Islandia: Niespodziewane spotkanie z lisem polarnym!

I oto nadszedł ostatni dzień naszej kolejnej islandzkiej przygody. Zaczął się od niespodzianki! Gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam jakiegoś zwierza buszującego w wysokiej trawie. Początkowo myślałam, że to kot, ale jednak to nie było to. Po chwili doznałam olśnienia – przecież to lis polarny! O zobaczeniu pieśca nawet nie marzyłam, bo byłam przekonana, że nie jest to takie łatwe. A tu proszę. Wystarczyło wstać z łóżka i spojrzeć przez okno!

Dzień 10, 29.06.2018, część 1/2

Nasze pierwsze – i jak na razie jedyne – spotkanie ze zwanym także pieścem lisem polarnym trwa raptem kilka minut. Ale i tak w ogóle się czegoś takiego nie spodziewałam. Obudziliśmy się w idealnym momencie! Lis polarny to największy naturalny drapieżnik Islandii.

Polujący piesiec

Lis jest w typowo letniej szacie – cały ciemnobrązowy, tylko miodowe oczy mu co chwila błyskają. Pośród zielonej trawy i żółtych jaskrów nie za bardzo udaje mu się zakamuflować. Czai się w zaroślach, a dookoła niego spanikowane ptaki próbują chronić swoje gniazda. Na nic się to jednak nie zdaje, bo lisek co chwila coś pożera. Coś… pisklęta… To jego ulubiony element diety. W pewnym momencie zauważa mnie chyba i zastyga nieruchomo spoglądając prosto w okno. Słabe warunki oświetleniowe o wczesnej porze i brak statywu sprawiają, że ruchliwy zwierzak trudny jest do złapania w kadrze, ale jednak coś tam udaje mi się uchwycić.

Po kilku minutach znika. Na nas też już pora. Spakowani żegnamy się z właścicielami, którzy właśnie spacerują sobie po domu bez jakiegokolwiek skrępowania w szlafrokach. Podoba mi się ten luz. Czemu wspominam o tych szlafrokach? Ponoć zdarza się, że Islandczycy mieszkający w centrum Reykjaviku wychodzą czasem na zakupy w piżamie. Czy to prawda? Nie wiem. Ale nawet jeśli, to czemu nie mieliby tak robić? Czy rzeczywiście każdy od rana do wieczora musi wyglądać jak milion dolarów nawet kosztem niewygody? Mi samej zdarzają się dni, kiedy najchętniej nie ściągałabym piżamy :)

Bru a Hvita

Dojeżdżamy do długiego na 106 metrów mostu nad rzeką Hvita (z islandzkiego białą rzeką) – Bru a Hvita. Przeprawa  ta oficjalnie otwarta została w listopadzie 1928 roku. Most jest dość wąski (jak to później doczytuję szerokość wynosi 3 m) – obawiamy się początkowo, czy na pewno zmieścimy się tu z naszą Dacią Duster, pokonujemy go jednak bez problemu. Bru a Hvita w 2002 roku został nagrodzony jako najbardziej niesamowity projekt myśli technicznej trzydziestej dekady zeszłego stulecia. Nagroda przyznana została przez Islandzkie Stowarzyszenie Inżynierów.

Przejeżdżając przez kolejny, tym razem wyłożony deskami mostek, kierujemy się do wodospadu Glanni.

Wodospad Glanni

Na miejscu natykamy się na kilka samochodów, ale w okolicy nie widać żywego ducha. Do wodospadu czeka nas kilkuminutowy spacer pośród islandzkich brzóz omszonych oraz malin. Podejrzewam, że mogą to być moroszki, ale niestety botanikiem nie jestem więc to tylko moje podejrzenia. Oznaczenie kierunku do kaskady może nieco pozostawiać do życzenia, ale i tak zaraz trafiamy na punkt widokowy. Wysoki na 15 metrów wodospad składający się jakby z trzech poziomów robi wrażenie! I na dodatek możemy podziwiać go w samotności.

Tuż nad wodą powstał taras widokowy ogrodzony barierkami – jakiekolwiek ogrodzenia atrakcji rzadko się na wyspie pojawiają, ale tutaj to już raczej konieczność. Z tego co udało mi się wyczytać, stoimy właśnie nad najgłębszym miejscem rzeki.

Gdy wracamy spod Glanni, do wodospadu kierują się kolejni turyści.

Krater Grabrok

Kilka kilometrów dalej trafiamy do chronionego od 1962 roku obszaru Grabrokargigar. Przeważają tu mchy – standardowo jak w każdym innym miejscu na Islandii zabrania się ich ruszania. Podobnie jak nie powinno się zabierać kamieni. Ale to nie flora jest tu celem wycieczek, a malowniczy krater Grabrok. Obowiązkowo należy poruszać się wyznaczonymi szlakami, wejście na górę starego wulkanu ułatwia drewniana kładka i schody, na szczycie zaś wydeptana ścieżka. Po drewnianych schodkach wspinamy się na Stora Grabrok (czyli Duży Grabrok). Jak tu dookoła pięknie! Panorama jest niesamowita. Tuż obok krateru, na którym stoimy, wyróżnia się Litla Grabrok (Mały Grabrok) i Grabrokarfell. Niestety jest tu już nieco bardziej tłoczno, więc po obejściu szczytu wulkanu dookoła, wracamy do samochodu. Na parkingu zatrzymują się kolejne i kolejne samochody, pojawiają się też i autobusy turystyczne. Pora się zbierać.

Kolejny cel? Thingvellir! Zanim tam jednak dotrzemy czeka nas pewna atrakcja, o której do tej pory ani razu nie słyszałam.

Krosslaug

Musimy się na chwilę zatrzymać – chcę coś wyciągnąć z bagażnika. Idealnym miejsce do krótkiego postoju jest jakaś zatoczka parkingowa. Coś tu jest? Hmmm… tak! Ale co? Przechodzimy przez ogrodzenie i idziemy pośród drzew. Znów brzozy – tych jest na Islandii zatrzęsienie. Krosslaug… Kross-laug… laug to gorące źródło! Czyżby jakieś nieznane mi bajorko? Tak! Większe źródełko właśnie opuścili poprzedni kąpiący się tutaj, ale niestety i tak się spóźniliśmy. Gdyby nie to grzebanie w bagażniku… Ktoś inny właśnie szykuje się do wskoczenia do wody. Po lewej stronie ścieżki są jeszcze mniejsze źródełka, te jednak swoją płytkością i ilością glonów nie za bardzo nas zachęcają. Miejsce wpisane na listę do odwiedzenia następnym razem jak tylko będziemy w tych okolicach!

Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz przez chmury przebija słońce, za chwilę coś kropi. Raz wieje, po chwili jest cisza. Do tego dochodzi jeszcze mgła. Właśnie jazda w tych zamglonych warunkach jest najbardziej nużąca, a my po 9 dniach niedosypiania jesteśmy nieco wykończeni. Mimo że wciąż jest względnie wcześnie, musimy uciąć sobie drzemkę… Wykorzystujemy jakąś zatoczkę przy szutrowej drodze, którą właśnie się poruszamy. Półgodzinna przerwa regeneruje jak nie wiem! Z nowymi siłami docieramy do Thingvellir.

Thingvellir

Jesteśmy tu już po raz kolejny, jak zwykle w drodze na lotnisko. To będzie już chyba nasza tradycja. Chociaż tym razem wreszcie udaje się nam zobaczyć wszystko, co chcieliśmy! No może prawie wszystko…

Almannagja

Spacer po Thingvellir planujemy zacząć znów od kanionu Almannagja i spadającego w nim wodospadu Oxararfoss. Parkujemy na zatłoczonym parkingu najbliżej tej atrakcji i udajemy się do parkomatu. Za postój na głównych parkingach oznaczonych P1, P2 itd. płaci się 600 koron za cały dzień. To jakieś 20 zł. Gdy chcemy uiścić należność okazuje się, że parkometr niestety nie działa. Cóż… trudno. Musimy przeparkować, kara za parkowanie bez biletu nie uśmiecha się nam za bardzo. Całkiem niedaleko jest na szczęście bezpłatny parking, jeszcze są wolne miejsca. Do wodospadu docieramy po kilku minutach. Poprowadzona tu kładka wielu osobom nie wystarcza. Co chwila ktoś włazi na kamienie pod kaskadą. Tylko patrzeć, jak ktoś wyląduje w wodzie. W marcu zeszłego roku było tu pusto, teraz trudno przedrzeć się przez tłum. Jakimś cudem jednak udaje mi się uwiecznić prowadzącą tu ścieżkę bez ludzi.

Wchodzimy na położony na górze punkt widokowy – tu zaglądamy po raz pierwszy. Kanion oraz cała okolica z góry prezentują się naprawdę malowniczo!

Silfra

Po chwili wracamy do auta i przejeżdżamy w okolice Silfry międzykontynentalnej szczeliny, w której można odpłatnie (z przewodnikiem) popływać.  Na nurkowanie niestety nas nie stać (poza tym i tak nie umiemy pływać, a to wymóg), ale przyjrzenie się śmiałkom zanurzającym się w lodowatej wodzie nic nie kosztuje. Żebym miała kalosze, to może udałoby się zejść na któryś z niższych stopni i wsadzić pod wodę na statywie aparat podwodny. Jestem strasznie ciekawa, czy rzeczywiście woda tutaj jest tak przejrzysta, jak się o tym mówi. Plan? Następnym razem biorę gumowce!

Decydujemy się jeszcze chwilę pospacerować. Na ścieżce jednak trzeba uważać pod nogi, bo… pełna jest gęsich odchodów. Gęsi – podobnie jak i innych gatunków ptaków – jest tu naprawdę sporo. Ale tylko gęsi tak bardzo brudzą. W pewnym momencie podchodzę za blisko ptasiej rodziny z młodymi, co kończy się osyczaniem mnie z krzaków. Poza tym spacer uprzykrzają wszechobecne muchy ładujące się do oczu, nosa, uszu. Są tak natrętne, że mam ochotę wrócić do samochodu po kapelusz z dołączoną do niego moskitierą. Widać ewidentnie, że wszystkim przeszkadzają uporczywe owady. A tyle się naczytałam, że to w okolicach jeziora Myvatn muchy są najbardziej natrętne. Jak widać nie zawsze – tam nie natrafiliśmy prawie na żadne owady, tu jednak naprawdę irytują.

Thingvallakirkja i Thingvallabaer

Zachodzimy jeszcze do datowanego na 1859 rok drewnianego kościółka Thingvallakirkja. Wcześniej w miejscu tym stała świątynia konsekrowana w XI w. W środku Thingvallakirkja zobaczyć można kilka dzwonów z wcześniejszych kościołów, malowany ołtarz z 1834 roku oraz drewnianą ambonę powstałą w XVII w.

Tuż obok stoi kilka budynków Thingvallabaer zbudowanych w 1930 roku na 1000 rocznicę zebrania się pierwszego na świecie parlamentu Althing. Obecnie mieści się tu biuro strażnika Thingvellir oraz ponoć letni dom premiera Islandii. Właśnie chyba coś się tu dzieje – dostęp do Thingvallabaer jest odgrodzony, stoją tam jakieś limuzyny i panowie wyglądający na ochroniarzy. Jest też dziennikarka i kamera. Może właśnie odbywa się tu jakieś rządowe spotkanie? Tego jednak nie udaje się nam dowiedzieć.

Peningagja

Kilka kroków od kościoła jest też druga głęboka szczelina z krystaliczną wodą, Peningagja. Ludzie wrzucają tu z mostu monety, które później ciekawie odbijają refleksy światła. Z miejscem tym związany jest przesąd – jeśli tylko jesteś w stanie śledzić swoją spadającą monetę aż do jej spoczynku na dnie, spełni się Twoje życzenie. Jednak jako że nie jesteśmy za wrzucaniem monet do jakichkolwiek zbiorników, nie dane jest nam przekonać się, czy rzeczywiście można liczyć na takie szczęście.

Pora kierować się na Reykjavik. Zanim jednak trafimy po raz kolejny do centrum, za cel obieramy sobie obrzeża miasta i póki co mniej znaną atrakcję tych okolic – Raudholar.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Komentarze do: “Islandia: Niespodziewane spotkanie z lisem polarnym!”

  1. Piękne obrazy. Zawsze kiedy mam zamiar polecieć na Islandię,lecę w inne miejsce :) a piesiec wyszedł super. Pozdrawiam.

  2. Nam też udało się spotkać lisa i to podczas naszej pierwszej islandzkiej przygody! A jeżeli chodzi o panującą modę w Reykjaviku, pogłoski są prawdziwe Babeczka w kolejce w banku w piżamie i klapeczkach nie robi na nikim wrażenia xd Pozdrawiamy!

Skomentuj