimy co chwila postój na “podziwianie widoków”. Niektórzy idący za nami zrezygnowali. Wcale się nie dziwię – posuwamy się do przodu w tak zniechęcającym tempie, że sama mam ochotę odpuścić. Ech… jakby tak być tą owcą, co  po zboczu skacze bez najmniejszego problemu…

“Nie przejdziesz!”

Gdy już doczołgujemy się prawie na szczyt, czeka nas na ścieżce niespodzianka w postaci rozłożonej na całej szerokości przejścia owcy nie mającej zupełnie ochoty się ruszyć. Aż chciałoby się zacytować klasyka (niejakiego Gandalfa Szarego z takiej jednej ekipy transportującej pewien pierścień): “YOU SHALL NOT PASS!”. Owca jednak po dłuższej chwili złowrogiego wpatrywania się w nas z drogi schodzi. A raczej zbiega w podskokach po zboczu naprawdę stromej góry. Zboczu prowadzącym prosto do morza. W tym momencie dochodzę do wniosku, że te owce to jednak sprytne są. Możemy przejść dalej.

Jednak co z tego, skoro zaraz szczyt zasłania chmura, która rozgaszcza się w tym miejscu na dobre aż do końca naszego pobytu na wyspie… I w ten oto sposób maskonurów na Heimaey nie uświadczamy. Jednak widoki po drodze – pierwsza klasa! Przynajmniej do czasu najścia chmury… Miło byłoby albo zdobyć szczyt, albo chociaż usiąść sobie na soczyście zielonej trawie i pokontemplować chwilę widoki, ale niestety deszcz uniemożliwia nam tę przyjemność.

Zejście z góry jest jeszcze trudniejsze niż wejście. Moje krótkie nóżki odziane w dżinsy sprawiają, że na dół docieram wykończona, mięśnie trzęsą mi się jak galareta. Schodziłam dłużej niż wchodziłam! Żeby nie to, że kończy się nam czas na wyspie, najchętniej rozsiadłabym się gdzieś pod dachem i chwilę odpoczęła. Zbliża się jednak godzina naszego promu, więc po krótkiej przerwie poświęconej na przyjrzenie się pływającym po stawie edredonom z młodymi i wytarciu ubłoconych butów o mokrą trawę, musimy kierować się do portu.

Opustoszałe miasto

Gdy tak idziemy przez miasto, mam wrażeni, że jest dziwnie opustoszałe. Jeden, drugi, trzeci sklepik, jakiś warsztat krawiecki – wszystko pozamykane. Chcemy wejść na pocztę, żeby kupić pamiątkowy znaczek do naszej kolekcji, ale drzwi też są zamknięte. Co jest?! Jest około 14:00, przecież to zdecydowanie za wcześnie! I tu nagle spływa na nas olśnienie. Mecz. Przecież właśnie zaraz Islandia rozegra swój kolejny mecz na Mundialu w Rosji! Jak mogliśmy o tym zapomnieć. Omiatam wzrokiem drzwi poczty – rzeczywiście to powód wcześniejszego zamknięcia urzędu. Jak wół na wysokości wzroku mamy kartkę – wersję po islandzku i po angielsku – że w związku z tym sportowym wydarzeniem pracownicy wyszli dzisiaj wcześniej do domów.

Planowaliśmy zrobić jeszcze małe zakupy na kolejne dni – kończy się nam pieczywo i napoje – obawiam się, czy Kronan nie będzie zamknięty. Na szczęście sklep jest czynny, ale obsługi prawie w nim nie ma. W środku jest tylko jedna dziewczyna na kasie i  jakiś pracownik kręci się pomiędzy półkami. Poza tym – pusto! Ulice opustoszałe, sklepy i urzędy zamknięte… to się dopiero nazywa doping! Islandczycy czują ogromną dumę ze swojej drużyny i mimo że ta nie wygrywa meczu, nikt nie ma im tego za złe. Sam wyjazd na mundial to już sukces!

Powrót z Heimaey

Na promie możemy później obejrzeć fragment meczu – w jednej z kajut jest telewizor, okna zasłonięte są ciemnymi zasłonami. Co chwila słychać stamtąd pełne emocji okrzyki. My jednak pasjonatami piłki nożnej nie jesteśmy, preferujemy początkowy odcinek rejsu spędzić na zewnątrz przyglądając się wyspie od strony wody. Nawet jeszcze nie wiemy, jak świetny był to pomysł.

Ludzie ratujący port wykonali naprawdę kawał niesamowitej pracy! Spiętrzona, zastygnięta lawa pozwala wyobrazić sobie, do czego by doszło, gdyby nie ich praca. Rzucamy ostatni raz okiem na Eldfell, Helgafell, niewielki zrekonstruowany z dawnych czasów drewniany kościółek i już po chwili odpływamy.

Samotny domek na Ellidaey

Po prawej stronie widzimy wyspę. Wysokie klify, zielona powierzchnia i… samotny dom na jej środku. Zaraz przepływamy obok drugiej. Klify, zieleń i samotny dom. Ale jakże malowniczo wyglądający! Ciekawe, czy ktoś tam rzeczywiście mieszka? Ponoć tylko Heimaey jest zamieszkała, więc co robi dom na tej drugiej wysepce? Jeśli jesteś ciekaw, poczytać możesz o tym w tekście poświęconym samotnemu domowi na Elliday.

Po około 35 minutach dopływamy do Landeyjarhofn. Prom płoszy spore stado edredonów bujających się na coraz większych falach. Nieźle naszym statkiem buja, momentami trzeba przytrzymać się siedzeń, bo nie da rady zrobić kroku.

Wracamy do samochodu i po małym przepakowaniu, ruszamy z powrotem w kierunku kolejnych islandzkich atrakcji. Mamy tu trochę do nadrobienia. Szczególnie, że jednego z tych miejsc nie możemy pominąć – pierwsze kroki kierujemy w stronę mojego ulubionego wodospadu ukrytego za skałami.

Pozostałe atrakcje Heimaey

A co jeszcze można zobaczyć na Heimaey? Ograniczony czas nie pozwolił nam zajrzeć we wszystkie kąty, ale spośród atrakcji wyspy wymienić warto jeszcze: Skansinn, czyli miejsce, gdzie przyjrzeć się można z bliska zrekonstruowanemu kościołowi z czasów zasiedlania Islandii (widoczny z promu), Lamdlyst Medical Museum, ruiny murów fortyfikacyjnych z XVI w., akwarium ze stworzeniami zasiedlającymi okoliczne wody, Sagnheimar Folk Museum, a dla wspinaczy – Sprangan i Heimaklettur.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

  1. Te islandzkie klimaty bardzo przypominają mi norweskie… Chętnie bym stanęłabym swoją stopą na islandzkiej ziemi ;) Piękne zdjęcia :)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Dziękuję! :) Trzeba przyznać, że oba kraje mają sporo wspólnego, ale Islandia wydaje mi się być bardziej dzika. I właśnie m.in. to przyciąga mnie tam jak magnes :D Ale do Norwegii też muszę jeszcze wrócić. Szkoda że nie da rady tego lata, gdy jest tam tak piękno i ciepło…

  2. Te czterolistne kończyny to na pewno nie przypadek! Gdybym tyle znalazła na pewno wisiałyby ususzone w ramce. Szczęściara! :D
    Poza tym odwiedziłaś bardzo ciekawe miejsca, idę czytać o samotnym domu. Bardzo żałuję, że nie wpadłam na tą wyspę podczas mojego pobytu (choć i tak w 3 dni postarałam się wycisnąć max). Wszystko jest do nadrobienia :)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      To co dało się odratować po powrocie, dosusza się wciąż w kalendarzu ;) Mam taki plan, żeby połączyć te islandzkie koniczyny z tymi, które znalazłam kiedyś pod biurem – ciekawe, jaki będzie efekt

  3. Oto jedno z miejsc, które mam nadzieję, że uda mi się kiedyś odwiedzić:)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Trzymam kciuki, warto!

Skomentuj