Islandia: Okolice jeziora Myvatn i przymusowa zmiana auta – o tym, jak straciliśmy 500 EUR…

Po tym, jak kamień w trakcie burzy piaskowej uszkodził nam dość poważnie przednią szybę, musieliśmy pominąć sporo atrakcji znajdujących się na północy Islandii. Byliśmy zbyt daleko “od cywilizacji”. Wielka szkoda, bo chociażby okolice jeziora Myvatn obfitują w mnóstwo ciekawych miejsc. Czy tak miały wyglądać i kolejne dni wyjazdu? Nie! Chcieliśmy przecież wykorzystać każdą chwilę na wyspie maksymalnie. Z uszkodzonym samochodem nie było to jednak możliwe. Zdecydowaliśmy się na zmianę auta. Czekał nas rajd do Akureyri.  

Dzień 6, 25.06.2018, część 2/2

Myvatn

Dojeżdżamy w końcu do jeziora Myvatn. Jeśli ma się ochotę, można wykąpać się tutaj w gorących źródłach przypominających słynną Blue Lagoon, ale będących jej tańszym odpowiednikiem.

Myvatn Naturebath otwarto latem 2004 roku. Zawierające mieszankę minerałów, krzemionek i geotermalnych mikroorganizmów wody pochodzące z głębokości 2500 metrów wspomagają ponoć skórę i samopoczucie. Nie zaleca się wchodzić do wody w biżuterii ze srebra lub miedzi, bo ze względu na zawarte w wodzie minerały może ona sczernieć. Woda ma temperaturę 36-41 stopni – idealnie! Akurat jak wchodzimy do budynku, jeden z pracowników informuje potencjalnego klienta że ze względu na dzisiejsze warunki (zimny, silny wiatr), temperatura wody jest niższa. Zastanawiamy się, czy tutaj nie zostać, ale po chwili odpuszczamy. Może następnym razem. Pamiętaj, że także tutaj – podobnie jak na innych publicznych kąpieliskach z infrastrukturą – przed kąpielą należy wziąć prysznic i porządnie wyszorować strategiczne miejsca.

Kąpielisko otwarte jest od  1 maja do 30 września od 9:00 do 24:00, od 1 października do 30 kwietnia od 12:00 do 22:00. Ile kosztują bilety wstępu? Wejście dla dorosłych w sezonie to 4700 koron (ok. 165 zł),  poza sezonem – 4200 koron (ok. 145 zł). Nastolatkowe (13-15 lat) płacą w sezonie 2000 koron (ok. 70 zł), po – 1600 koron (ok. 55 zł), studenci i seniorzy 3000 koron (ok. 105 zł). Dodatkowo można wypożyczyć ręcznik lub kostium kąpielowy za 700 koron (ok. 25 zł) oraz szlafrok za 1500 koron (ok. 50 zł).

A przy wejściu ujrzeć można rozczulającą tabliczkę z prośbą o pozostawienie kamieni na swoim miejscu. Należą one do elfów :)

Okolice jeziora Myvatn: Grjotagja

Zaglądamy jeszcze do leżącej na terenie prywatnym należącym do farmy w Vogar groty Grjotagja – znajdujące się tutaj gorące źródła Kvennagja oraz Karlagja były popularnym miejscem kąpielowym w latach 80tych, jednak w związku z aktywnością wulkaniczną Katli temperatura wody gwałtownie wzrosła do tego stopnia, że kąpiele przez dłuższy czas przestały być możliwe. 60 stopni Celsjusza to już trochę za dużo dla organizmu. Naturalne SPA utworzone na styku płyt wulkanicznych musiało zostać zamknięte.

Dzisiaj woda w Kvennagja znów ma przyjemniejsze 43-46 stopni, jednak w Karlagja wciąż jest zbyt gorąco. Mimo wszystko w obu źródłach kąpiele są zakazane, a do groty można wejść jedynie na własne ryzyko w celu zobaczenia i sfotografowania tego miejsca.

Informacja z lipca 2018: na początku miesiąca właściciel terenu podjął decyzję o zamknięciu wstępu do jaskini. Ludzie nie potrafili się zachować śmiecąc, zostawiając odchody, a nawet… nocując we wnętrzu niebezpiecznej groty czy myjąc się i robiąc pranie (włączając w to czyszczenie ubłoconych butów…) w tutejszej wodzie. W związku z tym w wejściu do jaskini pojawiły się kraty uniemożliwiające zbliżenie się do wody. Wychodzi na to, że byliśmy jednymi z ostatnich, którzy bez problemu zajrzeli do jaskini… Źródło tej przykrej (ale niestety jak najbardziej zrozumiałej) informacji: icelandmag.is.

Okolice jeziora Myvatn: Hofdi

Następny nasz postój jest przy Hofdi. Niestety nie pamiętam, co miało się tu znajdować, ale zagłębiamy się pośród liczne drzewa. Lasów na Islandii jest niewiele, więc taki zagajnik to miła odmiana i lokalna ciekawostka. Gdy wychodzimy na skraj, przypominam sobie, co tu miało się znajdować. Formacje lawowe. Wystające z wód jeziora Myvatn formacje powstałe z zastygniętej lawy przypominają mi nieco filary jakiegoś starego, zawalonego dawno mostu. Liście drzew szumią, śpiewają ptaki – jest cudownie… Mogłabym tu zostać dłużej.

Tak swoją drogą dziwię się, że nie ma tu zbyt wielu owadów. Czytałam, że nazwa Myvatn oznacza “jezioro much” i że stworzenia te bardzo uprzykrzają tu życie. Jednak jedynie przy Hofdi lata ich parę sztuk. A już byłam przygotowana, żeby wyciągać z bagażu moskitierę na głowę… Czyli jednak nie o każdej porze dnia i roku jest tu tak źle, jeśli chodzi o natręctwo małych wlatujących do ust, nosa i uszu muszek. A może to dzięki temu, że dookoła tak bardzo wieje wiatr?

Okolice jeziora Myvatn: Skutustadagigar

Przejeżdżamy obok Skutustadagigar – pseudo-kraterów. Nie zatrzymujemy się tu jednak, podziwiamy je jedynie przez okno samochodu. W dawnych czasach był tu podmokły teren, lawa płynąca po mokrej ziemi w trakcie jednej z erupcji uwięziła pod spodem duże ilości pary wodnej. Gdy ciśnienie stawało się zbyt duże, następował wybuch, czego skutkiem było właśnie powstawanie możliwych do zobaczenia w tym miejscu pseudo-kraterów. Wyglądają jak niewielkie stożki wulkaniczne, ale z nich lawa nie popłynie. Najlepiej przyjrzeć się Skutustadagigar z powietrza, posiadacze dronów powinni być tu zadowoleni z widoków.

Rzucam po raz kolejny okiem na naszą uszkodzoną szybę. Pęknięcie doszło ponad połowę jej wysokości. Coraz bardziej obawiamy się dalszej jazdy, trzymamy się w znacznej odległości od poprzedzających nas samochodów, a gdy jedzie coś z naprzeciwka, zwalniamy. Może przesadzamy, ale nigdy nie mieliśmy poważniej pękniętej szyby, nie wiemy ile jeszcze wytrzyma. Każdy kolejny kamień wystrzelony spod koła innego auta może rozbić ją w drobny mak… Nie, tak się dalej jechać nie da. Mamy przed sobą jeszcze kilka dni, chcieliśmy zajechać na Fiordy Zachodnie – musimy zmienić auto jak nic. Dzwonię raz jeszcze na infolinię wypożyczalni.

Rajd do Akureyri

Odbiera jakaś sympatyczna dziewczyna. Pokrótce tłumaczę jej o co chodzi. Ok, gdzie jesteśmy? Jakieś 70 km od Akureyri. Świetnie! W Akureyri mają bazę i biuro. Super! Do której czynne? I tu mamy problem. Avis/ Budget w Akureyri zamykają o 18:00. Jest mniej więcej 17:15. Dziewczyna na linii mówi, że będziemy mieć problem z dotarciem na miejsce o czasie, ale prosi, żebyśmy się postarali zrobić co możemy. Obiecuje jednak zadzwonić do wypożyczalni i poprosić kolegów o to, żeby na nas zaczekali. Czy jednak zaczekają? Na to gwarancji nie mamy.

O dziwo i bez łamania przepisów jazda idzie nam całkiem sprawnie. Ruch nie jest duży, gdy trafiamy na remont drogi… Właśnie kładą nowy asfalt akurat na naszym pasie i puszczają auta wahadłowo. No nie! Szybciej! Zbliżamy się coraz bardziej do miasta, ale czas szybko ucieka. Mieliśmy po drodze kilka miejsc do zobaczenia, ale w tej sytuacji musimy odpuścić.

Do Akureyri wjeżdżamy 17:56. Teraz trzeba znaleźć wypożyczalnię! Pracownica infolinii przeliterowała mi ulicę, ale na szczęście w nawigacji znajdujemy biuro po nazwie. Wpadamy na parking 18:01… Biegnę do budynku, a tam dwóch młodych chłopaków i… dwie klientki z Włoch zastanawiające się właśnie nad wynajmem auta. Czyli niby do 18:00, ale jednak da radę przeciągnąć. Gdy wpadam do środka młody Islandczyk uśmiecha się szeroko i wita mnie od razu stwierdzeniem: czyli jednak dotarliście. No pewnie! Każe mi złapać oddech, mają dla nas już nowe auto. Ufff… Szybko załatwiamy procedury, ale muszą ściągnąć z naszej karty kredytowej 500 EUR za uszkodzenie – szyba jest do wymiany. No tak, ten nieszczęsny wkład własny.

Ok, róbcie co chcecie. W końcu mamy ubezpieczenie wkładu własnego u pośrednika, potrzebujemy tylko paru dokumentów. Dopytuję jednak, czy w tej sytuacji szkoda nie może zostać policzona w ramach naszej wykupionej dodatkowo polisy od burz piaskowych i popiołu. Niestety miałam rację – ta polisa chroniłaby nas, gdyby wysokość szkody przekroczyła wartość wkładu własnego. Jako że wkład własny mamy bodajże na poziomie 1000 EUR, nie ma o czym gadać. Trudno. Formalności dopełni się po powrocie.

Mąż w międzyczasie spłaca część karty (jak to dobrze, że na Islandii panują te same zasady w sieciach telefonicznych co w Unii Europejskiej!), żeby dało się zmieścić w limicie, a ja uzupełniam dokumenty. Pracownik prosi, żebym schematycznie narysowała zdarzenie. Ale jak? Uderzenie kamieniem? W końcu bazgrzę schemat samochodu i lecący w jego stronę kamień. Trochę przypomina kartofla, ale Islandczykowi w momencie odbioru formularza wymyka się krótkie “wow”. Chyba nie spodziewał się takiego talentu ;)

Idziemy na parking. Pracownik wypożyczalni ogląda uszkodzenie, na resztę auta tylko rzuca okiem. Pyta, jak duży był kamień – no tak, mieliśmy sporego pecha. Podróż zaczęliśmy w granatowej Dacii Duster, a skończymy w śnieżynce. Szybko przepakowujemy samochody, żegnamy pierwszego Dusterka i ruszamy nieco z powrotem, żeby zobaczyć chociaż część pominiętych atrakcji.

Godafoss

I tak docieramy najpierw do Godafoss – wodospadu zwanego Wodospadem Bogów lub też Wodospadem Kapłanów. Wysoki na 12 metrów, szeroki na 20 – to jeden z najpiękniejszych i największych wodospadów Islandii. Skąd się wzięła jego nazwa?

Miejsce to związane jest z jednym z historycznych wydarzeń mających miejsce na Islandii w 1000 roku. “Głosicielem praw” (logsogumadurem) był wtedy naczelnik okręgu Ljosavatn Thorgeir Ljosvetningagogi Thorkelsson. Czasy nastąpiły takie, że spory między chrześcijanami a wyznawcami nordyckich bogów narastały, więc przyszedł czas na decyzję, co dalej. Thorgeir Ljosvetningagodi Thorkelsson – pogański kapłan – zdecydował, że odtąd cała Islandia ma stać się… krajem chrześcijańskim. Stare sagi mówią o tym, że po powrocie ze zgromadzenia Althingu wrzucił posiadane przez siebie posągi nordyckich bóstw do wodospadu w symbolicznym geście nawrócenia. Wodospadem tym był właśnie Godafoss.

Grenjadarstadur

Spod Godafoss ruszamy w stronę Grenjadarstadur – kolejnych domków torfowych. Historia tego gospodarstwa zaczyna się ponad tysiąc lat temu. Przez długi czas Grenjadarstadur był jedną z największych farm w okolicy stając się również miejscem, w którym zbudowane zostały kościół i poczta. Zajmujące powierzchnię około 775 m2 malownicze gospodarstwo datowane jest na XIX w., jednak jego najstarsza zachowana do dzisiaj część pochodzi z 1865 roku. Ludzie mieszkali tu aż do 1949 roku, a muzeum otwarte zostało w 1958 roku. Na miejscu obejrzeć można ponoć ponad 1000 przedmiotów! Niestety nie możemy zajrzeć do środka, bo jest już zbyt późno.

Warto zwrócić tu uwagę na styl budownictwa – budynki powstały głównie z łatwo dostępnej w okolicy lawy. Do powstania ścian nie użyto ani kawałka torfu czy murawy – style budowania domków torfowych na Islandii różnią się chociażby ze względu na dostępny materiał. A lawy tu było mnóstwo.

Za domkami chowa się kilka nastolatek palących papierosy. Początkowo sądzimy, że może to córki zarządców tego miejsca, ale nic bardziej mylnego. Dziewczyny po chwili wstają i wracają do ledwo widocznych stąd domów. My jeszcze chwilę przyglądamy się zabudowaniom, ale zaraz też ruszamy dalej – pora znaleźć miejsce na nocleg.

Laufas

Szukając odpowiedniego miejsca, trafiamy przypadkiem na kolejne domki torfowe. Laufas to również muzeum, które można zwiedzić. Moim zdaniem to jedno z najpiękniejszych tego typu miejsc. Laufas było niegdyś bogatą posiadłością, mieszkało tu 20-30 osób. Ostatni mieszkaniec – pastor – przeniósł się stąd do nowszej plebanii dopiero w 1936 roku. Najstarsza część tutejszych zabudowań pochodzi z 1840 roku! Jednak w księgach miejsce to wspominane było już w latach 874-930, czyli niedługo przez przyjęciem przez Islandię chrześcijaństwa. Tuż obok domów zobaczyć można kościół zbudowany w 1865 roku. Chciałbyś zwiedzić Laufas? W miesiącach letnich (od 14 maja do 30 września) możesz to zrobić od 9:00 do 17:00, poza sezonem muzeum jest zamknięte.

W miejscowości Grenivik znajdujemy kemping idealny. Równiutko przystrzyżona trawa, spore pole do rozstawienia namiotów osłonięte drzewami i wałem z ziemi, ładne widoki, cisza, spokój i łazienka. Ogrzewana! Kemping ten został wyremontowany w 2011 roku, więc całkiem niedawno. Nocleg tu jest płatny dla wszystkich powyżej 16 roku życia – ceny niestety nie pamiętam, ale koszt noclegu w tym miejscu to chyba nieco ponad 1000 koron (ok. 35 zł). Pewna jednak nie jestem.

W położonym tuż obok centrum sportowym (na miejscu jest basen!) ktoś ćwiczy, ale nie wygląda na właściciela tego pola namiotowego. Z jednej strony chętnie byśmy tu zostali, ale z drugiej – jest problem z płatnością. Centrum teoretycznie jest zamknięte, na miejscu nikogo nie ma – trudno. Nie chcemy tu zostawać na tak zwany “krzywy ryj”, tym razem jeszcze aż tak wykończeni nie jesteśmy. Jedziemy dalej. Jako że musimy wrócić do Akureyri, decydujemy się pokręcić trochę samochodem po mieście. Jego mieszkańcy już w większości smacznie śpią, pora najwyższa i na nas.

Po całym dniu wrażeń jesteśmy wykończeni. Ale jak na złość mamy problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca. W końcu trafia się jakaś osłonięta od drogi drzewami zatoczka – trudno, zostajemy tutaj. Niby jest znak o zakazie rozbijania namiotów, ale nic nie jest wspomniane o kamperach. Tym bardziej o autach. Kilkanaście metrów dalej stoi inny samochód. Jesteśmy osłonięci od drogi, wiatru, tuż obok mamy rzekę.  Parkujemy i po 15 min idziemy spać. Odpływam w ciągu kilkunastu sekund.


Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii! Będzie mi również niezmiernie miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

Komentarze do: “Islandia: Okolice jeziora Myvatn i przymusowa zmiana auta – o tym, jak straciliśmy 500 EUR…”

    1. Kasia Banasiak-Flont dziękujemy! :D

Skomentuj