Islandia: Hot-dog Baejarins Beztu Pylsur

Kuchnia Islandii nie jest może jakoś specjalnie znana (pomijając budzące często obrzydzenie gotowane baranie głowy czy fermentowanego rekina znanego jako hakarl), ale jest coś, co kulinarnie rozsławiło wyspę pośród wielu narodów. To… hot-dog. Tak! Jagnięca parówka w bułce z dodatkami urosła do rangi kultowej potrawy, której trzeba spróbować będąc na Islandii. Smak nie każdemu odpowiada, ale w końcu to właśnie te hot-dogi zachwalał lata temu sam Bill Clinton. 

Dzień 10, 29.06.2018, część 2/2

Jakoś dwukrotnie nie dane nam było zakosztować islandzkiego hot-doga, ale jak to się mówi do trzech razy sztuka. W trakcie trzeciego wyjazdu wreszcie sukces. Zanim jednak trafiamy do niewielkiej budki ze słynnym fast-foodem, zajeżdżamy do pewnego mniej znanego ale niezwykle urokliwego miejsca. Zabieram Cię do Raudholar

Raudholar

Czerwone wzgórza Raudholar w Reykjaviku to miejsce jakby z innej planety. Tym bardziej dziwi tutejsza cisza – przecież wciąż jesteśmy w stolicy! Docieramy tu bez problemu. Zostawiamy auto na parkingu i idziemy podziwiać pozostałość starych, ocenianych na 5200 lat pseudokraterów ma polach lawowych Ellidaarhraun. To część rezerwatu przyrody Heidmork. Ponoć pierwotnie było tu aż 80 pseudokraterów, ale teren ten posłużył do wydobycia w okresie II Wojny Światowej materiałów do budowy dróg czy stołecznego lotniska.

Przy wejściu natykamy się na liczną grupę wycieczkowiczów rozpoczynających właśnie swoją przygodę z Raudholar i końmi islandzkimi. Wszyscy siedzą w siodłach i słuchają instrukcji przewodniczki. Jak ja bym chciała się tak przejechać! Tym razem jednak znów nie mamy na to czasu (i w sumie funduszy…), kolejna atrakcja ponownie do przełożenia. Wycieczka szybko znika nam z pola widzenia i zapada cisza. Czasem tylko słychać śpiew jakiegoś ptaka. Naprawdę trudno uwierzyć, że jesteśmy dość blisko centrum najbardziej zaludnionego miasta Islandii!

Po ilości śladów końskich kopyt na ścieżce (i innych końskich pozostałości…) wnioskuję, że to chyba bardzo popularna forma spędzania czasu w tym miejscu. Podziwianie Raudholar z końskiego grzbietu odkładamy na kiedy indziej, tym razem skupiając się na przyjemnym spacerze pośród czerwonych pagórków poprzeplatanych zielenią trawy i kwitnącymi także i tutaj niebieskimi łubinami. Naprawdę można poczuć się tu jak na Marsie. I co najważniejsze – w przeciwieństwie do Thingvellir nie ma tu uprzykrzających wędrówkę much.

Dużo czasu w Raudholar nie spędzamy, ale już po tej krótkiej chwili mogę powiedzieć, że to jedno z moich ulubionych miejsc na Islandii.

Reykjavik po raz trzeci

Po kilkunastu minutach jazdy ponownie jesteśmy w centrum stolicy. Zdecydowanie nie wychodzi nam jednorazowe zwiedzenie tego miasta, za każdym razem musimy tu wrócić i zobaczyć coś nowego. Tym razem do Reykjaviku wracamy ze względu na… słynne hot dogi.

Auto zostawiamy na znanym już nam parkingu, ale nie łapiemy się na darmowe parkowanie. Jest jeszcze za wcześnie. Gdy podchodzimy do parkometru i zaczynamy grzebać w portfelu w poszukiwaniu drobnych, zaczepia nam jakiś potężny Wiking. Dosłownie mężczyzna prezentuje się tak, jak to przedstawia się Wikingów w filmach! Tyle, że ubrany jest po “naszemu”. Czekanie na znajomych postanowił sobie umilić rozmową z nami – później zobaczymy go w lokalu, siedzącego z przyjaciółmi na wprost naszego samochodu. Pomacha nam na pożegnanie i wróci do rozmowy.

Mimo że wygląda groźnie, zaraz przyjaźnie podpowiada nam jak zapłacić za parkometr, do kiedy musimy uiścić opłatę, co i gdzie zobaczyć. Wypytuje nas o nasze wrażenia. Dziwi się, że już trzeci raz tu wracamy i że tak bardzo nam się Islandia podoba. No tak… to dość częste zjawisko, że nie docenia się tego, co ma się pod nosem bo jest się do tego przyzwyczajonym.

Baejarins Beztu Pylsur – najlepsze hot dogi w mieście?

Udajemy się na poszukiwanie słynnej budki z jeszcze bardziej słynnymi hot dogami. To tutaj Bill Clinton zajadał się gorącą jagnięcą parówką w bułce wychwalając jej smak w trakcie swojej wizyty na Islandii w 2004 roku. Znalezienie Baejarins Beztu Pylsur (tłumaczy się to jako “najlepsze hot dogi w mieście”) trudne nie jest – wystarczy wpisać nazwę w aplikacji Maps.ME i już po jakiś 200-300 metrach stoimy w zadziwiająco niewielkiej kolejce. W sumie kolejki to tu tak naprawdę tym razem nie ma! A tyle się naczytałam, że zawsze ciągnie się tu spory ogonek.

Za bodajże 450 koron nabywamy po słynnym hot dogu w wersji full. Pierwsze wrażenie? Nie jest źle, aczkolwiek jadłam lepsze hot dogi. Mam trochę mieszane uczucia co do parówki, ale jednego nie można jej odmówić: jest bardzo soczysta! Ciekawym połączeniem jest dodanie sosu musztardowego i sosu remoulade – tak zwanego sosu duńskiego przygotowywanego z majonezu i musztardy. Za hot-dogi płacimy gotówką. Sprzedawcy bardzo się dziwią, bo już naszykowany mieli terminal. Tak… płatności kartą zdecydowanie są tu najpopularniejsze.

Clinton rozsławił ten islandzki barek w 2004 roku, ale historia małego lokalnego biznesu sięga dużo bardziej wstecz, bo aż do roku 1937. Właśnie wtedy budka z hot dogami stanęła w islandzkim porcie za sprawą dziadka obecnej właścicielki Gudrun Kristmundsdottir. Obecnie na Islandii znaleźć można ponoć 4 punkty z hot dogami Baejarins Beztu Pylsur. Hot dogi w tym lokalu cieszyły się wśród Islandczyków popularnością od zawsze, ale wizyta prezydenta USA sprawiła, że niewielka budka znalazła się w przewodnikach przeżywając od tamtej pory istne oblężenie.

Harpa

Pałaszując hot doga kierujemy się w stronę budynku islandzkiego centrum koncertowo-konferencyjnego, Harpy. Niby nowoczesna architektura nie pasjonuje nas aż tak bardzo, ale to miejsce po prostu trzeba zobaczyć. Budynek wygląda jak jeden wielki plaster miodu! W środku jest jeszcze ciekawiej. Wewnątrz trafiamy akurat na próbę jakiegoś chóru odbywającą się na korytarzu. Dziewczyny tak śpiewają, że aż ciarki przechodzą! Co chwila jednak powtarzają zwrotkę, widocznie zespół nie jest zadowolony z efektu.

Harpa to jedno wielkie centrum kulturalno- społeczne otwarte całkiem niedawno, bo w 2011 roku. W moje imieniny przypadające 4 maja :) Gdy opuszczamy Harpę zachodzimy jeszcze do kilku sklepów z pamiątkami i ubraniami. Marzy mi się tradycyjny sweter z wełny islandzkich owiec – lopapeysa, ale te, które przymierzam na szybko w centrum miasta zupełnie mi nie odpowiadają. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie były zrobione na drutach lub nie jest to czysta wełna. A kosztują krocie! Kilkanaście tysięcy koron (ponad 500 zł) za coś takiego?! Z żalem rezygnuję. Wychodzi na to, że kolejny raz muszę obejść się smakiem.

Tradycyjnie już na lotnisko w Keflaviku musimy pędzić. Pod terminalem tankujemy paliwo, sprzątamy auto i pędem podjeżdżamy pod zwroty wypożyczalni Budget. Mamy jakieś 1,5 godz. do odlotu. Tradycyjnie też trafiamy na zwrotach na Polaków. Procedury oddania auta przebiegają standardowo bardzo sprawnie i już po chwili siedzimy w busiku, którym zostajemy podrzuceni do terminala odlotów.

Lopapeysa – do trzech razy sztuka!

Kolejka do nadania bagażu jest spora, ale nie jesteśmy na szczęście na końcu. Okazuje się, że udało mi się idealnie zapakować bagaże – bez problemu mieścimy się w limitach! Walizka pojechała, drugi bagaż podręczny również, więc teraz mamy jeszcze chwilę na powłóczenie się po terminalu. Wymieniamy pozostałe korony w banku i już mamy się kierować w stronę bramki, gdy zauważam w sklepie z pamiątkami ciemnoszarą lopapeysę! Przyczepiona jest do niej zawieszka informująca, że zrobiona została ręcznie na drutach z czystej islandzkiej wełny. Jest nawet podpis osoby, która podobno wydziergała ten sweterek. Trudno doczytać odręczne pismo, ale wygląda to na “Joergsson” lub “Joergssen”.

Na pewno brzmi to bardziej wiarygodnie niż robota w Chinach, ale czy to nie jakiś przekręt? Pozostaje mi wierzyć na pisane słowo. Przymierzam szybko dwa sweterki – ciemnoszary i biały. I nie mogę się zdecydować, który chcę! Mąż również waha się między nimi więc wyskakuję z przebieralni i zaskoczoną pracownicę sklepu proszę o poradę. Zdecydowanie woli mnie w wersji szarej, więc z nią podążam do kasy. Sweterek ten tutaj kosztuje 18 900 koron, czyli… Nie, tym razem nawet nie chcę tego przeliczać. Dużo taniej islandzkie swetry można zakupić w punktach Czerwonego Krzyża, ale jakoś tak zupełnie nie wiem czemu uparłam się, że pierwszy sweterek będzie nowy. Następnym razem jednak poszperam i wśród używanych rzeczy – biała (u najlepiej rozpinana) lopapeysa też mi się nadal marzy!

Czy sweterek gryzie? Tylko odrobinę, ale i tak jest dużo lepiej niż się spodziewałam. Rzeczywiście nie nasiąka łatwo wodą i jest tak cudownie ciepły, że chętnie zakładam go gdy tylko zrobi mi się chłodniej. No i co najważniejsze – przyda się na kolejny islandzki wyjazd, który to już planujemy na luty 2019 roku :)


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli zostaniesz tu ze mną i pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

  1. Jako atrakcja została zaliczona, ale szału nie ma. Na każdej stacji benzynowej w Polsce są o wiele lepsze

  2. Bylem, spróbowałem i nie polecam tej “atrakcji”. Smakuje gorzej od tego z Ikea.

  3. Bez rewelacji, nie umywa się do hot doga z np. Circle K w Polsce…

  4. Jeśli chodzi o hot dogi to ja to tu zostawie

    1. Jarek Sekuła twórcy tego… hmmm… dzieła… finezji i polotu odmówić nie można ;)

  5. Byłam, jadłam, smakowało

Skomentuj