Islandia: Dzień na Fiordach Zachodnich

Na Fiordy Zachodnie zbyt wiele czasu nie mieliśmy, ale każda minuta tam spędzona warta była fatygi! To wciąż najbardziej dziki fragment Islandii. Można tam doświadczyć bajecznych widoków i niesamowitej ciszy. W związku ze specyfiką ukształtowania terenu, odległości i miejsca godne uwagi, warto zaplanować na fiordy przynajmniej 3 dni – to absolutne minimum. My mieliśmy tylko jeden, ale i tak wycisnęliśmy z niego co się dało. Niestety… zbyt wielu zdjęć stamtąd nie przywiozłam. Zachwycona widokami momentami zupełnie zapominałam o lustrzance!

Dzień 8, 27.06.2018

O mały włos byśmy tutaj nie przyjechali. Gdyby nie to, że udało się nam zmienić auto po zderzeniu z kamieniem, odpuścilibyśmy sobie tym razem Fiordy Zachodnie całkowicie. Czy żałowałabym? Oczywiście. Jednak wjeżdżając tu nie do końca sprawnym samochodem, żałowałabym jeszcze bardziej – zamiast skupiać się na tym, co widzę dookoła, tylko non stop przejmowałabym się, czy nie utkniemy gdzieś bez przedniej szyby. A tutaj byłoby to bardzo możliwe. Wyjazd zbliża się ku końcowi, nie możemy więc pozwolić sobie na żadną obsuwę.

Tak naprawdę po pobudce w naszym zacisznym miejscu nie wiem, gdzie najpierw się kierować. Chciałabym zobaczyć wszystko, ale przy tak bardzo ograniczonym czasie to niemożliwe. W końcu po uprzątnięciu obozowiska kierujemy się w stronę gorącego źródełka Hellulaug leżącego tuż przy plaży. Poranna kąpiel z widokiem na ocean to byłoby to! Jednak na miejscu nie możemy liczyć na kameralną atmosferę – na niewielkim parkingu stoi kilka samochodów, a w wodzie siedzi grupka osób. W tej sytuacji rezygnujemy z wygrzewania się i kierujemy się w stronę Raudisandur. Plaży o czerwonym piasku.

Raudasandur (Raudisandur)

Dojazd łatwy nie jest. Najpierw w chmurze wjeżdżamy szutrem coraz wyżej i wyżej, by później zjeżdżać ze szczytu drogą poprowadzoną tuż przy krawędzi przepaści. Chmura zasłania wszystko, dlatego też początkowo nawet nie zdajemy sobie sprawy, z jakiej wysokości mógłby spaść samochód jeśli coś poszłoby nie tak. Gdy jednak zjeżdżamy poniżej poziomu obłoków okazuje się, że po spadnięciu w taką przepaść raczej szans byśmy nie mieli. Ustawione tu co chwila ograniczenia prędkości – np. do 20 km/godz. – nie są przesadą. Lepiej tutaj nie szarżować.

Na szczęście powoli, ale wreszcie docieramy na dół, parkujemy auto pod niewielkim kościółkiem (rzut kamieniem stąd jest maleńka miejscowość zwana tak jak miasto, w którym znajduje się międzynarodowe lotnisko Islandii – Keflavik) i opędzając się od natrętnych much (ogromne ich zainteresowanie budzą białe samochody, które bardzo chętnie obsiadają), udajemy się na spacer pośród łąk w stronę morza. Plaża jest imponująca. Ciągnie się prawie po horyzont! Tak ogromnej chyba jeszcze nigdy nie widziałam. Ponoć można spotkać tutaj foki, ale poza kilkoma osobami i ptakami nie widać innych stworzeń.

Tak naprawdę kolor plaży Raudisandur zależy od pory dnia, a dokładniej ujmując kąta padania promieni słonecznych. Teraz wydaje się być pomarańczowa, ale jak zbliżamy się do piasku widzimy, że jej barwa bardziej wpada w brąz. Duże fragmenty plaży są pozalewane, próbując przejść w stronę oceanu zapadam się czasem w mokry piasek. Żebym miała wyższe buty, pewnie dałabym radę, ale tak – nie za bardzo mam szanse zbliżyć się do wody. Odpuszczam więc, ale dłuższą chwilę spędzamy tu w ciszy kontemplując widoki. Jak tu musi być pięknie, gdy jest sucho i słonecznie! Tym razem jednak nie narzekamy na aurę – nie pada, nie wieje więc jest dobrze. I cicho. Jedynie w drodze powrotnej kilka rybitw postanawia wszcząć alarm na nasz widok. Nie  atakują nas jednak jakoś zawzięcie, chyba szybko orientują się, że nie stanowimy zagrożenia.

Mamy stąd niedaleko do klifów Latrabjarg, na których to gniazduje ogromna kolonia maskonurów, ale tym razem tam nie podjeżdżamy. Mnóstwo maskonurów widzieliśmy w Borgarfjardarhofn na wschodzie Islandii, więc ruszamy dalej. Szkoda wielka, ale patrząc na tempo poruszania się po drogach fiordów i miejsca, które jeszcze chcielibyśmy zobaczyć, innej decyzji nie możemy podjąć. Latrabjarg zostawimy sobie na kolejny raz.

Gardar BA 64

Jadąc na czerwoną plażę nie zatrzymywaliśmy się w tymi miejscu, ale wracając z niej robimy postój. Pozostawionego tu statku nie da się przegapić. Wrak najstarszego stalowego statku Islandii stoi dumnie na brzegu wzbudzając zainteresowanie wszystkich przejeżdżających tędy osób. Można go obejść dookoła lub przez dziury zajrzeć od środka, ale ze względów bezpieczeństwa zabronione jest wchodzenie do wnętrza. Rzeczywiście skorodowane metale i gnijące drewno nie za bardzo zachęca do eksploracji, ale po śmieciach pozostawionych wewnątrz (zajrzałam przez liczne dziury, a jak!) wnioskuję, że ludzie nic sobie nie robią z zakazu.

Żal patrzeć, jak czas i człowiek nieubłaganie niszczą tę historyczną pamiątkę.

Gardar BA 64 – zwany początkowo Globe IV – ukończony został w roku katastrofy Titanica, czyli 1912 w Norwegii. Na owe czasy był najnowocześniejszym statkiem wielorybniczym jaki tylko mógł powstać. Był swego rodzaju hybrydą – potężny silnik parowy oraz tradycyjne żagle zupełnie się tu nie wykluczały. Wzmocniony kadłub miał ułatwiać przebijanie się statku przed lodowate morza północy.

W czasach swej świetności przechodził z rąk do rąk właścicieli w różnych krajach, by w końcu po II Wojnie Światowej trafić na Islandię. Rozszerzanie ograniczeń w polowaniach na wieloryby doprowadziło jednak szybko do tego, że przekwalifikowany został na kuter do połowu śledzi. Swą aktualną nazwę otrzymał w 1963 toku. Wiernie pracował aż do 1981 roku, kiedy to uznano, że jest już zbyt stary i niebezpieczny na dalszą służbę. Nie zatopiono go jednak ani nie pocięto – osiadł na mieliźnie w dolinie Skapadalur, w której to stoi po dziś dzień.

Czas ruszać dalej! Po dość długiej jeździe serpentynami szutrowych dróg docieramy do wielkiego gorącego basenu.

Reykjafjardarlaug

Mam ogromną ochotę się w nim wykąpać – moczenie się w ciepłej wodzie z takimi widokami dookoła to spełnienie marzeń! Ale niestety w wodzie pływa całe mnóstwo zielonych glonów, dzięki czemu ochota szybko i skutecznie mi przechodzi. Tuż obok znajduje się jeszcze jedno małe i dzikie gorące źródełko, ale jest bardzo płytkie – przy dzisiejszych temperaturach potrzebowałabym dużo samozaparcia żeby do niego wejść. Sprawdzam temperaturę wody – w basenie nie jest zbyt gorąca, ma może trzydzieści kilka stopni, w źródełku – byłaby idealna! Chyba woda ma tu temperaturę powyżej 40 stopni. Ale i tak tym razem nie odważamy się na kąpiel. Może kiedyś.

Kolejnymi serpentynami nad przepaściami docieramy do chyba najsłynniejszej atrakcji Fiordów Zachodnich – ogromnego wodospadu Dynjandi.

Dynjandi (Fjallfoss)

W drodze z parkingu na górę czeka nas kilka mniejszych kaskad: Haifoss, UdafossGongufossHundafoss i Baejarfoss niby rozmiarami nie imponują, ale połączenie wszystkich tych wodospadów jest niepowtarzalne! Nad mniejszymi wodospadzikami z daleka już widać górujący Dynjandi, największy wodospad Fiordów Zachodnich i ponoć czwarty pod względem wysokości wodospad całej Islandii. Miejsca na podium ustępuje tylko Glymurowi (198 m), Haifossowi (122 m) oraz Hengifossowi (118 m). Co chwila przystajemy, żeby napawać oczy widokiem spływającej wody i tego, co mamy za plecami. Im wyżej jesteśmy, tym większy zachwyt budzi widziany stąd doskonale fiord Arnarfjordur.

Docieramy w końcu na górę. Chyba znów zaczyna padać! A może jednak nie? Już z daleka leci na nas woda z wodospadu! Pod tym wysokim na 100 metrów i szerokim na 60 metrów wodospadem czuję się jak mała mrówka.  Potęga natury!

Na tym niestety czas kończyć naszą przygodę z Fiordami Zachodnimi. Jeden dzień pozwala nam jedynie “spróbować kawałek tego wielkiego tortu”. Niby dużo nie zobaczyliśmy, ale wiem jedno – musimy tu wrócić! I to jeszcze zanim Fiordy Zachodnie odkryją tłumy. Bo to zapewne tylko kwestia czasu. Fiordy Zachodnie potrafią skraść serce, jednak jeśli się zapuścisz w te rejony, wyjątkowo uważaj na drodze.

Słowo do kierowców

Gdy wracamy już z fiordów, natykamy się na leżący do góry kołami Suzuki Jimmny. Zwalniamy sprawdzając,  czy w środku nikogo nie ma, na szczęście jednak akcja ratownicza została już przeprowadzona – świadczy o tym chociażby taśma rozciągnięta pomiędzy kołami samochodu czy zdjęte tablice rejestracyjne. Nieuwaga, prędkość, wymuszenie kogoś innego? Nie wiem co było przyczyną, ale jednego jestem pewna – to rejon, w którym szczególnie trzeba uważać za kierownicą. Dla pasażerów tego samochodu wnioskując po jego uszkodzeniach przygoda z Islandią skończyła się bardzo nieprzyjemnie. Mam nadzieję, że mimo wszystko obyło się bez ofiar i wszyscy mogli wrócić do domu.

Jazda po Fiordach Zachodnich wymaga czasu, cierpliwości i jako takich umiejętności. Raz pod górę, raz w dół, często przy krawędzi wąskiej drogi zawieszonej nad sporą przepaścią. Drogi są szutrowe, co też nie ułatwia sprawy. Dlatego też mając jeden dzień nie myśl, że zobaczysz całość. Przejazdy pomiędzy poszczególnymi punktami zajmą Ci naprawdę sporo czasu. Ale czas ten wypełniony będzie mnóstwem niesamowitych krajobrazów. A jeśli tylko pogoda Ci dopisze – będziesz zachwycony.

Czas poszukać noclegu. Znów idzie nam to wyjątkowo opornie. W końcu zatrzymujemy się przy jakiejś dróżce w górach. Niczym nie jesteśmy osłonięci, ale trudno. Dalej nie dojedziemy, jesteśmy zbyt senni. Mamy niewielki placyk dookoła, rzekę i osłonięci jesteśmy od wiatru – pora spać! Nad ranem budzi nas jakieś szuranie o samochód. No nie! Zaraz jeszcze i w tym aucie szkodę będziemy mieć! Tylko co się dzieje?! Mąż zrywa się na równe nogi i po chwili zaczyna się śmiać. To jakaś owca! Zwierzak z braku laku (trudno tu o krzaki) postanowił podrapać się o pierwszy lepszy wystający na odpowiedniej wysokości element. Padło na nasz zderzak. Zorientowawszy się, co się dzieje, szybko wracamy w objęcia Morfeusza. Kilka godzin później czeka nas ponowna wizyta na Snaefellsnes!


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Komentarze do: “Islandia: Dzień na Fiordach Zachodnich”

  1. Protip na następny raz: zjeżdżając do Raudisandur można “przejść na sucho” do samego oceanu. Wystarczy skręcić na dole w lewo a nie w prawo (czyli nie w stronę kościoła), tam niedaleko campingu jest takie miejsce.
    Btw bardzo dobrze się czyta, ciekawe i obrazowe opisy. Pozdrawiam :))

    1. No tak… poszliśmy w prawo… W takim razie następnym razem za poradą idziemy w lewo – dzięki za informację i opinię! :D Również pozdrawiam i miłego dnia życzę!

Skomentuj