Islandia: Klausturkaffi, czyli gdzie dobrze zjeść na wschodzie

Kuchnia Islandii kojarzyła mi się nieskomplikowanie – trudne warunki życia przecież muszą przekładać się i na kulinarne zwyczaje ludzi. Czy miałam rację? Częściowo. Na Islandii przez wieki, w trakcie których wyspę często nawiedzał głód, mało się marnowało. Dania były proste, wykorzystywały wszystko, co się dało. Traktowane teraz jako ciekawostka baranie głowy czy chociażby słynny hakarl (sfermentowany rekin), to nic innego jak pozostałości tych czasów.  Obecnie dania dostępne w wielu restauracjach mogą zaskoczyć wyszukaną formą, jeśli jednak szukasz tradycyjncyh, domowych smaków, to miejsce powinno Cię zainteresować – zajrzyj do Klausturkaffi!

Dzień 5, 24.06.2018, część 2/2

Klausturkaffi mieści się w budynku, w którym przez wiele lat mieszkał Gunnar Gunnarsson – islandzki prawie-noblista. Czemu prawie? Gunnar nominowany do Literackiej Nagrody Nobla był czterokrotnie: w 1918, 1921, 1922 i 1955 roku. Właśnie w 1955 był najbliższy otrzymania Nobla, jednak mimo wszystko nie miało to miejsca. Gunnar Gunnarsson uznawany jest za twórcę pierwszego islandzkiego kryminału pod tytułem Czarne klify. Jednak sławę dała mu inna powieść: zekranizowana Guest the One-Eyed.

Islandzka kuchnia – bufet w Klausturkaffi

Już obawiam się, że się spóźniliśmy, ale nie! Wciąż serwują tu lunch. Przypadkiem wpadamy jednak najpierw do tutejszego muzeum – domu zamieszkiwanego przez wspomnianego wyżej Gunnara Gunnarssona. No tak. Nie do końca oznaczono wejście – przy drzwiach do muzeum wywieszone jest… menu. Dziewczyna na recepcji jednak zaraz nas przekierowuje na parter. Co mnie zaskakuje – pozwala nam przejść przez budynek bez biletów.

W restauracji przebywa kilka osób, ale bez problemu znajdujemy wolne miejsce. Siadamy do stolika i wertujemy menu, jednak wiemy, że nic z niego nie zamówimy – przyjechaliśmy tylko i wyłącznie dla tutejszego bufetu. Ślinka cieknie przez te zapachy. Potrawka z jagnięciny, potrawka z renifera, dorsz zapiekany pod warzywami, pesto z rdestu, który zebrany został na okolicznych łąkach, dżem z arcydzięgla z dodatkami – tutejsza specjalność. Arcydzięgla rośnie na wyspie tyle, że mieszkańcy rzeczywiście nie mają problemu z jego dostępnością. Wydaje mi się, że u nas ta roślina podlega ochronie.

bufet w Klausturkaffi

Na początek zabieramy się za kremowe zupy – jedna z arcydzięgla, druga z dzikich islandzkich grzybów. Lerkisveppasúpa, Lerkisveppir… mam! Wychodzi na to, że chodzi o maślaki, najprawdopodobniej dokładnie ujmując: maślaki żółte. Przez chwilę zastanawiam się, czy zbieranie grzybów jest tutaj tak samo jak i u nas popularną rozrywką, ale moje myśli szybko wracają do talerza. Obie są delikatne, ale bardzo smaczne. Idealna przystawka przed resztą smakołyków.

Żeby spróbować wszystkich tych różności, nakładamy po odrobinie każdego dania. Mimo że bierzemy niewiele, i tak zbiera się tego cały talerz – głodni stąd na pewno nie wyjdziemy. Potrawki są doskonałe ale tym, co bije wszystko na głowę jest… chleb. Ponoć robiony przez gospodynię. Na każdym stoliku stoi nielimitowana i bezpłatna woda. Kranówka. Ale pamiętać należy o tym, że islandzka woda z kranu jak najbardziej nadaje się do picia.

Z pełnymi żołądkami płacimy za cały obiad 3490 za osobę (ok. 120 zł/os.), co jak na Islandię nie jest dużym wydatkiem. Kupujemy też od razu niewielki słoiczek dżemu z arcydzięgla za 690 koron (ok. 25 zł). W ofercie są jeszcze dżemy porzeczkowe, z maliny moroszki, miód z mniszka lekarskiego popularnie (i błędnie) zwanego u nas mleczem. Niestety zauważam, że w składzie tych słodkości często pojawia się benzoesan sodu…

Akurat gdy płacimy ze stołu sprzątany jest bufet obiadowy, a na jego miejsce wjeżdżają… rozmaite ciasta. No tak, przyszła pora na słodki bufet. Jako że jestem łasuchem, ślinka mi cieknie na widok każdego kolejnego ciasta, ale żołądek i rozsądek krzyczą: nie! Już dość. Ale jakby tak spróbować tylko ociupinkę… Nie. Zdecydowanie trzeba stąd jak najszybciej wyjść. To już byłoby czyste, niepohamowane łakomstwo.

bufet w Klausturkaffi

Muzeum odpuszczamy – jakoś nie za bardzo nas zainteresowało trakcie przejścia do restauracji, poza tym czy chcemy płacić 1000 koron za możliwość obejrzenia łóżka, szafy czy biurka islandzkiego autora? W sumie to chyba nie. Dobrze nam robi krótki spacer na świeżym powietrzu. Przy okazji zauważam, że dom porośnięty jest trawą. Jak ja lubię takie klimaty… Już będąc w Norwegii zwracałam uwagę na każdy trawiasty budynek, tu jednak mam tych widoków więcej. Jak przyjemnie jest patrzeć na dom z zielonym dachem… Marzyło mi się kiedyś przenocować w takim miejscu i marzenie spełniło się właśnie na Islandii, kilka miesięcy wcześniej. Co prawda nie był to tradycyjny dom, a szeregowiec przeznaczony dla turystów, ale tak czy siak liczy się.

Przychodzi mi do głowy pewien plan. A jakby tak jeszcze raz zaszaleć i spędzić dzisiejszą noc pod dachem? Ciepły pokój, wygodne łóżko i przede wszystkim gorący prysznic… Oj tak. Zdecydowanie jest to doskonały pomysł. Tylko czy znajdziemy jakiś nocleg w dobrej cenie tak z godziny na godzinę? Na Islandii lepiej mieć rezerwacje porobione z dużym wyprzedzeniem, bo najtańsze obiekty rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Na szczęście jednak nie dotyczy to aż w tak dużym stopniu wschodu i północy. Znajduję na Booking.com dwa położone nie tak daleko obiekty, w których pokój dwuosobowy z parkingiem, internetem i wspólną łazienką będzie kosztował około 200 zł. Jak na Islandię to okazja. Bierzemy! Tylko który?

Entliczek, pentliczek… Pada na Vallnaholt Apartments and Rooms.  Zanim jednak tam dojedziemy, zatrzymujemy się na parkingu przy drodze prowadzącej do jakiejś atrakcji. Hmm, co tu miało być? Aaa już wiem. Dwa ponoć urokliwe wodospady. Pierwszego nie widać, drugi wydaje się być całkiem niedaleko. Wciąż ociężali po tak sytym obiedzie ruszamy pod górę. Z każdym kolejnym wzniesieniem liczę, że to już koniec. Nie zabraliśmy ze sobą wody, a zrobiło się jak na złość gorąco. Słońce praży, marzę o krótkich spodenkach i sandałach. Kto by pomyślał?!

Wodospady Litlanesfoss & Hengifoss

Uruchamiam Maps.ME. No tak… od parkingu do ostatniego wodospadu dróżka prowadzi przez jakies 2 km prawie non stop pod górę. Zawrócić? Szkoda. Idziemy więc przed siebie przeklinając w duchu ten pomysł. Na początek naszym oczom ukazuje się Littlanesfoss. Bazaltowe kolumny sterczące pionowo ku górze tuż obok kaskady robią niesamowite wrażenie.

Pod koniec trasy trafiamy na niewielkie wodospady, z których łapczywie pijemy wodę. Jest doskonała! Lodowata, idealna do odświeżenia się i obmycia spoconych twarzy. Po chwili docieramy pod Hengifoss. Jedno wielkie wow. Niby wodospad jak wodospad – dużo jest różnych kaskad na tej wyspie, ale mało która spływa z klifu poprzeplatanego czerwonymi pręgami. Skąd te kolory? To ślady dawnych erupcji. To, co jest czerwone, dłuższy czas było na powierzchni, aż znów przykryła to lawa z nowych wybuchów. Doliczam się co najmniej 6 takich warstw. Przysiadamy na kamieniach i kontemplujemy widok. Bezpośrednie podejście do wodospadu jest zabronione poprzez ustawione tu tabliczki, ale z tych kamieni, które właśnie okupujemy, widoki są wystarczające. Nie mamy potrzeby iść dalej.

Droga z powotem do auta wbrew pozorom wcale łatwa nie jest. Znów zaliczamy wodospady z przepyszną wodą i człapiemy w stronę parkingu. Jest koło 17:00 – jak na nas zakończone o tej porze zwiedzanie to wyjątkowa sytuacja. Możemy jechać do hotelu. Akurat pogoda zaczyna się psuć – czyli wracamy do tego, co było przez ostatnie dni… Gdy zajeżdżamy na parking pod naszym obiektem, zrywa się silny wiatr. Ech…

Mile wita nas właściciel. Po dopełnieniu formalności dostajemy nasz kluczyk wyposażony w breloczek z roga renifera i zostajemy pokrótce oprowadzeni po tym miejscu. Ogromna kuchnia, wspóln łazienki, salon, w którym kilku mężczyzn właśnie ogląda mecz. Akurat dzisiaj grać będzie polska reprezentacja. Spodziewając się jednak wyniku tego meczu po bardzo słabej inaguracji, odpuszczamy widowisko nie chcąc się denerwować. Gdy wychodzimy z pomieszczenia, na ekranie przewija się Lewandowski. A może jednak zostaniemy? Nieee…

Maskonury na Islandii

Mamy lepszy pomysł. Około 50 km stąd jest takie jedno miejsce, w którym podobno z bliska zobaczyć można maskonury. Jest wcześnie, czemu by się tam nie wybrać? Szutrową drogą pokonujemy malownicze zakręty na wysokościach. Piękne widoki, zieleń mieszająca się ze śniegiem… W końcu dojeżdżamy.

O maskonurach przeczytać możesz oddzielny fragment relacji tutaj: Maskonury na Islandii – gdzie i kiedy ich szukać?

Spędzamy w tym miejscu kilka dobrych godzin. Czuję się jak dziecko w sklepiej z zabawkami – z rozdziawioną buzią próbuję zachować na karcie pamięci kolejne i kolejne ptaki. Moje kolejne marzenie właśnie się spełnia. W odległości kilku metrów od obiektywu paraduje maskonur z dziobem wypchanym rybami. Nieśmiało zbliża się do kępy traw, która kryje wejście do jego norki. Zaraz wygląda z niej ciekawie wciąż trzymając ryby w dziobie. Po chwili jednak wraca do swojego domu nakarmić pisklę.

Maskonury na Islandii

Za chwilę kolejny ptak ląduje nieopodal. Następny startuje. Przy okazji obserwować możemy, jak mewy trójpalczaste próbują maskonurom ukraść ich łup. Zaraz na morzu wypatruję kilkanaście ptaków. Jeden z nich akurat nurkuje. Maskonury mogą ponoć zanurkować na głębokość 60 m! Tuż obok jest domek, z którego można obserwować te ptaki. Powinno się uiścić opłatę, ale zanim wrzucę korony do skrzynki chcę się przekonać, czy w ogóle warto. W środku jest ławka, przez okna można obserwować ptaki będąc niezauważonym. Jednak wychodzę z założenia, że nie warto tu siedzieć – lepsze widoki są z ogólnie dostępnych schodków.

Jestem zachwycona! Robi się jednak późno, zostajemy tu sami. Czas się w końcu zbierać, bo mamy jeszcze 50 km do pokonania z powrotem. I przydałoby się wyspać! Szczególnie w sytuacji, gdy mamy komfortowe warunki.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Komentarze do: “Islandia: Klausturkaffi, czyli gdzie dobrze zjeść na wschodzie”

  1. …a ja hakarla w Bjarnarhofn. Zapach, smak i łzy w oczach podczas przegryzania Nawet mój syn dał radę

    1. Hakarla nie da się wymazać z pamięci, nawet jeśli tylko raz się go zakosztuje!

  2. ja zapamiętam na zawsze smak ryb – nieziemski …….. nasz syn dzięki Islandii zaczął je jeść ( bo wczesniej był bleeeee)

    1. Mi w pamięci utkwiła najbardziej tamtejsza baranina. Marynowana w sosie lukrecjowym… Smak ryb z kolei pamiętam z Norwegii. Tam mogłabym je chyba na okrągło jeść :)

Skomentuj